Saga rodu z Lipowej 3. SpadkobiercyТекст

0
Отзывы
Читать фрагмент
Эта и ещё две книги за 299 в месяцПодробнее
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Нет времени читать книгу?
Слушать фрагмент
Saga rodu z Lipowej 3. Spadkobiercy
Saga rodu z Lipowej 3. Spadkobiercy
− 20%
Купите электронную и аудиокнигу со скидкой 20%
Купить комплект за 381,94 305,55
Saga rodu z Lipowej 3. Spadkobiercy
Saga rodu z Lipowej 3. Spadkobiercy
Saga rodu z Lipowej 3. Spadkobiercy
Аудиокнига
Читает Joanna Domańska
236,48 222,29
Подробнее
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 3: Spadkobiercy

Saga

Saga rodu z Lipowej 3: SpadkobiercyCopyright © 2001, 2019 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726166835

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

SREBRNOROGI

Wrzesień 1370

– Powoli, na Boga! Wszyscy razem! Powoli! – komenderował pan Grot.

Kazał już odprowadzić konie, które wyprzężono, i pierwsza grupa dostojników rzuciła się do wozu, chwyciła dyszle, by na dany znak unieść je z ziemi. Wóz zakołysał się, a leżący na słomie jęknął.

– Powoli! – krzyczał Grot, rękawem ocierając pot z czoła.

Stosowali się w milczeniu do jego poleceń, choć był tylko zwykłym kasztelanem, a oni wielmożami i najważniejszymi panami królestwa. Ale tu on był gospodarzem i chwilowo uznawali jego przywództwo. Znieruchomieli przy dyszlach, a potem kiedy dał znak, ruszyli wolno, ciągnąc za sobą wóz.

Oddychali ciężko w grubych płaszczach, przy pasach, mieczach i ciężkich łańcuchach na piersiach, stękali z cicha, ale zaciskali zęby. Kiedy po niedługim czasie pozwolili się zmienić następnym, z trudem łapali powietrze szeroko otwartymi ustami.

Nie mówili głośno, wymieniali uwagi zasapanymi, przyciszonymi głosami, daleko za wozem, za którym podążała reszta orszaku. Przodem posłano jedynie gońca do klasztoru ojców cystersów w Koprzywnicy, aby przygotowali się na przyjęcie gościa.

Na wymoszczonym słomą i sianem wozie, przykryty grubą stertą skór i płaszczy, król Kazimierz leżał przytomny, ale co chwilę tracący świadomość, trawiony wysoką gorączką i bólem. Dworzanie ciągnęli wóz powoli i ostrożnie, by królewska osoba nie trzęsła się na wertepach, wybojach i korzeniach.

Trzymając się poręczy wozu, szedł mistrz Mateusz z zatroskaną miną. Blisko rannego, a daleko od orszaku panów, bo nie brakowało w nim i takich, co jawnie obwiniali lekarza o to, że przyczynił się do złego stanu królewskiego zdrowia.

– Kijami nagrodziłbym takie leczenie! – syczał Janko z Czarnkowa. – Kto wie, czy ów doktor rozmyślnie nie zadał czegoś naszemu panu!

Dworzanie kiwali głowami. Podkanclerzy Janko, znany z ciętego języka, przez wielu uważany był za wyjątkowo krnąbrnego i mało liczącego się z opiniami innych, więc skoro teraz tak mówi, znaczy, coś musi być na rzeczy.

– I mnie to przyszło do głowy – przyznał się kasztelan Grot. – Na wszelki wypadek kazałem pilnować, żeby medyk nie dawał królowi niczego do picia ani jedzenia, póki nie dotrzemy do klasztoru. Tam uczeni ojcowie coś poradzą.

– Daj Bóg! – westchnęli inni.

– Sam diabeł skusił nas i naszego pana tymi przeklętymi łowami! – westchnął pan Jeno z Krasawy. – Wybaczyć sobie nie mogę, żeśmy nie dość go powstrzymywali!

Milczeli ponuro i tak kroczyli przed siebie, prowadząc konie, aż od przodu zawołano, że trzeba wymienić ciągnących wóz. Bez słowa szli wtedy na czoło pochodu, gdzie zaprzęgali się do dyszli.

Przy trakcie napotykali czasem pracujących na polu chłopów, a ci zdumieni prostowali karki i patrzyli, jak paradnie ubrani wielmoże wloką wielki wóz. Trącali porozumiewawczo łokciami jeden drugiego, aż któryś odważniejszy dowiedział się od giermków z orszaku, że to samego króla, rannego ciężko na polowaniu, wiozą jego dworzanie.

Zatrzymywali się więc, z rozdziawionymi gębami oglądając pochód, żegnali się wielkimi znakami krzyża, padali na kolana i rozpoczynali modły, bo król Kazimierz cieszył się wielką czcią i poważaniem.

