Ukryte myśliТекст

Из серии: seria KWADRAT
0
Отзывы
Читать фрагмент
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Copyright © Roman Ciepliński, 2020

Copyright © Wydawnictwo FORMA, 2020

zdjęcie autora i obraz na okładce: Karol A. Ciepliński

redakcja: Anna Nowakowska

korekta: Anna Borowicka, Anna Nowakowska

projekt graficzny serii, projekt okładki, skład, łamanie: Paweł Nowakowski

konwersja e-booka: Paweł Majowski (pb.majowski@gmail.com)

ISBN 978-83-66180-50-5 (wydanie pierwsze, papier)

ISBN 978-83-66180-51-2 (wydanie drugie, e-book)

WYDAWNICTWO FORMA

71-219 Szczecin-Bezrzecze, ul. Nowowiejska 63

www.wforma.eu, e-mail: forma.sc@pro.onet.pl

podobieństwo do osób i zdarzeń

jest czysto przypadkowe i niezamierzone

Choroba wyobraźni

Wszystko zaczęło się od Pokusy Świętego Antoniego. Patrząc na cienkie, pajęcze nóżki słoni, zastanawiałem się, czym jest pokusa, jeśli nie rodzajem choroby autoimmunologicznej wyobraźni. Jeśli tak, to pokusa byłaby więc chorobą zaburzeń odporności, konsekwencją zbyt silnej reakcji samoobronnej przed potencjalnym zagrożeniem. Przykładem na to, że mysz może urodzić słonia.

Wyobraźnia, która jako taka jest pewnym nadużyciem umysłu, kiedy to przekracza on granicę dzielącą teraźniejszość od przeszłości i przyszłości, kiedy to nie rejestruje i nie reaguje na to, co „jest”, lecz na to, czego aktualnie „nie ma” i tworzy nierealną rzeczywistość alternatywną, wytwarza – chcąc bronić się przed naporem rzeczywistości zmysłowej – przeciwciała pokus, czyli „apele o zachowanie cnoty” w zbyt dużej ilości, które to niszczą wyobraźnię, z natury niewinną i bezinteresowną. Niszczą, zamieniając ją w agresywne widmo, produkt choroby autoimmunologicznej, fantom przedmiotu pożądania. Tak to po raz kolejny sprawdza się stara prawda, że najbardziej na zepsucie narażeni są ci, którzy najbezwzględniej z nim walczą. Nic tak nie cieszy demona jak nadmiar rygorów, fanatyczna walka z występkiem i złem. To idealne bowiem środowisko, by system immunologiczny wyobraźni przekroczył swoje kompetencje i zamienił eden w ogród sadysty.

Jeśli wyobraźnia może zabić, to z pewnością o wiele szybciej zabić może pokusa, która jest wyobraźnią zaprzęgniętą przez Kusiciela. Pokusa jest rodzajem wyobraźni skażonej mocą popędów i patologią woli: pożądaniem, żądzą władzy i rozkoszy, magnetyzmem grzechu.

Jest jeszcze jeden istotny szczegół: piękno tej choroby. Zabójcze piękno. Dialektyczne, bo dialektyczne, czyli wpisane w perspektywę, w której widać jego przeciwieństwo czy alternatywę, jest każde piękno, nawet to niewinne, a może właśnie to najbardziej. Ilekroć czytam Kwiaty zła czuję się jak spowiednik w konfesjonale. Jednak nie jak ksiądz spowiednik, lecz jak spowiednik – esteta, etyk piękna. Biedny Baudelaire spowiada mi się – mówiąc o sprawach ohydnych – w przepiękny sposób z tego, że w plugastwie dostrzegł najwyższe piękno. Czyż można doświadczyć większej estetycznej perwersji?

Trudno jej się oprzeć nie tylko z powodu podniet ciała. Działa również trucizna zabójczego piękna, które sączy się z miejsca „po drugiej stronie dobra”. Gdyby Bóg był mniej mądry, zrównałby zapewne dobro z pięknem i zło z brzydotą. Gdyby zbrodnia, cudzołóstwo, rabunek czy kłamstwo były tak ohydne, że człowiek od razu w chwili pokusy dokonania tych występków odczuwałby coś w rodzaju obrzydzenia, Diabeł nie byłby potrzebny. Straciłby robotę, jak nasi stoczniowcy po upadku stoczni.

Kiedy więc patrzę na słonia na pajęczych nóżkach, który biegnie niczym monstrualny owad, niosąc na swoim grzbiecie symbolizujący pokusy cielesne burdel pełen pięknych nierządnic, zdaje się, że to tylko irracjonalna fantasmagoria, którą rozwieje za chwilę wiatr. Słonie się jednak zbliżają, widmo powiększa się, pokusa rośnie.

