Saga rodu z Lipowej: Złota kałużaТекст

Из серии: Saga rodu z Lipowej #11
0
Отзывы
Читать фрагмент
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

M.P. Rawinis

Saga rodu z Lipowej 11: Złota kałuża

Saga

Saga rodu z Lipowej 11: Złota kałużaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2001, 2019 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726166910

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

PAPIESKI LEGAT

Wiosna 1390

– Uklęknij! – nakazała pani Alena.

Mikołaj syn Jeno westchnął. Jego ludzie stali już na podwórzu w pełnej gotowości, a tu matka jeszcze go zatrzymuje. Jakże jednak nie miał do niej zajechać przed spodziewaną długą drogą i nie odebrać błogosławieństwa.

– Ależ, matko! – powiedział, z trudem opanowując zniecierpliwienie. – Czyżbyście zapomnieli, że od dawna jestem dorosły, mam żonę, dzieci i wiele razy byłem już w boju? Nie traktujcie mnie jak niedojrzałego otroka.

Pani Alena nie odeszła jednak od drzwi.

– Twój ojciec – wyjaśniła – jest daleko bardziej doświadczony w wojnach, a do dziś słucha moich rad. Więc i tobie wypada usłuchać. Tylko głupiec biegnie do walki bez zastanowienia i należytego przygotowania.

Musiał więc wysłuchać licznych porad i pouczeń, a potem ukląkł na oba kolana i z pochyloną głową odebrał błogosławieństwo.

– Niechaj cię Bóg zachowa od złej przygody, mój synu – powiedziała uroczyście pani Alena i zawiesiła mu na szyi rzemień z małym, płaskim pudełeczkiem, noszącym na wierzchu wyraźny znak krzyża. – Relikwie świętego Dunstana niechaj cię ochraniają od ran i od ciosów. I ochronią, skoro zamiast bawić przy żonie i dzieciach, musisz gonić po świecie.

Mikołaj z szacunkiem ucałował relikwiarz. Szczątki świętego Dunstana ofiarował dawno temu panu Jeno ojciec Ambroży, stary zakonnik i przyjaciel domu. Jakiś czas potem kości z prawej dłoni świętego zostały podzielone, wykonano na nie dwa pektorały do noszenia na szyi, aby obaj panowie z Lipowej mieli stosowną osłonę podczas wojennych wypraw.

Mikołaj podniósł się z klęczek.

– Muszę iść, matko – powiedział, schylając się do jej rąk. – Proszę was, byście mieli staranie o moją Hedwigę i chłopców. Powrócę tak szybko, jak rycerska służba pozwoli.

Pani Alena pogładziła syna po włosach gestem, który pamiętał z dzieciństwa.

– Chyba nigdy nie przestaniesz rosnąć – uśmiechnęła się. – Dawniej myślałam, że twój ojciec jest najwyższy ze wszystkich znanych mi ludzi, a ty go już przerosłeś.

Mikołaj głową dotykał powały. W całej Dolinie nie było równie wysokiego rycerza, a zdawało się, że Mikołaj rośnie jeszcze, choć miał już prawie dwadzieścia pięć lat.

– Ojciec Ambroży opowiadał kiedyś, że daleko na południu jest kraj, gdzie ludzie rosną i na siedem łokci wysoko – zaśmiał się Mikołaj. – Ale ja nie chciałbym być do nich podobny.

***

Dzień dopiero się zaczynał, a mieli już za sobą wiele pracy. Liczna świta panów z Polski, litewskich bojarów, dostojników i rycerzy z obu krajów z należytym szacunkiem otaczała papieskiego wysłannika, który zatrzymał się na brzegu Niemna. Kardynał Giovanni de Corleone, legat papieża Bonifacego, sprawdzał, jak przebiega chrzest pogańskiej Litwy i czy prawdą są zapewnienia, których król Jagiełło nie szczędził Ojcu Świętemu w wysyłanych do Rzymu listach.

Mikołaj syn Jeno był ich tłumaczem.

W długiej kolejce ludzi, których przyprowadzono tu o świtaniu, stali zarówno rycerze, jak i ludzie prości. Najpierw podchodzili do pisarza, który zapisywał ich imiona, a obok imion czynił odpowiednie uwagi, dyktowane przez miejscowych panów i dostojników. Potem z niejaką obawą, którą tłumili w sobie ukłonami, mijali wysoki stolec z oparciem, gdzie zasiadał ów tajemniczy i groźny pan w purpurowej szacie i takimże kapeluszu.

