Бесплатно

Miasto pływające

Текст
iOSAndroidWindows Phone
Куда отправить ссылку на приложение?
Не закрывайте это окно, пока не введёте код в мобильном устройстве
ПовторитьСсылка отправлена
Отметить прочитанной
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

XXX

Ta ziemia, zapowiedziana w chwili kiedy morze zabierało ciało biednego majtka, była żółta i piasczysta. Było to pasmo wzgórz piasczystych zwanych Long Island (wyspa długa), wielka ława piasku, ożywiona przez wegetacyją, która pokrywa wybrzeże Amerykańskie, od Montauk aż do Brooklyn, który należy do Nowego Yorku. Liczne dwumasztowe statki żeglugi pobrzeżnej krążyły około tej wyspy okrytej willami i domkami dla rozrywki. Jestto okolica ulubiona przez mieszkańców Nowego Yorku.

Każdy z podróżnych przywitał ręką tę ziemię tak pożądaną, po zbyt długiej podróży, nie bez przykrych wypadków. Wszystkie lornetki zwróciły się na ten kawałek lądu Amerykańskiego, a każden chciał go widzieć innemi oczyma, stosownie do swoich smutków lub pragnień. Jankesi witali ją jak matkę ojczyznę. Południowcy z pewną pogardą patrzyli na tę ziemię północy, z pogardą zwyciężonego dla zwycięzcy.

Kanadyjczycy patrzyli na nią jak ludzie, którzy mają jeden krok postąpić a zostaną obywatelami Stanów Zjednoczonych. Mieszkańcy Kalifornii przebywając te wszystkie równiny Far-Westu i zostawiając za sobą Góry Skaliste sądzili że już stają w swoich nieprzebranych kopalniach. Mormoni, z czołem dumnem, ustami pogardliwie wykrzywionemi nie zwracali prawie uwagi na te wybrzeża, i patrzyli dalej, wstronę swej puszczy niedostępnej, w stronę Jeziora Słonego i Miasta Świętych. Co do młodych narzeczonych, ląd ten był dla nich ziemią Obiecaną.

Niebo tymczasem chmurzyło się coraz bardziej. Cały horyzont południowy był zasłonięty. Ogromne pasmo chmur dochodziło do zenitu. Ciężkość powietrza zwiększała się. Upał duszący przenikał powietrze, jak gdyby słońce lipcowe żarem je swoim spaliło. Czy jeszcze nie koniec wypadkom w tej podróży wieki trwającej?

– Chcesz pan abym cię zadziwił? – powiedział mi doktór Pitferge, który się do mnie przybliżył.

– Zadziwiaj doktorze.

– A więc, będziemy mieli burzę, może nawałnicę przed końcem dnia.

– Burzę w kwietniu! – wykrzyknąłem.

– „Great Eastern” drwi sobie z pory roku – dodał Dean Pitferge, wzruszając ramionami. – Ta burza wyłącznie dla niego. Widzisz pan te chmury przerażające które zakrywają niebo. Podobne są do zwierząt z gieologicznych czasów; niezadługo one się pozjadają.

– Przyznaję – odrzekłem – że widnokrąg jest groźny. Z pozoru grozi on burzą; tak za trzy miesiące byłbym pańskiego zdania, kochany doktorze, lecz nie dziś.

– Powtarzam panu – odpowiedział Dean Pitferge wpadając w zapał – że za kilka godzin burza powstanie. Ja to czuję, jak storm-glass5 patrz pan na te wyziewy, które się zbierają na wysokościach nieba. Uważaj pan te drobne chmurki, które się zbierają w jednę wielką, i na kółka zgęszczone które ściskają horyzont. Wkrótce wyziewy szybko się zgęszczą a stąd wytworzy się elektryczność. Zresztą barometr opadł raptownie na siedemset dwadzieścia jeden milimetrów, i wiatrami panującemi są południowo-zachodnie, jedyne co wywołują burzę w zimie.

– Twoje spostrzeżenia doktorze mogą być prawdziwe – odpowiedziałam niedowierzająco. – Ale przecież kto widział, żeby powstawała burza wtym czasie i pod tą szerokością jeograficzną?

– Wzmiankują o nich panie, wzmiankują w rocznikach. Często się zdarzają burze wśród zimy nie bardzo mroźnej. Trzeba było panu żyć w 1172 albo przynajmniej w 1824, w pierwszym byłbyś Pan słyszał grzmoty w lutym a w drugim w grudniu. W 1837 w styczniu piorun uderzył blisko Drammem w Norwegii i sprawił wielkie zniszczenie, a roku zeszłego na kanale La Manche w lutym statki rybackie z Tréport zniszczył piorun. Gdybym miał czas przeczytać statystykę to bym pana zasypał faktami.

– Wreszcie kiedy tak chcesz, doktorze… Wkrótce się przekonamy. Nie boisz się pan grzmotów przynajmniej?

– Ja! – odrzekł doktór. – Piorun, to mój przyjaciel. Więcej nawet, to mój lekarz.

– Pański lekarz?

– Z pewnością. Jak mnie pan widzisz byłem rażony piorunem w łóżku, 12 lipca 1867 w Kiew blizko Londynu, i piorun mnie wyleczył z paraliżu w prawem ramieniu; na co nie było żadnych środków lekarskich!

– Żartujesz pan!

– Bynajmniej. Jestto kuracyja ekonomiczna, kuracyja za pomocą elektryczności. Mój kochany panie, są inne wypadki wiarogodne, które przekonywają, że piorun zastępuje najsławniejszych doktorów i jego interwencyja jest istotnie cudowną w chorobach trudnych do wyleczenia.