Jeśli czysta wyobraźnia jest produktem psychiki, osobowości, ducha, to pokusa – jej córka z nieprawego łoża – służyć chce głównie ciału. Tak jak w życiu walczą dusza z ciałem, tak w estetyce i etyce wyobraźnia zmaga się z pokusą.

Wreszcie oderwałem wzrok od reprodukcji obrazu Salvadora Dalego. Byłem zmęczony. Od wpatrywania się w ekran komputera, który niczym sezam otworzył przede mną wstydliwe karty działalności TW „Emanuela”, bolały mnie oczy. Kto na ścianie czytelni akt Służby Bezpieczeństwa w Instytucie Pamięci Narodowej powiesił te reprodukcje? Niezależnie od tego, kto to był, z pewnością nie było to dziełem przypadku. Tuż za Dalim wisiał Bosch i sceny z jego ogrodu ziemskich rozkoszy i ogrodu pełnego koszmarnych okrucieństw. Słowem – piekło, wymarzony temat dla wyobraźni, która osądza i wymyśla karę. Okrucieństwo; jakże często przejawia się w nim demoniczna kreatywność... Dalej był Goya ze swoimi demonami wojny, mroczny Caravaggio, a na samym końcu, nie wiedzieć dlaczego, wisiał zupełnie nie pasujący do reszty reprodukcji portret brodatego mężczyzny w rosyjskim grubym płaszczu. Mężczyzna ów, pokazując swój lewy półprofil, patrzy gdzieś przed siebie z wyrazem twarzy mówiącym mniej więcej: wiem o tobie coś, czego nie chciałbyś się dowiedzieć.

Wyszedłem z budynku IPN-u i, z powodów, które wydały mi się oczywiste, ruszyłem, nie spiesząc się, w stronę ulicy Judyma. Z Janickiego do Judyma droga jest długa. Pomyślałem, że idąc na skróty, poświęcić będę musiał na ten spacer około godziny. W sam raz tyle, ile potrzeba, by przemyśleć pewne sprawy.

Jeżeli zło jest odwrotnością, przeciwieństwem dobra, to pokusą dla samego Diabła mogłoby być tylko jedno. Zło mogłoby ulec tylko pokusie jakiegoś „dobra”. A nawet dobra bez cudzysłowu. Po prostu – dobra. Powód wydaje się prosty i oczywisty. Mógłby ulec tej pokusie, bo uznaje on to dobro, stworzone przez Boga, za – zło. Czy zatem Diabeł odczuwa pokusę dobra? Najprawdopodobniej tak – myślałem, idąc w ten ciężki sierpniowy dzień zakurzoną, wypaloną słońcem ulicą wzdłuż szpaleru starych lip rosnących za płotem dawnej sowieckiej jednostki wojskowej. Mogłaby więc skusić go – paradoksalnie – tylko miłość, którą on uważa za zło najwyższe. Taki ma bowiem „odwrotny” system wartości...

Nagle zza rogu Mickiewicza i Okrzei wyłonił się jak widmo Janusz Janowski, który z niewiadomych powodów od szkolnych lat nazywany był po prostu Paskiem. Zatrzymaliśmy się koło kiosku. Pasek kupił papierosy i zapalił. Wracał ze szpitala, gdzie leżała – jak się wyraził – jego ciotunia. Chciałem go zapytać, czy to ta sama ciotunia, która w latach 90. prowadziła agencję towarzyską na Mierzynie, ale ugryzłem się w język.

– Coś poważnego?

– Na razie jest diagnozowana. Już jednak wiadomo, że do lekarza to ona raczej się nie spieszyła... – powiedział.

– A któż się spieszy do lekarza?

– Na pewno nie ona. Nigdy nie miała czasu. A ty nad czym tak rozmyślasz? – zapytał, wydmuchując dym z papierosa prosto w moją twarz.

– Byłem w IPN-ie. A po wyjściu zastanawiam się nad problemem czysto teoretycznym, by nie powiedzieć teologicznym: czy Diabeł, skoro uznaliśmy, że istnieje i ciągle robi tak wiele bałaganu, mógłby się zakochać?

Pasek zaśmiał się. Rzucił papierosa pod nogi, rozgniótł go pod butem i powiedział:

– Ty to masz problemy...

I bez pożegnania poszedł w stronę ulicy Juranda, gdzie mieścił się bodaj najbardziej znany w mieście gabinet psychiatryczny.