Zapisani na listę mogli odejść dalej, na płyciznę Niemna, tam zanurzano ich w wodzie, aż wreszcie szli ku miejscu, gdzie stały wozy króla. Z wozów każdemu ochrzczonemu wydawano nową białą koszulę.

– Czapla – powtarzał pisarz, wpisując imię na kartę. – Ochrzczony.

– Pewna starsza niewiasta od Erajgoły.

– Szlachetny pan Manno z synami.

– Młodzieniec.

– Bracia.

– Kowal i jego pomocnik.

– Żona szlachetnego rycerza.

Czasem legat zadawał pytanie, ale w większości przypadków ograniczał się do polecenia, żeby stający przed nim uczynił święty znak krzyża lub też powiedział kawałek modlitwy.

– Ojcze Nasz... – zaczynał szybko pytany i żegnał się, po katolicku, z lewej do prawej, czasem najpierw odwrotnie, na ruską modłę, ale potem zaraz się poprawiał.

– Ojcze Nasz... – powtarzał.

– Co dalej? – interesował się legat.

Pytany spoglądał po swoich towarzyszach, rodzinie i sąsiadach albo patrzył na Mikołaja. Stojący za plecami dostojnika duchowni marszczyli brwi i podpowiadali.

– ...któryś jest w Niebiosach...

– któryś... któryś...

– jest w Niebiosach...

– ...w Niebiosach – kończył pytany i uśmiechał się zadowolony.

Giovanni de Corleone dyktował zapiski, ciekawił się tym lub tamtym, pytał o imiona chrzestne, bez żadnego znużenia potakując nad niezliczonymi Janami, Pawłami, Markami, Aleksandrami.

– Więc zostaliście ochrzczeni? – pytał Mikołaj w imieniu legata.

– Tak, wasza dostojność – kłaniał się chłop w kożuchu. – A jakże. Ochrzczeni.

– Dawno?

– Czy dawno? No, jakoś tak... Będzie może ze dwa roki...

– Dobrze. Dwa lata temu. Wyście kmieć, któremu dano imię Łukasza?

– Jakieś mi dali, ale wszyscy wołają po dawnemu: Bojko.

– Mówi, że ochrzczono go imieniem Łukasz – tłumaczył Mikołaj. – A kto jeszcze z wami?

– Wszyscy, panie, wszyscy. Wedle pańskiego rozkazania. Wszyscy, do ostatniego człowieka w osadzie.

– Powiada, że z nim ochrzczono całą osadę – tłumaczył Mikołaj.

– Niech opowie, jak się to odbyło – polecił legat.

Mikołaj powtórzył polecenie, chłop zbladł i złożył ręce jak do modlitwy.

– Wszystko powiem – zapewnił szybko. – Było tak, że całą osadę wzięli, a tylko Mary nie ochrzcili. Bo to przyszli zbrojni pana Dawnuta i powiedzieli, że teraz będzie nowa wiara, i trzeba się nowym bogom pokłonić. I kazali nam wszystkim iść do grodu, a kto nie pójdzie, dostanie sto rózeg albo i gorzej. No to poszliśmy nad rzekę, jak kazali. A tam luda, aż ciemno. Przyszli tacy w długich czarnych sukniach i porachowali nas, a potem kazali wejść w wodę i każdego po kolei zanurzali ze łbem. Młodych i starych, baby i dzieciaki też.

– Poszliście dobrowolnie porzucić starą wiarę.

– Dobrowolnie, panie. Zbrojni powiedzieli, że wszyscy mają iść dobrowolnie, bo opornych siłą zaciągną. To pewnie, że poszli my po dobrej woli. Tylko Mara, najstarsza moja, w chałupie się została, ale, wielki panie, ona niewinna. Bo zęby ją akurat bolały, o, jak spuchła! I nawet jej nie było wtedy, co to przyszli ludzie i powiedzieli, że trzeba iść. Wybaczcie, szlachetny panie, my wszyscy znali rozkazanie wielkiego kniazia i wszyscy my poszli, nawet z małymi, najmłodszymi dzieciakami, a tylko ona jedna się została. To chyba nie jest wielka wina. Bo wiecie, rychło pomarły najmłodsze, a ludzie powiadają, że to pewnie od tego chrztu w rzece, bo dzieciaki zaraz po powrocie zimnica chwyciła i pomarły, panie.