Jeno przystanął, żeby wytrząsnąć kamyk, który niewiadomym sposobem dostał się do buta. Kiedy się z tym uporał, orszak oddalił się znacznie, bo droga akurat obniżała się nieco i prowadzący wóz mogli przyspieszyć kroku.

Janko z Czarnkowa niespodziewanie pojawił się obok szlachcica. Ksiądz podkanclerzy miał wielce zatroskaną minę, kiedy dał znak, że chce coś powiedzieć na osobności. Jeno z Krasawy przystanął.

– Lękam się o cały kraj – zaczął podkanclerzy, wkładając ręce do szerokich rękawów swojej szaty, trochę tylko przypominającej sukienkę duchowną. – Lękam się, panie Jeno, co będzie, gdy nasz miłościwy król...

Nie dokończył zdania, ale nie musiał tego robić. Jeno zrozumiał i natychmiast splunął od uroku.

– Nawet tak nie mówcie! – żachnął się.

– Modlę się cały czas – Janko wziął rycerza pod ramię i poprowadził wolno za oddalającym się orszakiem. – Ale czy nie powinniśmy wykazać odrobiny przezorności? Wojna wisi na włosku, kto nas zwoła, kto powiedzie, kiedy zabraknie króla Kazimierza? Kto postawi tamę nieprzyjaciołom królestwa?

Widać już było mury klasztoru cystersów w Koprzywnicy, gdy król odzyskał na chwilę świadomość. Miał spierzchnięte wargi i głos mu się łamał, kiedy zapytał, gdzie jest i co się z nim dzieje.

Mistrz Mateusz wyciągnął w jego stronę bukłak z napojem, ale czujny pan Grot nie zezwolił.

– Nie teraz – powiedział z naciskiem. – Damy najjaśniejszemu panu wszystko, czego będzie potrzebował, ale dopiero w klasztorze.

Lekarz zamierzał się sprzeciwić, ale rzuciwszy spojrzeniem na zaciętą twarz rycerza, dał spokój.

Znowu zmieniła się obsada przy dyszlu i ta miała już doprowadzić do klasztornej bramy.

– Jeno! – głos króla był słaby i pełen cierpienia.

Pan z Krasawy przypadł do wozu.

– Wasza Królewska Mość?

– Widziałeś? – z płuc Kazimierza wydobywał się świszczący oddech. – Przecież go widziałeś na tym leśnym wzgórku, gdy zatrzymał się na chwilę...

Łzy ciekły po twarzy Jeno.

– Widziałem, miłościwy panie. Widziałem go na wzgórku. Ale nie mówcie teraz, proszę was na wszystko. To was męczy. Nie mówcie.

Mistrz Mateusz bezceremonialnie odtrącił rycerza.

– Przeszkadzacie choremu – powiedział z wymówką. – Przeszkadzacie!

Król już tego nie słyszał. Chyba nadal stał na leśnym wzniesieniu, gdzie zobaczyli owego wspaniałego jelenia.

– Jesteś tu, Jeno? – upewnił się król. – Przecie mi się nie zwidziało? Co za okaz! Chciałbym go kiedyś jeszcze zobaczyć...

– Na pewno – pośpieszył z zapewnieniem rycerz, odpychając lekarza. – Da Bóg, a jeszcze pojedziemy na polowanie i zdybiemy tego olbrzyma. Da Bóg!

Na twarzy Kazimierza pojawił się lekki uśmiech, pełen bólu.

Przed bramę klasztoru wybiegali już koprzywniccy mnisi na powitanie orszaku.

– Co za jeleń! – wyszeptał z rozmarzeniem król Kazimierz. – Srebrnorogi...

I zemdlał.

ŚMIERTELNE POLOWANIE

Było to ledwie kilka dni temu. Bawili w Przedborzu, skąd z wielką świtą pojechali na łowy. Król Kazimierz czuł się znakomicie, był wesoły, śmiał się i żartował. Przekomarzał się z młodymi, zapowiadając że pokona ich w rycerskiej zabawie. Noc spędzili w myśliwskim szałasie przy ogniu, a rano przewodnicy wywiedli ich na szlak przemarszu jeleni.

I wszystko zdarzyło się właśnie wtedy. Jeno był sam obok króla Kazimierza, kiedy nagle przed sobą, na małym leśnym pagórku, zobaczyli to cudo.

Jeleń stał nieco bokiem, o pięćdziesiąt kroków. Miał tak wielkie poroże, że z trudem nosił łeb, a sam był tak potężny, że obaj myśliwi oniemieli z podziwu. Na jelenich rogach perliła się poranna rosa, błyszcząca w słońcu.