Ruszyłem dalej, przed ryneczkiem „Pogodno” skręciłem w Libelta. Przeszedłem koło domu byłego dyrektora teatru Grzegorza Józefowicza, człowieka zgorzkniałego i zatrutego wieloma niepowodzeniami, których osobiście doświadczył. Przypomniał mi się pewien letni dzień przed laty, kiedy gościłem u niego i siedzieliśmy w małym zacienionym ogrodzie przy werandzie i piliśmy dobrze schłodzone piwo. Postać byłego dyrektora, choć wydawała mi się raczej niesympatyczna, skojarzyła mi się z bardzo miłym popołudniem, kiedy siedząc w wiklinowym fotelu w cieniu moreli i czereśni, odpoczywałem w upalne popołudnie, pijąc zimne napoje. Wreszcie skręciłem w Budzysza Wosia, w ulicę, która z racji małego ronda na końcu przypomina igłę na którą można nawlec jakąś nić. Czy więc paradoksalnie, Diabła może skusić miłość, czy może się zakochać, czy też – choć ma taką zdolność czy raczej słabość – nie zrobi tego, bo chroni go jego najważniejsza cecha – odradzająca się ciągle na nowo – nienawiść? Otóż – myślałem, idąc dalej w stronę Wojska Polskiego, już ulicą Ostrawicką – jest pewien problem z miłością, w przypadku Diabła wyjątkowo niefortunny. Nie ma miłości – jak pisali Kierkegaard i Scheler – bez ofiary, bez poświęcenia, bez gotowości poświęcenia samego siebie w imię tej miłości do kobiety, mężczyzny, własnego dziecka. W miłości nie chodzi więc tylko o samą miłość, ale też i o śmierć. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach ośmieliłby się wymagać od Diabła, by ten poświęcił się dla swojej ukochanej lub choćby nawet dla Antychrysta, którego z pewnością koch... a jeśli nawet nie, to przynajmniej – lubi i akceptuje z powodu zła, które czyni?

Zahaczyłem o park Romana Łyczywka, przeszedłem z mieszanymi uczuciami koło Bianca Cafe, lodziarni, która powstała w miejscu, gdzie od lat przedwojennych zawsze działał miejski szalet i gdzie teraz zamiast pisuarów przy ścianach stoją okrągłe paryskie stoliki wykończone mosiądzem, po czym – przecinając szeroką aleję Wojska Polskiego – ruszyłem w stronę ulicy Wincentego Pola. Byłem już blisko; minąłem Ogród Botaniczny, gdzie omal nie rozjechał mnie jakiś rowerzysta, wszedłem w Serbską i byłem już przy Szpitalu Wojewódzkim. Przyszła mi wówczas do głowy myśl absurdalna, ale wyjątkowo natrętna; jednakowoż nie w formie stwierdzenia, lecz – co dziwne – pytania: gdyby w imię jeszcze większej nienawiści należało pokochać, czy Diabeł pokochałby, czy raczej niekoniecznie? Jeśli pokochałby naprawdę, zaprzeczyłby samemu sobie, a to z kolei jest możliwe, bo w istocie rzeczy – jak twierdzą teolodzy – jest on tylko błędem, odwrotnością doskonałości, niespełnioną ambicją, miłością własną. Jest więc bardzo ludzki, wręcz godny współczucia. Podobnie jak człowiek wie, że jego dni są policzone, że przegrał tu, na Ziemi, lecz również – w przeciwieństwie do człowieka – również i w niebie.

 

Zbliżałem się do ulicy Judyma wciśniętej między kompleksy starych dziewiętnastowiecznych budynków dawnego sanatorium, ośrodka opieki społecznej „Samaritaine” i domu starców „Obfite Żniwo”, który mieścił się w pięknym, lecz zrujnowanym pałacu z dwiema wieżami na narożnikach. Ta część rejonu szpitala ukryta była w cieniu starych drzew.

Po lekturze fragmentów teczki opatrzonej kryptonimem „Operacja Lacrimosa” postanowiłem osobiście przekonać się, jak wygląda wnętrze kościoła, gdzie tuż po wojnie miało dojść do incydentu związanego z jednym z obrazów i jak wygląda ten słynny – jeśli można tak powiedzieć – konfesjonał, który okazał się narzędziem służby bezpieczeństwa.

‡ ‡ ‡

Stałem pod konfesjonałem i zastanawiałem się nad sensem moich poszukiwań w IPN-ie. Czy poznam prawdę o Albercie, a jeśli ją poznam, czy mnie ona w jakiś sposób „wyzwoli”? Nagle usłyszałem głuchy odgłos chrobotania i po chwili z konfesjonału wyszedł ksiądz. W ręku trzymał brewiarz, który pewnie czytał z braku chętnych do spowiedzi.

– Pan do spowiedzi może? – zapytał.

– Nie, proszę księdza. Jestem rozwodnikiem.