– Mówi, że ochrzczony został z całą rodziną – tłumaczył Mikołaj. – On, jego baba i dzieci, nawet najmłodsze, choć te zmarły. Z całej tej osady brakowało tylko jego najstarszej córki.

– Więc najstarsza nie została ochrzczona? – zaciekawił się kardynał. – Zapytajcie czemu?

– On mówi, że chora była.

– Ach, tak. Zapiszmy, że choć była chora, nie skorzystała ze światła wiary. Szkoda, wielka szkoda, bo chrzest z pewnością by jej pomógł.

– I cóż z ową Marą? – zapytał Mikołaj chłopa. – Czy też pomarła?

– Nie, panie. Wyzdrowiała. Bardzo my się złościli, kiedyśmy wrócili znad rzeki. Bo to wszyscy dostali nowiutkie białe koszule, a dla niej brakło. Prosiłem nawet tego, co wydawał ubranie z rozkazu księcia, ale dla mojej Mary dać nie chciał. Może byście, panie, przypomnieli, że ona nie dostała, a to już dorosła dziewczyna i na pewno taka dobra, mocna koszula bardzo by się jej przydała.

– Dostanie – zapewnił Mikołaj. – Dostanie jak inni, kiedy się tylko ochrzci.

Dłuższa też była rozmowa z panem Dawnutem, rycerzem w służbie kniazia Skirgajłły, na którego ziemiach się znajdowali. Zaświadczył on, że przyjął chrzest z żoną i sześcioma synami, a pod jego okiem ochrzczeni zostali także wszyscy żyjący w jego dobrach, bez różnicy pochodzenia i majątku. Zapisany przez pisarza i on ukłonił się przed legatem, choć nie tak nisko jak podlegli mu chłopi. I tym razem kardynał Corleone zażyczył sobie rozmowy.

– Zapytajcie, Mikołaju, czy dobrowolnie przyjął chrzest?

– Dobrowolnie, jak mój pan – potwierdził rycerz.

– Ale wasz pan przecie prawosławny – przypomniał legat.

– Mnie kazał przyjąć chrzest katolicki, tak więc zrobiłem.

– I cała wasza rodzina też została ochrzczona po katolicku?

– Nie tylko rodzina. Także wszyscy domownicy, służba i nawet niewolnicy we dworze.

Mikołaj przetłumaczył część tej odpowiedzi, a sam zapytał:

– Macie niewolników?

– A jakże? Okolica tu niezbyt ludna, ktoś musi pracować na roli.

 

– Kto oni?

– Rozmaicie.

– Chrześcijanie?

– Pewnie i chrześcijanie. Podobno będą ich wykupywać.

– Tak. A skąd tu przybyliście?

Rycerz wskazał ręką las.

– Pół dnia drogi konno. Prosto jak strzelił. Więc jak będzie z tym wykupem?

– Biskup Andrzej, przełożony kapłanów, zapłaci wam za tych ludzi. To znaczy za ochrzczonych.

– Teraz wszyscy ochrzczeni.

– Zapłaci wam biskup Andrzej. Do niego możecie zgłosić się w tej sprawie.

Rycerz zasępił się.

– Wykupi? No, sam nie wiem... A kto będzie pracował na roli?

– Sprowadzicie innych – podpowiedział Mikołaj. – Pogańskich Żmudzinów albo i jeszcze innych. Nie godzi się wam teraz, skoroście ochrzczeni, trzymać chrześcijan niczym bydło. Wyglądacie mi na tęgiego wojownika.

Rycerz uśmiechnął się zadowolony.

– Pewnie. Zapytajcie kniazia Skirgajłły, co jest warty Dawnut. Zapytajcie!

– Dziękujemy, żeście stanęli na wezwanie i złożyli swoje świadectwo.

Legat zaciekawiony skinął w kierunku Mikołaja.

– Co powiedział ów rycerz?

– Że ochrzczeni zostali wszyscy jego domownicy i wszyscy, co na roli pracują dla niego i dworu.

– Zapytajcie, czy prawda, że każdy ochrzczony otrzymał od króla podarunek?