– Toć to król, Jeno – szepnął Kazimierz do towarzysza łowów. – Prawdziwy król!

Rycerz skinął tylko głową, przejęty niezwykłym widokiem. Zwierz stał nieporuszony, jak gdyby sprawdzał, co zrobią. A oni czekali, czy ruszy przed siebie, czy może się zbliży.

– Będziesz mój, Srebrnorogi! – wyszeptał król Kazimierz.

Jeleń chyba nie wiedział o bliskim niebezpieczeństwie, bo nadal tkwił w bezruchu. A może, ufny w swoją siłę, zamierzał się z nimi spróbować.

Dopiero kiedy niespodziewanie, gdzieś z boku, rozległy się pohukiwania i walenie kijami o pnie drzew, jeleń uniósł łeb, zawrócił, a potem ruszył do przodu. Najpierw wolno, potem szybciej, choć nie za bardzo, jakby chciał okazać lekceważenie swoim prześladowcom.

Jeno sięgnął po łuk na plecach, ściągnął go sprawnie, szybko założył strzałę i podał broń królowi.

Kazimierz z niezadowoleniem wykrzywił wargi.

– Nie z łuku, na Boga! Na takiego króla? Nie z łuku!

Chwycił oszczep, spiął konia ostrogami i pognał. Odbiegł już na dobre dwadzieścia kroków, zanim Jeno ruszył za swoim panem. Może gdyby się pospieszył, może gdyby był bliżej, nie doszłoby do wypadku. Królewski koń trafił niespodziewanie na wykrot, stanął dęba, pochylił się i padł na lewy bok, częściowo przygniatając jeźdźca.

Jeno słyszał wyraźnie, jak chrupnęły kości. W jednej chwili zapomniał o jeleniu i rzucił się ratować monarchę. Musiał mu pomóc wyciągnąć nogi spod ciała zwierzęcia. Kazimierz nie jęknął, ale Jeno i tak wiedział, że kości są pogruchotane.

– On mój! – wołał król, leżąc na ziemi. – Dobrze, że nie popędziłeś za nim, mój stary druhu. Ten jeleń jest mój! Musi być mój, Srebrnorogi!

Jeno wytaszczył rannego spod konia i aż krzyknął, widząc zniekształconą lewą nogę monarchy. Rzucił się na kolana i szybko zaczął robić opatrunek, kładąc łupki z patyków i sztyletu, zawiązując je kawałkami rzemienia, jakie miał przy siodle.

– Chyba złamałem nogę – jęknął ranny.

Jeno z Krasawy stał obok swojego króla i grał na rogu. Ranny Kazimierz, leżąc na płaszczu rozpostartym na zgarniętych pospiesznie gałązkach i igliwiu, czekał na pomoc.

 

Jeno powtórzył wezwanie, a chwilę później usłyszeli odzew, jako że pozostali myśliwi nie odbiegli daleko.

– Zupełnie jak wtedy, na Czerwonych Bagnach – powiedział król. – Pamiętasz? Kolejny raz ratujesz mnie w puszczy.

– Wtedy nie wiedziałem, kogo ratuję – uśmiechnął się Jeno. – Ale okazało się, że dobrze wybrałem.

– A ja byłem ci wdzięczny.

– Stale jesteście, miłościwy panie.

Prawie nie było dnia, żeby Jeno nie pomyślał o królewskiej szczodrości. To dzięki niej Jeno–kowal nie opuścił Doliny, a obdarowany szlachectwem i majątkiem, mógł poślubić ukochaną kobietę. To dzięki królewskiej wdzięczności on, chłopak nieznanego pochodzenia, został rycerzem i panem na Krasawie. A przecież tak niedawno cierpiał głód i musiał znosić upokorzenia, bo urodzony z jednym okiem niebieskim a drugim brązowym, wychowywany w leśnej chacie znachorki, a potem w kuźni, podejrzewany bywał nawet o czary.

Teraz stał tutaj, wierny poddany władcy, którego imię wymawiano w jego domu ze czcią, a wielki miecz, jakim niegdyś ocalił królewską głowę, wisiał we dworze na poczesnym miejscu.

Stał więc tutaj, wielki pan i dostojnik królestwa i byłby w pełni szczęśliwy, gdyby nie fatalny los, który powalił monarszego wierzchowca.

Znaleźli ich wkrótce ludzie ze świty. Pomogli wsadzić króla na konia i doprowadzić go do dworu pana Grota. Łowy przerwano.

Król nie czuł się dobrze, trzęsła nim gorączka, ale uparł się i poszedł do łaźni, jak to miał w zwyczaju. Nikt jeszcze nie podejrzewał, że mogą z tego wyniknąć dalsze nieszczęścia. Wieczorem, gdy Kazimierz siedział za stołem z innymi, a Jeno po raz setny opowiadał o wielkim jeleniu, król nagle padł głową na stół i zemdlał.