– Nie szkodzi. Każdy się może wyspowiadać, ale nie każdy musi otrzymać rozgrzeszenie – powiedział i, widząc moje wahanie, uśmiechnął się, jakby zrozumiał i poszedł w stronę zakrystii.

Konfesjonał był już mocno zużyty; w klęczniku wierni wyżłobili kolanami dwie dość głębokie doliny, irytowały – jakby nie było, w tym pięknym starym meblu – porysowane, pewnie przez dzieci komunijne, boczne skrzydła, tak zwane parawany. Drewniana krata, co tu dużo mówić, była z pewnością siedliskiem bakterii i wirusów, no i oczywiście źródłem niezbyt ciekawego zapachu. Tak, konfesjonały mają przedziwny zapach. Nie powiem, że przyjemny. Zawsze kojarzył mi się z tajemnicą. Wygodne też nie są. Nie może być komfortowy i pachnący jak świecka, a nawet, w pewnym sensie, bluźniercza – kozetka psychoanalityka.

Mogło tak być jeszcze przez wiele lat, zgrzebnie i tradycyjnie, gdyby nie ten fatalny w skutkach incydent, który wydarzył się w połowie lat 80. W Wielki Piątek do spowiedzi przystąpił dziwny młody człowiek. Był dużego wzrostu. W trakcie spowiedzi bardzo się zdenerwował i tak walił głową w kratę, że ją połamał. Spowiedź przerwano, wandala wyprowadzono ze świątyni.

Kilka dni później ksiądz Włodzimierz Nowak znalazł wreszcie na stronach ogłoszeniowych numer telefonu do stolarza i zadzwonił. Spodziewał się jednego, ale przyjechało aż dwóch. Proboszcz pomyślał wówczas, że nie wyglądali na stolarzy. Byli ubrani w nowe kombinezony i co najdziwniejsze zupełnie trzeźwi, nawet nie „wczorajsi”. Stolarze wzięli wymiary, ustalili zakres prac i cenę, o którą się nie targowali, co też wydało się dziwne i pojechali. Już rano następnego dnia konfesjonał był naprawiony. Dopiero cztery lata później zza kratownicy w trakcie czyszczenia parawanów i okienek wypadł miniaturowy mikrofon i dwa cieniutkie kabelki.

‡ ‡ ‡

Później, kiedy wyszły na jaw kolejne fakty, które z pozoru niepowiązane ze sobą wątki łączyły w jedną całość, doszedłem do wniosku, że muszę wrócić myślami nie tylko do samego Alberta, człowieka o dwóch twarzach, ale również do czasów dość odległych, kiedy wszedłem w środowisko – jak mogłoby się wydawać – zupełnie obce tematyce współpracy ze służbami w czasie komuny. Chodzi o punków.

Do dziś Paryż kojarzy mi się z głodem. W gruncie rzeczy byłem na siebie wściekły, że dałem się namówić na ten eksperyment. Byłem po prostu nieziemsko głodny. A kolejne próby oswojenia tego stanu okazywały się nieudane. W ciągu miesiąca zrzuciłem 10 kilo. Spodnie na mnie wisiały. Jeszcze chwilę i byłbym tak chudy jak Ann, która zdaje się była anorektyczką.

Przez lata wydawało mi się, że – nie licząc motywu czysto poznawczego – była to rutynowa wycieczka, typowe odreagowanie po rozczarowaniu. Może i terapia. Wzgardzone uczucie ma moc silnika odrzutowego. Nie ma chyba większej manifestacji zranionych uczuć niż podróż po rozstaniu, z dziewczyną, która miała zaleczyć ranę po swojej poprzedniczce. Oczywiście miasto lśniło w ciemnościach i ściągało ćmy z całego świata, miało swoją własną siłę przyciągania, destrukcyjną moc jak płomień w ciemności. To był zresztą inny Paryż niż ten obecnie. W czasach drugiej Wiosny Ludów, dużo większej niż pierwsza przed 150 laty, która akurat wówczas przeciągnęła się od czerwca w Polsce do późnej jesieni w NRD i Czechach, miasto nad Sekwaną wydawało mi się krainą szczęśliwości.