Mikołaj nie zdążył zapytać, bo wtrącił się biskup Andrzej, do którego należała zwierzchnia władza duchowna nad całą Litwą.

– To prawo władcy obdarowywać poddanych – wyjaśnił. – Okazać im łaskę i ojcowską troskę. Dawał król maluczkim koszule, a wojownikom swoim zwykle coś cenniejszego, wedle ich zasług i własnej woli.

– Szaty, płaszcze? – zaciekawił się legat. – Może i konie albo klejnoty? Panowie z Zakonu Krzyżackiego twierdzą, że w ten sposób przekupywał poddanych, by zechcieli się ochrzcić.

Biskup Andrzej uśmiechnął się.

– Spójrzcie tylko na tego wojownika, przewielebny legacie. Jego miałby przekupić kniaź podarunkiem płaszcza? Widzieliście jego strój, pełen srebra i bursztynu? Ma on dwór, w którym sto i więcej ludzi słucha jego rozkazów. Co znaczy wobec tego jeden choćby i najkosztowniejszy płaszcz?

– Słusznie mówicie – zgodził się legat. – Bardzo słuszna uwaga, bracie biskupie. Jednakże panowie zakonni...

– A pewnie! – roześmiał się biskup Andrzej. – Krzyżacy zazdroszczą królowi jego ewangelicznego dzieła i rozsiewają różne takie gadki. Bo czy oni, choć są tu od dawna, ochrzcili choćby piątą część tego, czego dokonał miłościwy król Jagiełło?

Chrzest, przepytywania i zapiski trwały prawie cały dzień, ledwie z południową przerwą na posiłek, aż pod wieczór kardynał Corleone oświadczył, że bardzo jest zmęczony i kazał pozostałym przyjść następnego dnia. Pisarz pozbierał swoje rzeczy i cały orszak ruszył do nieodległego dworu na odpoczynek, gdzie też na królewskie rozkazanie przygotowano ucztę.

Mikołaj z Lipowej, choć bardzo przejęty zadaniem, nie mniej był zmęczony od nich, przez cały czas gadając, rozpytując, tłumacząc, poprawiając. Mimo pewnych niedoskonałości widać było, że dzieło króla Jagiełły przewyższa wszystko, co kiedykolwiek zrobiono w dziedzinie nawracania na prawdziwą wiarę. Lud litewski wydawał się już cały ochrzczony, przynajmniej tutaj, niezbyt daleko od stolicy kraju.

W drodze dopędził Mikołaja stary chłop i niskimi pokłonami zatrzymał rycerza. Kiedy ten dał znak, że go wysłucha, chłop pochylił się do ziemi.

– A gdzie to mam pójść z moją Marą, panie? – dopytywał się pokornie. – No, żeby dostać tę nową koszulę.

– Czego jeszcze chce ten człowiek? – zainteresował się legat.

– Pyta, gdzie ma zaprowadzić córkę do chrztu.

Kardynał Corleone klasnął w ręce.

– Wspaniale! Nawet prosty lud jest za chrztem! Zaprawdę, nie przesadzaliście z wieściami, bracie Andrzeju – zwrócił się do polskiego biskupa. – Sam bym chętnie nawrócił parę dusz na Boże posłanie, jeślibyście zezwolili... Wielkie tu bowiem dokonują się dzieła i chciałbym mieć w nich i swój udział. Zaprawdę, bracie Andrzeju, zazdroszczą wam w Rzymie waszego posłannictwa. Oj, jeszcze jak zazdroszczą! Wielka to zasługa przed Bogiem i wielka przed Kościołem.

– Zamierzacie osobiście udzielić sakramentu, dostojny legacie? Będę zaszczycony, jeśli tylko zechcecie.

Poczerwieniały z dumy i z zadowolenia biskup Andrzej polecił Mikołajowi:

– Powiedzcie temu człowiekowi, żeby przyprowadził córkę, a dozna wielkiego zaszczytu. Od samego legata Ojca Świętego, tak, dostojny kardynał Giovanni de Corleone osobiście udzieli jej sakramentu.

Mikołaj powiedział do chłopa:

– Biegnijcie zaraz do domu i przyprowadźcie tu waszą córkę. Dostanie swoją koszulę.

Chłop oniemiał z wrażenia.

– Tak? – potarł kułakiem po kudłatej głowie. – Nie żartujecie, panie? To może i innych przyprowadzę?