Położyli go na łożu wymoszczonym futrami. Trząsł się z zimna, szczękał zębami. I rozkazał, aby zaraz skoro świt ruszali do Krakowa. Ale rano był już tak słaby, że nie tylko na koniu, ale i na wozie nie mógłby się sam utrzymać. Prawie nieprzytomnego przenieśli go na rozpostartej skórze na wóz, z którego pan Grot kazał wyprząc konie, w obawie, że ciągnąc zbyt szybko przysporzą jeszcze bólu.

Bo ból musiał być wielki. Król był bowiem odporny i silny, nawykły do trudów, nie przejmował się byle skaleczeniem. A teraz leżał, nie mogąc podnieść ręki. Mistrz Mateusz poił go jakimiś miksturami, robił okłady, mruczał modlitwy czy zaklęcia. Lekarzowi nie bardzo było w smak zatrzymywać się u cystersów w Koprzywnicy, ale ksiądz Janko z Czarnkowa postawił sprawę stanowczo. Mnisi słynęli ze swojej ap-teki, a poza tym ich klasztor leżał przy drodze na Kraków.

Zaprzęgali się więc wszyscy po kolei do wozu, wojewodowie, kasztelanowie, rycerze i księża, kolejno brali dyszle w ręce. I ruszyli w drogę ku stolicy.

W Koprzywnicy zabawili więcej jak tydzień. Uczeni ojcowie zajęli się królewską nogą i królewskim zdrowiem, ku wielkiemu niezadowoleniu nadwornego medyka.

– No cóż – gderał mistrz Mateusz. – Mówiłem od razu, że to poważna sprawa. Noga będzie krzywa, a nie wiadomo jeszcze, jakie z tego zło może wyniknąć. Chyba, że mnie dopuścicie do królewskiej osoby. Wtedy może umiałbym coś poradzić.

Kazimierz wydobrzał nieco, na tyle przynajmniej, żeby ruszyć w dalszą drogę. W Osieku mistrz Mateusz znowu został dopuszczony do osoby monarchy i jakby na przekór wszystkim, kurował go po swojemu. Król objadł się, opił miodu i znowu poczuł się źle. Wieźli go więc dalej, z godziny na godzinę tracąc nadzieję. Ale w Nowym Mieście Korczynie niespodziewanie poprawił się stan chorego. Tutejsi leka-rze dali mu środek na przeczyszczenie i – zgodnie z radą pana Jeno – wzięli na ścisłą dietę. Już po dwóch dniach gorączka spadła, król poczuł się na tyle dobrze, że sam wsiadł na wóz i usiłował nawet żartować. W Opatowcu Kazimierz zabawił kilka kolejnych dni, aż do czasu, kiedy uczony Mateusz nakazał jechać dalej. Zapewniał, że wszystko będzie dobrze, w Krakowie zaś są lekarze, są lekarstwa, są księgi.

Władca ani myślał słuchać zgoła innych rad świty i kazał jechać, więc na Wawel wwieziono go nieprzytomnego.

3 listopada 1370, niedziela

Król Kazimierz był blady, zsiniałe usta ledwie się poruszały, więc pan Jeno musiał się pochylić, żeby słyszeć jego słowa.

– Medycy powtarzają, że horoskopy są nader pomyślne – powiedział. – Jeśli tak, czemu nie czuję się lepiej?

Chwycił rękę rycerza i uścisnął ją mocno.

– Wiem, co ślubowałeś – powiedział z naciskiem. – Pamiętam, że obiecałeś nie podejmować się spraw, przynależnych uczonym medykom, namaszczonym przez Kościół. Wiem zatem, o co cię proszę. Ale po starej przyjaźni, czy odpowiesz mi szczerze?

– Najjaśniejszy panie... – Jeno rozejrzał się bezradnie, ale wszyscy obecni w komnacie dostojnicy stali pod przeciwległą ścianą, zbyt daleko, by widzieć jego błagalną minę. Zrozumiał, że król specjalnie tak to zarządził, aby byli sami.

– Czy odpowiesz mi szczerze?

Jeno, z innymi czuwający przy monarsze od dwóch dni, umęczony i pełen bólu, nie mógł wykrztusić słowa, tylko kiwnął głową.

– Więc mi szczerze powiedz, czy medycy się mylą. Zapewniają mnie, że wszystko będzie dobrze, ale sam nie czuję, aby tak miało być.

Pan Jeno pochylił się, spojrzał raz jeszcze w zapadnięte, podkrążone oczy, ocenił bladą cerę.

– Płacicie im za to, żeby was pocieszali, miłościwy panie.