Pracowałem wtedy w redakcji Polskiego Radia. W wieżowcu na ostatnim piętrze była biblioteka, uznawana powszechnie za podniebne, choć nieco zakurzone, królestwo Henryka Banasiewicza, poety apokaliptycznego. Henryk miał mały ciepły etacik. Rzucono go tam pewnie, bo był poetą, osobą – jak by nie było – niedostosowaną do życia. Dyrekcja radia powieliła więc pomysł Platona, by ludzi oderwanych zanadto od realnego życia wypchnąć niejako poza margines społeczeństwa, w którym jakoby każdy powinien znać swoje miejsce. Zanudzać swoimi katastroficznymi wizjami świata i końca cywilizacji nie miał kogo. Było to więc jakieś rozwiązanie. Pożyczyłem kiedyś w tej bibliotece książkę pewnego brytyjskiego antropologa, który badał małą społeczność w Afryce Środkowej. Żył wśród niej prawie trzy lata. To była społeczność żyjąca na skraju nędzy. Starych ludzi, a więc w tamtejszym mniemaniu niepotrzebnych, gdy przychodził czas, wsadzano na taczki i wywożono za wieś na wysypisko. Starzy spadali na kupę śmieci i tam powoli – jeśli można tak powiedzieć – w spokoju umierali. Zwalniali miejsce młodym... Gdy położyłem książkę na biurku, Henryk ucieszył się:

– To jedna z najbardziej ponurych książek antropologicznych, jakie powstały. Antropologiczny portret człowieka, który się z niej wyłania to po prostu katastrofa, zwłaszcza dla antropologów entuzjastów, którzy w homo sapiens widzą duchową, altruistyczną istotę. Jak dla mnie – rewelacja. Serdecznie polecam – powiedział niemal w zachwycie.

Wydawało mi się, że potrzebowałem takiej książki, zwłaszcza wtedy. O Izie nie potrafiłem przestać myśleć. Wyglądała jak Madonna z dzieciątkiem Rafaela. Snułem się po mieście jak zbity pies. Pocieszała mnie jednak ta ponura wizja człowieka pozbawionego wszelkiego współczucia, niezdolnego do miłości. Jeśli człowiek niezdolny jest do miłości, to cierpienie z tego powodu, że ktoś jest przez kogoś odrzucony jest czystym nonsensem. Myślałem, że będzie mi lżej, ale nie było. Swoją drogą ciekawe jest, że człowiek przygnębiony odnajduje często pocieszenie w tym, co ludzi szczęśliwych dołuje... Iść miałem przez życie jako człowiek wolny, pozbawiony balastu. Spodobała mi się wówczas myśl pewnego buddysty: uwolnić się od dyktatury wiedzy. Nie wiedzieć oznaczało też nie cierpieć.

Na początku transformacji ustrojowej wszystko wydawało mi się miałkie, tandetne i nędzne. I wtedy właśnie spotkałem Jurka. Spotkaliśmy się koło tak zwanych kogutów. Był to rząd baraków gastronomicznych, w miejscu gdzie kiedyś, tuż przed alianckim nalotem, stały secesyjne kamienice, słowem w szczerbie zabudowy, która jak niezabliźniona rana tkwiła w samym sercu miasta. Rozmowa była krótka. Zapytał: „jedziesz?”. Nie miałem nic do stracenia. Podanie o urlop bezpłatny zostawiłem w sekretariacie i nie czekając na podpis prezesa, wyszedłem. Jakby co, uratują mnie związki zawodowe, pomyślałem naiwnie. Spakowałem się i kilka godzin później byłem w autobusie do Francji.

Rodzice uznali mój wyskok za szczyt nieodpowiedzialności.

‡ ‡ ‡

Z moim wyjazdem – na który patrzę dziś z dużym dystansem – wiąże się cały długi ciąg skojarzeń, choćby takich, które po latach przywołują do życia stare czasy. Nie dalej niż zeszłej zimy, na przykład, na wernisażu Romualda Macieja spotkałem pana Gawryluka. Uraczył mnie taką oto historią:

– Po wielu latach, kiedy od dawna byłem już przewodnikiem po Hiszpanii, trafiłem do Barcelony. Wiecie, kim byli polscy turyści w stanie wojennym? (Dlaczego zwracał się do mnie w liczbie mnogiej? Formy tej pewnie często używał, przemawiając do wycieczek). Wiecie; albo turystami jednorazowego użytku, którzy wyjeżdżali z Polski tylko raz, albo tajnymi współpracownikami, którzy inwigilowali tych, którzy zostawali. Miałem popłynąć statkiem na jednodniową wycieczkę wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego. Ale mój przyjaciel, pewien Rosjanin, także przewodnik, poprosił mnie, byśmy się zamienili trasami. Któryś raz już miał oprowadzać wycieczkę między innymi po północnej Katalonii. Ale jej uczestnicy już tam byli, chcieli zobaczyć coś innego. Zgodziłem się. Oni popłynęli małym wycieczkowym statkiem, a my autobusem pojechaliśmy na wschód Katalonii. Na trasie była też miejscowość Figueres, gdzie urodził się Salvador Dali. Zresztą na Costa Brava znajdują się trzy muzea związane z tym artystą. Razem tworzą coś w rodzaju Trójkąta Dalego, tak są zresztą dzisiaj nazywane. Turyści entuzjastycznie przyjęli moją propozycję, byśmy tam pojechali. W Figueres artysta zbudował swoje muzeum na ruinach teatru miejskiego zniszczonego podczas wojny domowej. Pstrokaty budynek zwieńczony jajami. Na wejściu wita nas patio ze słynną taksówką – czarnym cadillakiem, zwanym również deszczowym, ponieważ po wrzuceniu monety zaczyna padać deszcz, tyle że w środku auta. Później pojechaliśmy do Port Lligat; to małe miasteczko rybackie znajdujące się w pobliżu Cadaqués, gdzie Salvador kupił dom rybaków. Obejrzeliśmy hacjendę Dalego i pojechaliśmy do restauracji. Coś mnie jednak podkusiło, by wrócić do posiadłości mistrza. Gdy uczestnicy wycieczki jedli obiad, wymknąłem się z lokalu. Sam dobrze nie wiedziałem, po co to robię. Stanąłem przed solidną bramą i wcisnąłem przycisk dzwonka. Długi czas nic się nie działo po drugiej stronie ogrodzenia. W końcu przez zakratowany otwór w bramie zobaczyłem, jak powoli drzwi domu otwierają się i jak wychodzi na zewnątrz rosły mężczyzna w czarnym garniturze. Zza jego pleców, ku memu zdziwieniu, wyłonił się malutki chudziutki człowieczek z wielkimi wąsami. Własnym oczom nie wierzyłem. Czy był to przypadek, a może wyszedł, by rozprostować kości albo wypić kawę na tarasie, czy też postanowił mnie osobiście powitać? Było to raczej mało prawdopodobne. Tymczasem obaj mężczyźni podeszli do bramy i zaglądali mi nieufnie w oczy. Po chwili facet w czarnym garniturze otworzył bramę i powiedział: „proszę”. Wszedłem do środka i od razu ruszyłem do Salvadora Dalego, który stał jak posąg pośrodku dziedzińca. Niewiele myśląc, upadłem do nóg artysty i klęcząc przed nim powiedziałem:

– Mistrzu, pobłogosław, proszę, młodego adepta sztuki.

– Spierdalaj, kutasie... – odpowiedział maestro soczystą katalońską gwarą.

Tak po prostu. Nierozgarnięty jest ten, kto nie rozumie, że aby być mistrzem, trzeba iść własną drogą i że lepiej się buntować niż pozwolić sobie na „terminowanie”. Bez zlepiania się w grupy, związki czy nawet „duopole”, jak w moim i Alberta przypadku. Czy Albert przykleił się do mnie jak skorupiak do burty „Titanica” i płynie na spotkanie ze swoim losem?

‡ ‡ ‡

Ojciec mi powtarzał: zanim pojedziesz za granicę, poznaj najpierw swój własny kraj. Rozbawił mnie tym stwierdzeniem. „Ty nigdy nie wyjedziesz, bo do śmierci będziesz poznawał swój kraj, którego i tak nie poznasz, bo nie ruszasz się z domu” – odgryzłem mu się. Spojrzał na mnie z dezaprobatą. W gruncie rzeczy jednak przyznałem mu rację. Ojciec rzeczywiście nigdy nie wyjechał z Polski, a przynajmniej nie z takiej Polski jaką ona była przez lata, bo przecież zmieniały się granice. A gdyby się nie zmieniały i byłyby ciągle jak obecnie, to byłby i na Białorusi, i na Ukrainie, no i w Niemczech.

Podróżował, nie ruszając się z kraju. To Polska podróżowała, czasem nawet dość daleko. Co innego Albert. Tam, skąd przybyła jego rodzina, Polska już nie sięgała.

Liznąłem trochę zagranicy, to fakt. Wyjazdy te były jednak dość krótkie i bynajmniej nie ekonomiczne, raczej okazjonalno-turystyczne. Nie tak dawno jednak stwierdziłem, że rada ojca nie jest chyba aż tak głupia, jak mi się wydawało przed laty.

Kraków nie zrobił na mnie większego wrażenia. Wypiłem za dużo w „Chimerze”. Następnego dnia z bólem głowy odwiedziłem Wawel, groby królewskie, dzwon Zygmunta, sarkofag Piłsudskiego i Kaczyńskiego... Owszem, czułem nastrój podniosły. Ale nie było dreszczu ani szału. Pojechałem więc do Częstochowy i tam przeżyłem szok.