– Jak to innych? – zdziwił się Mikołaj. – To są i inni?

– A są, bo akurat w las poszli, kiedy ten rozkaz kniazia przyszedł. Bali się, głupi, że może im jaka krzywda się stanie, a jeden to chyba dlatego, że jest starego kapłana ofiarnika bliskim krewnym. Ale potem to i on żałował trochę, że jak inni nowej koszuli nie dostał...

– Dobrze, niech przyjdą wszyscy – rozkazał Mikołaj.

Sam podszedł szybko do legata.

– Ten człowiek prosi, by z jego córką mogli zostać ochrzczeni także i ci, którzy z różnych powodów nie mogli otrzymać sakramentu. Czy i oni mogą liczyć na waszą łaskę, eminencjo? Czy też poprosić mam o pomoc kapłanów, jacy są tu obecni?

– Sam, sam to zrobię! – szybko zastrzegł legat Corleone. – Sam wezmę na siebie ten piękny i słodki obowiązek, dziękując Bogu, że pod koniec mojego życia i mojej długiej służby dla Kościoła, obdarzył mnie tak wielką łaską.

Tego dnia legat papieski, Giovanni de Corleone, osobiście udzielił chrztu siedmiu osobom ze wsi Meszagoła. Wieczorem zaś, pisząc kolejny list do papieża Bonifacego, podkreślił, z jak wielkim przejęciem litewski lud poddaje się świętemu sakramentowi i jakie to wielkie szczęście przywieść na łono Kościoła choćby i jedną duszę.

SPEŁNIONA PRZEPOWIEDNIA

Jesienią poprzedniego roku Marina córka Janosza przeniosła się z Jastrzębic do Potoka, majątku swojego ojca i miejsca, gdzie upłynęło jej dzieciństwo oraz młodość. Hedwiga ustąpiła siostrze swoją część po ojcu, bo Marina wiodła życie biedne, miała kalekiego męża i niewielkie widoki na lepszą przyszłość. Nowy majątek Mariny znajdował się w dobrym stanie, gdyż przez kilka ostatnich lat, gdy mieszkała tu pani Agnieszka, teraz wdowa po panu Janoszu, gospodarstwo rozkwitło. Potok nie mógł się oczywiście równać z Lipową Mikołaja i Hedwigi, bo choć Lipową pan Ostasz zostawił niemal w ruinie, to jednak wielość żyznej ziemi zapewniała szybkie podniesienie się z upadku. Pomoc szła zresztą także z Krasawy pana Jeno, a ojciec obiecał pomagać Mikołajowi, dopóki się ten zupełnie nie usamodzielni, co miało nastąpić w ciągu dwóch, trzech lat.

Pierwszy wóz, jaki pojechał do Potoka z Jastrzębic, wiózł panią Marinę i jej męża Wilka. Razem z nimi ruszył goszczący tu od paru tygodni pan Maciej z Rogowa, któremu nie w smak było, że pan Wilek opuszcza ojcowiznę, a powołując się na pokrewieństwo, żądał zadośćuczynienia za swoją część.

Pan Maciej krążył po Jastrzębicach niczym kruk. Marina złościła się, ale nic na to nie mogła poradzić. Pan Wilek leżał w łożu, poskręcany i cierpiący, ale jej prawie nie dopuszczał do spraw gospodarskich.

– Maciej to mój najbliższy krewny – tłumaczył. – Mojego ojca brat przyrodni. Nie mogę go wypędzić.

– A gdzie był, kiedy klepaliśmy tu biedę? – złościła się Marina. – Kiedy byliśmy w nędzy, nigdy nie przyjeżdżał. A teraz, gdy dzięki hojności mojej siostry, spadło na nas bogactwo, chce urwać część dla siebie? Niedoczekanie!

Była gotowa bronić swojego ze wszystkich sił. Sił jednak miała niewiele, bo nie znajdując oparcia w mężu, mogła liczyć tylko na siebie. A to było za mało dla kogoś, kto nigdy jeszcze samodzielnie nie zarządzał, a naraz zmuszony został stanąć przeciw kutemu na cztery nogi panu Maciejowi.