– Pytałem, czy się mylą.

Jeno odwrócił wzrok.

– Mylą się – odpowiedział cicho.

Ręka, która trzymała dłoń rycerza, zacisnęła się, a król zamknął oczy. Po chwili uścisk zelżał.

– Ile mam czasu? – padło pytanie.

Jeno pokręcił przecząco głową.

– Niestety, najjaśniejszy panie...

– Tydzień?

Jeno zawahał się pod naglącym spojrzeniem.

– Myślę, najjaśniejszy panie, że czas przyjąć sakramenty...

Król Kazimierz rozkaszlał się niespodziewanie, a potem nakazał, by wszyscy się zbliżyli.

– Chcę się wyspowiadać – oświadczył.

Zanim to jednak nastąpiło, kilkakrotnie uścisnął rękę Jeno, a potem dotknął dłonią głowy rycerza. Wydawał się nagle rozpogodzony, jak ktoś, kto dokładnie wie, czego może oczekiwać i z czym się już pogodził.

– Jakże mój chrześniak? – zapytał prawie wesoło.

Pan Jeno znowu przyklęknął przy łożu. Zapewnił, że chłopak jest dobrego zdrowia i wyjątkowo dobrze się chowa.

– Pilnuj go – polecił król. – Będziesz miał z niego pociechę. Szkoda, że już go więcej nie zobaczę.

– Ależ, najjaśniejszy panie! – sprzeciwił się mistrz Mateusz, niosący w miseczce jakąś miksturę, którą zamierzał zaaplikować choremu.

Monarcha dał gestem znak, że nie chce, aby lekarz się zbliżał.

– Twój syn, Jeno, zdaje się Mikołaj?

– Mikołaj, najjaśniejszy panie.

– Twój Mikołaj, Jeno, ubije owego jelenia. Daję mu prawo polowania wedle woli w królewskich dziedzinach, jak i kiedy zechce, nikogo o zgodę nie pytając. Opowiesz mu o Srebrnorogim. Opowiesz mu i przekażesz, że miłowałem go jak własnego syna. Powiesz mu, żeby polując w moich lasach szczególnie pilnie przykładał się do starych rogaczy. Może któregoś dnia trafi na Srebrnorogiego, skoro mnie się nie udało. A kiedy go dopadnie, powiesz, żeby wieniec złożył w darze w wawelskiej katedrze. Jeśliby zaś nie doścignął tego jelenia, niech przekaże to prawo swojemu synowi, a ten swojemu...

– Będzie, jak sobie życzycie, miłościwy panie.

Król Kazimierz westchnął, z trudem poprawił się na łożu. Potem zwrócił się do obecnych:

– Panowie. Wezwałem was, byście byli świadkami mojej ostatniej woli. I módlcie się, aby Bóg okazał miłosierdzie grzesznikowi.

GRUDNIOWA NOC

Boże Narodzenie 1371

Na Boże Narodzenie zjechali się do Lipowej wszyscy. Już na dwie niedziele wcześniej przyjechała Alena z małym Mikołajem, a w kilka dni później dotarli wprost z Krakowa pan Jakub i pan Jeno.

Święta były tym radośniejsze, że po raz pierwszy rodzina spędzała je razem, gdyż w latach poprzednich zawsze kogoś brakowało. Pan Jakub postanowił, że wszyscy powinni świętować przy jednym stole, bo czuł się nieco winny w stosunku do Aleny i jej męża.

Jakub z Lipowej był niebywale szczęśliwy. To przyszło niespodziewanie, po latach trudów, goryczy, zawodów i rozwianych złudzeń. Po dziesięciu latach małżeństwa z Agnieszką, pełnego swarów, bólu, złości i gniewu, niespodziewanie, w sposób prawie cudowny, pan Jakub zdał sobie nagle sprawę, że jest zadowolony. Więcej, szczęśliwy.

Wiedział dokładnie, kiedy to sobie uświadomił, i zupełnie nie po męsku lubił sobie ten dzień przypominać.

Pewnego dnia, przed sześciu laty, dozorował właśnie swoich ludzi, którzy na skraju lasu urządzali barcie dla licznych w Lipowej pszczół, gdy nadbiegł zdyszany pachołek, z daleka wymachując rękami, jakby miał coś bardzo ważnego do przekazania.

– Panie! – wołał. – Szybko! Szybko idźcie do dworu!

Pan Jakub porzucił swoje zajęcie i pobiegł jak młodzik. Przebiegł przez pole, minął stodoły, stajnie pełne koni, dobrze zaopatrzone spichrze i lamusy, gonił z całych sił, szybko, ze wzrastającą z każdym krokiem gorączką.