 

Gdyby Polska nagle zapadła się w otchłań, a pozostała tylko Częstochowa z Jasną Górą, to by wystarczyło, by ocalić polskość. Doświadczyłem czegoś na kształt objawienia: ależ tak, to koncentrat i zarazem alegoria naszego zbiorowego bytu. W bazylice na Jasnej Górze czułem się tak, jakbym ujrzał swoją prawdziwą twarz, bo nagle odkryłem, że ta, na którą patrzę codziennie, goląc się, to tylko maska. Nie do końca potrafiłem wyjaśnić, na czym polegała moja przemiana i odkrycie ukrytej tożsamości. Być może fuzja emocji i czegoś na kształt zbiorowej hipnozy odbiera człowiekowi zdolność trzeźwej analizy i umiejętność opisania własnego stanu.

Niezależnie od mankamentów mentalnych, które uniemożliwiają rozpoznanie samego siebie, dowody wiary są tam sugestywne. Na ścianach kaplicy cudownie uzdrowieni pielgrzymi pozostawiają swoje kule, protezy i laski i wracają już na własnych nogach. Większość jednak wraca razem ze swoimi chorobami, uzdrowieni są jednak wewnętrznie, przynajmniej na jakiś czas.

Tymczasem sto metrów dalej, w restauracji, w sklepie, na jarmarku na ul. Świętej Barbary wrażenie rychłego zbawienia pryska jak mydlana bańka. W oczy rzuca się bieda Kongresówki. Obok pijanego żebraka sacrum zderza się ze ścianą miejscowych realiów. Bezzębny emeryt wyciąga rękę po pieniądze, które zaraz przepije, kelner cię oszukuje, straż miejska blokuje ci koła, a dziewczyna lekkich obyczajów, udając zakochaną, okrada cię z wdziękiem.

Nie chciałem zapytać wprost, dlatego sporo czasu zajęło mi ustalenie, jaki stosunek do wiary ma Albert, którego uważałem za przyjaciela. Nie chciałem go urazić, czy być za bardzo natrętny. Tę wiedzę zdobyłem, uważnie go słuchając. Wyciągałem wnioski z tego, co mówił. Z różnych kontekstów, a czasem z wypowiedzi wprost wynikało, że był ochrzczony, ale czy przyjął Pierwszą Komunię, tego nie wiedziałem. Pewny byłem natomiast, że do kościoła od dawna już nie chodził. Zaryzykowałem jednak i zapytałem, czy nie wybrałby się ze mną do Częstochowy.

– Wyjątkowe miejsce – powiedział. – Ale raczej nie dla mnie – dodał.

Bilet kupiłem przez Internet. Mam miejsce przy oknie. Pociąg InterCity Hetman. Kiedyś hetmani wyruszali, by podbijać i poszerzać obszar naszej wolności i ich niewoli. Ten Hetman jest tylko wehikułem. Z przyklejonym do szyby nosem siedzę więc przy oknie i patrzę na przesuwające się obrazy. W głębi wagonu pasażerowie zagłębiają się w swój świat. Niektórzy czytają, inni gapią się bezmyślnie przed siebie. Facet obok jest szczególnie irytujący. Pije już trzecie piwo. Kiedy skończy, pewnie znowu z okropnym zgrzytem zgniecie puszkę. Na stacji Głogów mijamy się z transportem czołgów i haubicoarmat. Kilka kilometrów dalej właśnie odbywa się pogrzeb na małym wiejskim cmentarzu. Tuż obok, za szpalerem wysokich topoli jedzie po polu rolnik na traktorze. Trwa sprzątanie pól po żniwach. Tuż za ciągnikiem unosi się prześwietlony słońcem złotawy tuman kurzu. Kilkadziesiąt kilometrów za Opolem zmienia się krajobraz, ale nie ten przyrodniczo-topograficzny, lecz kulturowy. Regularna, przewidywalna zabudowa Polski „niemieckiej” ustępuje miejsca nieregularnej. Solidne wiejskie domy zastępują liche domki, często nietynkowane, z cegieł lub pustaków. Gdzieniegdzie w murach pojawia się biały kamień, miejscowy materiał. W pejzaż wkrada się ludzki chaos. Wjeżdżamy do dawnej Kongresówki, strefy wpływu niegdysiejszego imperium rosyjskiego, dziś Rosjanie powiedzieliby „ruskiego mira”, choć kiedyś była to zachodnia Polska.

Przypomniałem sobie raptem, że Albert pośrednio ujawnił powikłane źródła swojej tożsamości.

– Internet wskaże ci wiele – powiedział. – Także dość precyzyjnie nakreśli ci wędrówkę twoich genów poprzez stulecia. Moje geny na przykład odbyły wielką podróż: przez dwa kontynenty, morza i góry – dodał.