Maciej z Rogowa cmokał na widok Potoka, że niby taki to duży i dostatni majątek. Zapowiedział już, że nie wyjedzie, póki nie dostanie swojej części z Jastrzębic, aż umówiono termin, kiedy mieli stawić się w sądzie ziemskim dla rozporządzenia majątkiem, jaki trzymał do tej pory pan Wilek. I tak to połowę Marina musiała oddać za nic panu Maciejowi. Ten oczywiście był zainteresowany jedynie dochodami, jakie już sobie wyliczył. Marina nie miała gotówki, by go spłacić od razu, więc pan Maciej dostał niewielką część w gotowiźnie, a resztę miał otrzymać w ciągu trzech lat. Do tego czasu połowa Jastrzębic ciągle miała należeć do niego.

Pan Jeno z Krasawy, który wykupił Jastrzębice, umożliwiając w ten sposób Marinie przejście do Potoka, burczał niezadowolony.

– Zrób ludziom dobrze, to ci odpłacą niewdzięcznością – powtarzał.

Marina drżała, że w każdej chwili może przyjść wiadomość, że krewny męża chce sprzedać swoją część w Jastrzębicach.

Pan Wilek przyjechał do nowej siedziby niczym część żywego inwentarza. Tyle tylko, że on jechał na wozie, podczas gdy krowy czy woły całą drogę musiały pokonać same. Ale nie więcej uwagi niż zwierzętom poświęcała Marina swojemu mężowi. Miała też zbyt wiele rozmaitej pracy, żeby zostawało jej dość czasu na opiekowanie się panem Wilkiem. Ten podczas drogi leżał na wozie, na boku, skurczony, jakby spętany. Nigdy nie był rozmowny, a po wypadku na polowaniu czuł się jeszcze bardziej samotny i nie odzywał się prawie wcale.

Ani przed wyjazdem, kiedy pakowano wszystko, ani w czasie drogi, ani później nawet, gdy zajechano do Potoka i służba wzięła się do rozpakowywania kufrów, worków i koszyków, niewiele zajmowano się panem Wilkiem. Przeniesiono go do wyznaczonej izby, ułożono na posłaniu i zostawiono samego. Przez kilka pierwszych dni, gdy we dworze trwały prace, bodaj raz tylko pani Marina zajrzała do tej izby. I to też tylko, żeby dopilnować złożenia w niej myśliwskiego sprzętu, który należał do gospodarza, a na który nigdzie indziej nie znaleziono miejsca.

Później było podobnie. W ojcowskim dworze Marina przejęła natychmiast całą władzę. Wyznaczyła mężowi pachołka do posług i na tym skończyła się jej nad nim opieka. Przykazała służbie, aby go słuchano, kiedy o coś poprosi, ale prośby te ograniczyła do spraw codziennych, bytowych, odbierając mu całą władzę nad wszystkim innym.

Długie tygodnie zajęło jej opanowanie dworu, urządzanie go, planowanie tego, co trzeba zrobić, rozdzielanie roboty i pilnowanie jej wykonania. Wielokrotnie pan Wilek przypominał, że jest gospodarzem oraz właścicielem, że jego tutaj rządy i rada, ale nikt tego nie chciał słuchać. Początkowo pan próbował się przeciwstawiać. Pokraczny, pochylony do ziemi, wychodził z izby, szedł do stajen, obór, na podwórze, krzyczał, wydawał polecenia, żądał wyjaśnień. Brał nawet rózgę do ręki i próbował pędzić ludzi do roboty. Ale pachołkowie, którym Marina nakazała słuchać tylko jej poleceń, uciekali spod ręki pana Wilka, nie bojąc się wcale jego pogróżek. Trwało kilka tygodni, zanim pan Wilek zrozumiał, że nie ma nic do powiedzenia w Potoku, bo nikt go tu słuchać nie będzie. Żona starannie omijała jego izbę, nie miał więc ani okazji, ani możliwości, żeby się poskarżyć.

Zdarzało się też, że rano nie mógł znaleźć szat, aby się ubrać, a nie wypadało przecież nieubranym pokazywać się komukolwiek. Szukał, krzyczał, wzywał służbę, głośno skarżył się na postępowanie pani Mariny, ale nic nie mógł wskórać. W końcu więc musiał ustąpić, pogodzić się z losem i wyznaczonym sobie miejscem. Kiedy zaś to się stało, zmalał, zamknął się w sobie i w izbie i nie wychodził z niej prawie, zupełnie zobojętniały na to wszystko, co działo się dookoła.