W sieni zderzył się z kimś, kogo nawet nie rozpoznał, a kto nieopatrznie stanął mu na drodze, i przez otwarte drzwi wpadł wprost do świetlicy. Tu zatrzymał się w progu.

Po przeciwnej stronie wielkiej sali stała jego żona Agnieszka, a przy niej ich syn, Jakub, w odróżnieniu od ojca zwany Jakubkiem.

Pan Jakub stał zdyszany i patrzył na dojrzałą, ładną niewiastę, która była jego żoną, i na jasnowłosego, pucołowatego chłopca, który był jego synem.

Kobieta uśmiechnęła się ciepło.

– Zobacz, Jakubku – powiedziała. – To ojciec, idź do ojca.

Chłopiec zaśmiał się zadowolony i wysunął stopę do przodu, a kiedy Agnieszka zabrała ręce z jego ramion, postawił kilka niepewnych kroków, wyciągając rączki do rodzica.

Jakub podbiegł i złapał syna, zanim ten wywrócił się, zmęczony chodzeniem. Chwycił syna i podniósł go wysoko nad głowę.

– Jakubek chodzi! Co za dzielny chłopak!

Agnieszka podeszła do nich i śmiejąc się radośnie jak oni, przytuliła się do obu.

– Pięknie zapowiadają się nam następne lata – powiedział Jakub. – Pięknie.

Jeszcze rok wcześniej Jakub nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał od położnej.

– Bóg wynagrodził waszą cierpliwość, panie – powiedziała. – To syn. Macie wspaniałego następcę. Zdrowy, silny, piękny.

Jakub z Lipowej, który ostatnie zdrowe dziecko, urodzone jeszcze z pierwszej żony, miał przed kilkunastu laty, natychmiast stracił dla chłopca głowę. Długo nie mógł w to uwierzyć. Kobieta, z którą był związany od dziesięciu lat, którą pogardzał dla jej złego charakteru, skąpstwa i wreszcie niemożności urodzenia następcy, któregoś dnia bez żadnych kłopotów powiła zdrowe, mocne dziecko. To ona nazwała je mężowskim imieniem.

Od tamtego dnia, gdy Jakubek postawił pierwszy krok, pan Jakub zakochał się w synu bez pamięci i bez reszty, a do tego stopnia, że cały dzień potrafił spędzić w babińcu, obserwując jego zabawy, zapominając o swoich obowiązkach.

Tak był zajęty Jakubkiem, że mało dbał o wnuka, Mikołaja. Bo następnego roku urodził się syn jego córki Aleny i pana Jeno.

Pana z Lipowej, owszem, ciekawiło, co się dzieje we dworze w Krasawie, ale sam bywał tam niezmiernie rzadko. Dopiero, kiedy Jakubek stał się już na tyle duży, by można go było wozić z sobą, pan Jakub zaglądał i do wnuka.

Częściej jeździła do Lipowej Alena, radując się z przyjaźni i harmonii, jaka zapanowała między nią a macochą. Agnieszka zawsze witała ją serdecznie i nie było spraw, których by nie omawiały wspólnie, śmiejąc się przy tym, żartując i wymieniając nowinki. Alena korzystała zresztą z rad macochy, która po urodzeniu dziecka stała się bardziej dostępna, łagodniejsza i milsza w obejściu.

Nie zatraciła jednak nic ze swojej, dobrze znanej w okolicy, umiejętności gospodarowania i oszczędności. U pani Agnieszki nie zmarnują się nawet resztki – powiadano w okolicznych dworach i ze wszech miar była to prawda. Stodoły i spichrze pękały w szwach, bydło miało zaokrąglone boki, służba jadła do syta. Pani Lipowej regularnie wydawała z lamusa płótno dla dziewek i pachołków, a raz na trzy lata sukienne płaszcze. Wosk zaś na świąteczne świece posyłała aż do dwóch kościołów. To oczywiście nie znaczy, że pani Agnieszka zdolna była okazać miłosierdzie leniwemu słudze czy pasterzowi, który dopuścił krowy w szkodę. Jej ręka nie straciła na ciężkości, a język na ostrości, więc jak dawniej służba bała się przy niej głośniej odetchnąć.

 

Agnieszka sama zajmowała się Jakubkiem, niechętnie powierzając go opiece służby, bo stale drżała o jego zdrowie i wpadała w złość, gdy tylko najmniejszym płaczem dawał znać, że z czegoś nie jest zadowolony. Nie puszczała go od siebie na krok, co bywało powodem kłótni z mężem, gdyż Jakub uważał, że za mało czasu on sam może poświęcić chłopakowi.

Pan Jakub był dumny, a Jakubkowi pobłażał we wszystkim. Nosił go na plecach, woził konno, zamawiał łakocie i zabawki.

– Musi mieć wszystko, co najlepsze – mówił.