Częstochowa jest – patrząc od zachodu – pierwszym dużym miastem tej części Polski. To miasto tradycyjnie z lewicowym elektoratem, zwłaszcza od czasów komunistycznych, kiedy – ponoć świadomie – tworząc przemysł wokół Częstochowy, stworzono przeciwwagę dla „duchowości” Jasnej Góry w postaci „kuźni materii”. Stacja kolejowa nie tak jak w innych miastach gdzieś w pobliżu centrum, lecz daleko, na obrzeżach. Kiedyś pod ten dworzec zajeżdżały dorożki i wiozły podróżnych do miasta. Linii kolejowej nie dociągnęli bliżej centrum. Były przecież konne wozy i byli woźnice. Wokół stacji dużo zieleni, dalej hałda kruszyw, zdaje się pod budowę nasypów, bo właśnie trwa remont linii kolejowej do Lublińca. Za mną jakaś stara kobieta próbuje przeczytać nazwę stacji i czyta: Częstochowa... Stadion. „Za szybko czytasz” – strofuje ją druga kobieta, chyba młodsza, może jej córka. Przeczytaj jeszcze raz wolniej. Czyta jeszcze raz: Częstochowa Stardian... „Nieuważnie i za szybko czytasz”– mówi. W końcu sama odczytuje szyld na ścianie budynku: „Częstochowa Stradom”. Co oznacza „Stradom”, nie wiem, ale nie kojarzy mi się to dobrze...

Za plecami miałem tory i dworzec kolejowy, z lewej strony hałdę piachu i kruszyw, przed sobą drogę ze znakiem wskazującym na Wieluń i Tarnowskie Góry. Ruszyłem więc w stronę krzaków po prawej stronie, gdzie – jak się spodziewałem – znajdowało się „święte miasto”.

Miodowe słońce oblepiało wszystko klejącym gorącym cukrem. Zdawało mi się, że popołudniowy kurz jednego z ostatnich letnich dni nakłada na oczy filtr szarości, zmiękcza kontrasty, rozmywa formy, które – co tu dużo mówić – nie były zbyt wyrafinowane. Przykurzone jesiony, topole i olchy stanowiły tło dla ni to ulicy, ni drogi podmiejskiej. Dalej w perspektywie majaczył wiadukt jakiejś głównej trasy, chyba na linii Warszawa – Katowice, a za nim zaczynała się już strefa chaotycznej i tandetnej zabudowy, gdzie współczesny kicz szklano-niklowych pawilonów, rozrzuconych bezładnie, mieszał się z biedabudynkami, niemal chałupami, co najwyżej jednopiętrowymi, pokrytymi papą albo niechlujną blachą. Tynki szare, liszajowate, z resztami ogłoszeń, mury kruszejące, zalane mętnym światłem, magazyny i stare dziewiętnastowieczne hale jakiejś manufaktury z resztkami przemysłowych okien na dachu, zaśniedziałe, pokryte brudem i glonami. W perspektywie widać już było jednak skrzyżowanie, gdzie zza zakrętu wynurzał się tramwaj.

Dalej budynki były nieco solidniejsze, tworzyły niekiedy ciągi. Pierzeje te były jednak poszarpane i niejednolite, upaćkane pstrokacizną różnorakich elewacji, najczęściej zabarwionych brzydkim żółtawym pigmentem lub wręcz pozbawione tynku.

Nagle wśród tego architektonicznego chaosu, wśród tych lichych domków, bud i baraków pożal się Boże, zobaczyłem szarą bryłę całkiem nowego budynku, który podobnie jak inne obiekty nie grzeszył urodą. Było jednak coś, co mnie zaskoczyło. Na drabinie czy na małym rusztowaniu stał facet i mył szyby, używając myjki na długiej teleskopowej rączce.

Z naprzeciwka szła tymczasem otyła dziewczyna o miłej okrągłej twarzy. Zapytałem, jak dojść na Jasną Górę. Poradziła mi, bym szedł cały czas prosto, na „największym” skrzyżowaniu skręcił w lewo, a tam na pewno zobaczę już strzelistą wieżę bazyliki.

Aleja Najświętszej Marii Panny, najkrótsza droga prowadząca na Jasną Górę do klasztoru paulinów, była już bardziej zadbana. Biedakamienice, najwyżej dwupiętrowe, które i tu były normą, świadczyły, że miasto nigdy nie grzeszyło bogactwem. Kiedyś były tu pewnie żydowskie sklepiki, dziś są salony operatorów telefonii komórkowej, oddziały banków, delikatesy i imitujące luksus pretensjonalne restauracje. Wszystko, co mijałem, było jednak zadziwiająco tymczasowe, nietrwałe, byle jakie, imitowało niby coś większego, coś wyższego i lepszego, czym jednak nie było, przez co stawało się jeszcze bardziej nędzne.

Другие книги автора

Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»