Marina każdą sprawę uczyła się rozstrzygać sama. Po jakimś czasie stwierdziła, że umie to robić lepiej lub gorzej, a mąż nie jest jej do niczego potrzebny. Nie myślała o odległej przyszłości, zajęta licznymi pracami gospodarskimi, nie odczuwała takiej potrzeby. Może tylko czasami, jesiennymi wieczorami, kiedy samotnie siedziała przy kominie, zazdrościła swojej siostrze Hedwidze, że ta może czekać na Mikołaja, a także innym paniom, że mają swoich mężów przy sobie.

Pani Marina leżała na drewnianej ławie w dworskiej łaźni. Para buchała z wody lanej na rozgrzane kamienie, Marina wystawiła plecy pod brzozowe witki, którymi ćwiczyła ją służąca.

– Dlaczego jestem starą kobietą? – myślała Marina. – Przecież jeszcze nie doświadczyłam wszystkiego. Czuję się młoda duchem, jakby dopiero co ojciec oznajmił mi, że powinnam iść za mąż. A mam już trzydzieści lat.

 

Służąca dokładnie okładała rózgami ciało pani, siekąc po plecach, pośladkach i nogach.

– Ho ho! – zauważyła z uznaniem. – Wszyscy wam zazdroszczą, pani, takiego młodego ciała.

Marina zdumiona podniosła brwi.

– Co ty mówisz, głupia? – żachnęła się.

Służąca nie speszyła się wcale.

– No – przyznała. – Pewnie, że nie jesteście młódką. Ale ani chybi niejedną jeszcze moglibyście zawstydzić swoją postawą. Tylko stroić się winniście więcej. Pani Agnieszka wiele od was starsza, a poświęcała dużo czasu i uwagi, aby o siebie zadbać. To i nic dziwnego, że porwał ją pewien rycerz, kiedy już miała lat pięćdziesiąt.

Pani Marina stęknęła i odwróciła się na plecy.

– Mój Boże – westchnęła. – Gdybyż to była prawda!

Podniosła się i okryła prześcieradłem.

– Chyba jesteś ślepa – powiedziała do służącej. – Czas płynie, a ja byłam piękna, ale ty wtedy ledwo odrosłaś od ziemi.

– Powiadam wam, pani. Są rozmaite zioła i maści. Jest tu też pewna kobieta, która umie podpowiedzieć, co zrobić, żeby dłużej zachować młodość. Pewnie, że to kosztuje, ale możecie chyba sobie pozwolić...

– Nie mam pieniędzy na głupstwa – ucięła Marina.

Poprzednia pani Potoka rzeczywiście bardzo dbała o siebie i nawet zostało po niej nieco rozmaitych specyfików, maści anyżkowej do nacierania, ziół, którymi trzeba się było okadzać, środków do pielęgnacji włosów. Pani Agnieszka używała wielu kwiatów do kąpieli, bo poza korzystaniem z łaźni, lubiła się też moczyć w ciepłej wodzie w balii, którą wystawiano pod dachem, sypiąc do niej kwietne płatki. Służąca Budka znała wszystkie te sposoby, bo obsługiwała panią i teraz, kiedy Marina wspomniała o potrzebie takich działań, dziewczyna była nieco zaskoczona.

– Wy nie potrzebujecie tego, pani – przekonywała.

Pani Agnieszka, odjeżdżając do klasztoru, część swoich strojów rozdała biednym, jak to było we zwyczaju, ale kilka jej sukien zostało i Marina wybrała z nich czerwoną jak młode wino, którą wystarczyło tylko nieco przysposobić do jej postaci. Marina miała ładną figurę i mogła uchodzić za młodą kobietę, ale o tym zapomniała przez kilka lat w Jastrzębicach i teraz było to dla niej odkrycie.

Służąca Budka znowu wspominała o starej czarownicy, która podobno znała rozmaite sztuczki. Ragana mieszkała nawet niedaleko, w małej chatce blisko Wroniego Uroczyska, ale Marina początkowo odmówiła stanowczo jakichkolwiek z nią spotkań.

– Nie będę chodziła do żadnej czarownicy – powiedziała służącej. – Przynajmniej nie teraz.