Tego roku przywiózł synowi drewniany mieczyk w zdobionej pochwie, zawieszony na kosztownym pasie i Jakubek biegał po dworze, wymachując bronią i wydając okrzyki radości. Głośny, wesoły, jasnowłosy chłopak, ciekawy wszystkiego, rozmowny, przymilny, choć czasami uciążliwy, był ulubieńcem czeladzi.

– Bardzo mnie raduje, że pomiędzy Agnieszką a moim ojcem tak dobrze ułożyły się sprawy – powiedziała Alena do męża tego wieczora.

– I mnie to cieszy – zgodził się Jeno. – Doprawdy, miło popatrzeć, jak serdecznie odnoszą się do siebie.

Stosunki między Jakubem a jego żoną Agnieszką zwracały powszechną uwagę, szczególnie tych gości, którzy w Lipowej dawno nie byli lub znali tylko ze słyszenia trudny charakter kobiety. Nadziwić się teraz nie mogli, jak plotka może wykrzywić prawdę, widząc uśmiechy między małżonkami oraz wzajemne dowody miłowania, dawane przy każdej sposobności.

Zdawało się, że przeszłość, zła i gniewna, minęła bezpowrotnie i nic nie może zakłócić w Lipowej harmonii. Służba dworska dokładnie wypełniała polecenia, nikt o niczym nie zapominał i wykonywał obowiązki z poświęceniem. Niewiele więc było do roboty przed samymi świętami, skoro przygotowania rozpoczęła Agnieszka na dobre trzy tygodnie wcześniej i teraz pozostało tylko dopilnować szczegółów.

Przy wielkim stole w świetlicy zasiadło tego roku wielu gości, bo poza rodziną przybyli też panowie z sąsiedztwa, starosta olsztyński i kilku księży, w tym ojciec Ambroży, będący już stałym domownikiem dworu Jeno w Krasawie. W czeladnej, przy zbitych z desek blatach, siedzieli giermkowie, pachołkowie i słudzy, a także garść wędrowców nieznanego pochodzenia, których dwór przygarnął na okres świąteczny, śnieżny i mroźny w tym roku.

Chłopcy bawili się razem i dwór pełen był dziecięcego gwaru. Jakub, który lubił chwalić się synkiem, z pobłażaniem patrzył, jak Jakubek tarmosi młodszego o blisko dwa lata Mikołaja.

– Wyrośnie z niego dzikus – mówiła Agnieszka, niezbyt zadowolona z harców chłopca, któremu ojciec na wszystko pozwalał i zapominał karcić nawet wówczas, gdy należało.

– Wyrośnie z niego wojownik – cieszył się Jakub.

W kościółku odprawiono uroczyste nabożeństwo, w czasie którego ojciec Ambroży mówił pięknie o miłości i o obowiązkach w rodzinie. Rozradowani oczekującymi ich przyjemnościami biesiady, wrócili do dworu, gdzie kończono już ostatnie przygotowania przed ucztą.

– Wszyscy liczą, teściu, że zabawicie ich opowieściami o dawnych wyprawach – powiedział Jeno do Jakuba.

– Chętnie opowiem, ale zacznę dopiero po drugiej kwarcie piwa – śmiał się pan z Lipowej.

Kiedy wieczorem usiedli wszyscy do świątecznej uczty, naliczono dwadzieścia sześć osób tylko przy głównym stole.

– Jak na królewskim dworze – powiedziała z uznaniem Alena.

Popołudnie spędziła z macochą w jej komorze, gdzie długo szeptały ze sobą, zwierzając się i chichocząc. Potem pokazały się w nowych sukniach i haftowanych czepkach, obwieszone klejnotami.

– Boję się nawet mówić, jak kosztowne będą tegoroczne święta – powiedziała Agnieszka. – Ale uzgodniliśmy z twoim ojcem, że mają być takie, żeby wszyscy je zapamiętali i aby długo mówiono o nich w Dolinie.

Żadna z niewiast nie przypuszczała nawet, jak prorocze okażą się te słowa.

Uczta trwała już pół nocy. Dostatni, obfity stół, jadło i napitki, opowieści i żarty.

Dzieci bawiły się na podłodze, baraszkując na skórach, rozłożonych przed wielkim kominem, nad którym czuwał sam stary Szczepan Sowa, niegdyś zarządca Jakubowego dworu, dziś tylko starzec dożywający swoich dni u boku ukochanego krewniaka i wychowanka.

To Szczepan był pomysłodawcą nowej zabawy. Siedmioletni prawie Jakubek, z drewnianym mieczykiem przy boku, woził na psim grzbiecie małego Mikołaja. Pies, wielki i groźny basior, przywódca całej dworskiej sfory, niezwykle potulnie stosował się do poleceń chłopca, co wzbudziło śmiech obecnych.