Tymczasem szperała w domu po kątach i oglądała te wszystkie przedmioty, jakie zostały po pani Agnieszce, i choć nie chciała się przyznać nawet sama przed sobą, zgromadziła je wkrótce w jednym miejscu: zausznice, fibule, grzebienie kościane, lustra, ozdobne szpile do włosów, koronki, wstążki, zapinki. Razem z ozdobami, jakie miała w swojej skrzyni, było tego całkiem sporo, co ją cieszyło o tyle, że ma gdzie się teraz w tym pokazać, a mąż nie broni już wychodzenia dalej niż na dwieście kroków, jak to bywało dawniej.

Pan Wilek leżał w swojej izbie, doglądany przez wyznaczonego służącego. Marina nie informowała go o swoich sprawach ani też o sprawach gospodarstwa, bo podobnie jak i w poprzednim miejscu zamieszkania mało się nimi ciekawił.

Kiedy przyjechali do Potoka, okazało się, że w Jastrzębicach zostały ulubione sokoły pana Wilka. Marina zostawiła je rozmyślnie, wcale nie zamierzała ich zabierać. Miała dość kłopotów ze sprowadzeniem krów, koni, świń, drobiu i swoich ulubionych wołów, które niedawno wywróżyły jej dobre zmiany na przyszłość. Pan Wilek dowiedziawszy się, że sokołów nie ma, rozeźlił się, jak kiedyś, przywołał pachołka i kazał mu natychmiast jechać po ptaki.

– Nigdzie nie pojedzie – sprzeciwiła się Marina.

– Jak to nie pojedzie? – dziwował się. – Przecież zostały tam same, a żadną miarę nie powinny...

– Nie pojedzie i już! – powiedziała Marina stanowczym głosem i niczym stara Brygida ujęła się pod boki. – Nie pojedzie, bo ja tak rozkazałam. Zresztą, nie ma po co, bo ptaki kazałam wypuścić.

Pan Wilek nie zrozumiał.

– Wypuścić? Jak to wypuścić? Moje sokoły?

– A pewnie. Co miałyby robić tutaj? Dość miałam ich w starym domu.

Pan Wilek zezłościł się, próbował krzyczeć i nakazał pachołkowi jechać natychmiast.

– One są przyuczone – wyjaśniał. – Wróciły na pewno w swoje miejsce. Trzeba pojechać natychmiast, bo inaczej się zmarnują.

Nie rozumiał jeszcze, że pani Marina przejęła całą władzę nad Potokiem, a to znaczyło, że także nad nim. Próbował rozkazywać, potem prosić. Marina była nieubłagana, z uśmiechem ciesząc się z władzy, jaką na nim sprawowała.

Pan Wilek rozpłakał się wreszcie z bezradności. Marina nie była przygotowana na takie zachowanie. Zrobiło się jej żal męża, który wprawdzie bywał wobec niej obojętny albo nawet brutalny, ale jednak był jej mężem, człowiekiem, któremu ślubowała przed ołtarzem. W końcu więc posłała służącego do Jastrzębic, choć niczego nie powiedziała mężowi. Pachołek wrócił po kilku dniach, przywożąc jednego z sokołów pana Wilka. Nie umiał wyjaśnić, co stało się z drugim, ale od tego czasu to on dbał o ptaka, wyprawiał się z nim na pola i pagórki, a potem wiódł z panem długie gadki o tym, jak ptak się sprawował i jak poprawić jego szybkość, celność i płynność lotu.

Inaczej rzecz się miała z wołami Mariny. Same przemierzyły wolno drogę z Jastrzębic do Potoka, a tu nie użyto już ich nigdy do pracy. Stały w oborze, a Marina osobiście dbała, by zawsze miały świeżą paszę i dość wody. Jako te, które przepowiedziały Marinie odmianę losu i dały jej nadzieję na lepszą przyszłość, nie musiały już ciągnąć pługów ani wózków, mogły teraz wylegiwać się na suchej słomie albo też na świeżej trawie przed dworem, powolne i dostojne, a nikt ze służby nie miał prawa przeganiać ich ani używać kija. Pani zapowiedziała surowo, że każdy, kto by się na to poważył, dostanie dziesięciokroć więcej rózeg na gołe plecy, więc wszyscy stosowali się do jej poleceń, choć nie bardzo rozumieli, skąd się bierze taka dbałość Mariny akurat o tę parę zwierząt.

Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»