– Dalej! Dalej! – wołał Jakubek, wymachując mieczykiem, choć pięcioletniemu Mikołajowi zabawa nie była chyba w smak, bo zaczął nagle płakać.

– Beksa! – orzekł Jakubek, kiedy Mikołaj czym prędzej zsunął się z psiego grzbietu. – Nigdy nie zostaniesz prawdziwym rycerzem!

Mały Mikołaj, nie zważając na krytykę, uciekł wprost w ramiona Aleny. Rozczarowany Jakubek schował mieczyk do pochwy. Stał chwilę niepewny, aż odgarnął z czoła jasny kosmyk włosów i powiedział do oglądających tę scenę dorosłych:

– Nic z niego nie będzie.

Po czym odwrócił się do młodszego chłopca plecami. Tyle było powagi i zawodu w głosie Jakubka, że wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem.

– Widzieliście, jaki wódz! – powiedział ktoś.

– To ci mądrala! – zawołał Szczepan.

– A jaki poważny i napuszony – śmiała się Alena. – Zupełnie jak jaki kogut. Albo pan Filip.

Znowu gruchnęli śmiechem, bo pana Filipa znano z umiłowania strojów, przyjmowania władczej postawy i robienia groźnych min. W tej ogólnej wesołości nikt nie zauważył, jak nagle pobladło oblicze Agnieszki, która natychmiast opuściła głowę, a jej ręce zacisnęły się mocno na krawędzi stołu.

Nikt tego nie zauważył.

Nikt poza jej mężem, Jakubem.

Jakubowi z Lipowej dopiero uwaga córki pomogła zrozumieć gest, który zauważył u syna już dawno. Ale dopiero teraz Jakub uświadomił sobie, dlaczego gest wydawał mu się znajomy. Bo pamiętał kogoś, kto w taki sam sposób poprawiał włosy, jasne włosy.

Jakub nie mógł uwierzyć w straszne podejrzenie, jakie wkradło się w jego duszę, raniąc ją niczym ostry nóż. Nie chciał o tym z nikim mówić, nikomu nie przyznał się do swoich obaw i bólu, nawet przed sobą bał się to powiedzieć.

Ale nie mógł myśleć o czymkolwiek innym, ani cokolwiek robić. Wybiegł z domu i przez pół nocy pędził konno wydeptanymi dróżkami albo i na oślep przez pola. Kiedy wrócił nad ranem, nikogo już nie było w świetlicy, tylko stary Szczepan drzemał na ławie, opatulony w skóry i futra.

Jakub poszedł do alkowy, zaśnieżony, mokry, rozgorączkowany.

Jakubek spał na swoim posłaniu, rozrzuciwszy rączki, Jakubek z różową buzią i tymi jasnymi lokami nad czołem. Pan z Lipowej schylił się i zbliżywszy światło do twarzy syna, uważnie przyglądał się temu, co przecież tak dobrze znał. Oświetlał kolejno oczy, nos, uszy, podbródek, policzki. Dziecko, zmęczone zabawą, spało mocno i nie poruszyło się nawet.

Trzymając kaganek wysoko nad głową, Jakub podszedł do posłania żony. Domyślił się, że dopiero się położyła. Musiała przecież zadbać o gości. Tylko najbliższych ulokowano pod dworskim dachem, dla reszty przygotowano posłania w stodołach.

Jakub oświetlał twarz Agnieszki, przypominał sobie coś, zastanawiał się, obliczał. Kiedy otworzyła oczy i nagle zobaczyła go nad sobą, z szalonym spojrzeniem, drgnęła przestraszona. Ale on nie był rozzłoszczony ani gniewny, był bardzo spokojny.

– Wstań – powiedział. – Musimy pomówić.

Podniosła się bez słowa, bez pytania i bez zaskoczenia, jakby spodziewała się takiej rozmowy.

Jakub poszedł w kąt alkowy, gdzie na belce wisiał krzyż ze srebra.

– Podejdź tu – polecił.

A kiedy zbliżyła się, milcząca, jakby nierozumiejąca jego intencji, ale posłuszna, rozkazał, żeby uklękła. Klęknęła gołymi kolanami na deski, podwijając koszulę. Wydawał się zaskoczony, że tak szybko i potulnie zgodziła się z jego wolą.

– Teraz przysięgnij, że Jakubek jest moim synem.

Nie krzyczał, nie przeklinał, nie groził, mówił tylko cichym, a strasznym głosem.

– Przysięgam – powiedziała Agnieszka.

Drgnął, światło w jego ręku zakołysało się, ale trwało to krótko.

– Przysięgnij, że nie jest synem Filipa – zażądał.

Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»