– Jakkolwiek bądź, mało miałbym zaufania do pańskiego lekarza – rzekłem – i dobrowolnie nie prosiłbym go o poradę!

– Dla tego, żeś go pan nie widział. Pozwól pan, przypomniałem sobie jeden dowód. W 1817 w Connecticut, wieśniak chorujący na astmę uważaną za niepodobną do wyleczenia, został rażony piorunem w polu i zupełnie wyzdrowiał. Było to uderzenie piorunu pektoralne!

– Doprawdy doktór gotów był zamienić piorun w pigułki.

– Śmiej się, nieświadomy, śmiej się pan! Stanowczo o niczem pan nie wiesz, ani co do czasu ani co do medycyny!

XXXI

Dean Pitferge odszedł. Ja zostałem na pokładzie, patrząc czy będzie burza. Fabijan siedział w swoim pokoju zamknięty z Corsicanem. Zapewnie Fabijan robił jakie rozporządzenie na wypadek nieszczęścia. Dopiero teraz przypomniałem sobie że ma siostrę w Nowym Yorku, i zadrżałem na tę myśl, że może jej przywieziemy wiadomość o śmierci brata, którego oczekiwała. Chciałem się widzieć z Fabijanem, lecz pomyślałem, że lepiej będzie nieprzeszkadzać ani jemu ani Corsicanowi. O godzinie czwartej, zobaczyliśmy ziemię wzdłuż wybrzeża Long Island. Wszystkich wzrok zwrócił się ku wybrzeżu, które odległe było od nas około sześciu mil na północ. Oczekiwano chwili, kiedy przybycie sternika rozstrzygnie wielką wygraną z puli. Rozumie się, że posiadacze kwadransów nocnych – wktórych rzędzie i ja byłem – stracili całkiem nadzieje, i że kwandranse dzienne wyjąwszy tych, które zawierały się pomiędzy godziną czwartą a szóstą również nie miały szansy powodzenia. Przed nocą sternik przybędzie na okręt i zakład się skończy. Całe więc zajęcie skupiało się na siedmiu czy ośmiu osobach, którym trafem wypadły najbliższe kwadranse, to też korzystały one ze szczęśliwego losu sprzedając, kupując i odprzedając powodzenie z prawdziwym szałem. Zdawało się, że jesteśmy w Royal-Exchange w Londynie. O godzinie czwartej minut szesnaście, oznajmiono z prawego boku okrętu mały statek płynący do nas. Nie było wątpliwości, że to płynął sternik. Powinien był przybyć na okręt najpóźniej w piętnaście minut.

Walka tedy toczyła się już teraz o drugi, trzeci kwadrans pomiędzy czwartą i piątą godziną wieczorem. To też targ rozpoczął się na nowo z podwójnym zapałem. Potem nastąpiły szalone zakłady, nawet o samego sternika, których treść wiernie tu podaję.

– Dziesięć dollarów, że sternik jest żonaty.

– Dwadzieścia dollarów, że wdowiec.

– Trzydzieści dollarów, że nosi wąsy.

– Pięćdziesiąt dollarów, że ma faworyty rude.

– Sześdziesiąt dollarów, że ma brodawkę na nosie.

– Sto dollarów, że prawą nogę w pierw postawi na okręcie.

– Będzie miał fajkę w ustach.

– Nie? cygaro!

– Nie! Tak! Nie!

I było jeszcze dwudziestu innych amatorów tyleż niedorzecznych, którzy znaleźli jeszcze niedorzeczniejszych, co chcieli z niemi dotrzymać zakładów.

Mały statek przez ten czas widocznie zbliżał się do parostatku. Można było widzieć jego skład kształtny, dosyć podniesiony z przodu, i wydłużone sklepienie, które dawało mu pozór jachtu stojącego do rozrywki. Zachwycające są i trwałe, te statki sternickie od pięćdziesięciu do sześćdziesięciu beczek obejmujące dobrze zbudowane żeby mogły stawiać opór morzu. Możnaby na tych jachtach, przepłynąć w kółko świat; więcej są one warte niż małe statki portugalskie Magemana. Ten statek, zręcznie się przechylając płynął po wierzchu, pomimo bałwanów, które zaczęły się wznosić. Żagle jego odznaczały się biało na czarnem tle nieba. Morze pieniło się pod jego przejściem. Przypłynąwszy na dwieście czterdzieści sążni do „Great Easternu”, odwrócił się raptownie i spuścił swą łódkę na morze. Kapitan Anderson kazał się wstrzymać, i pierwszy raz od czternastu dni, koła i śruba zatrzymały się. Jakiś człowiek wszedł do łódki galjoty. Czterech majtków płynęło do parostatku. Zrzucono drabinkę sznurową na bok kotosu, przy którym stanęła „łupina orzechowa” sternika. Ten uchwycił drabinkę, wdrapał się zręcznie i skoczył na pokład, przyjęli go okrzykami radości wygrywający, a niezadowoleni przegrywający, a pula uregulowaną została na danych następujących:

Sternik był żonaty.

Nie miał brodawki.

Nosił bląd wąsy.

Obydwoma nogami razem skoczył.

Nakoniec stanął na pokładzie „Great Easternu” o godzinie czwartej trzydzieści sześć minut.

Posiadacz więc dwudziestego trzeciego kwadransa wygrywał dziewięćdziesiąt sześć dollarów. Był nim kapitan Corsican, który zupełnie nie myślał o tej niespodziewanej wygranej. Wkrótce wyszedł on na pokład i kiedy mu oddawano wygrany zakład, prosił kapitana Andersona, aby to zachował dla wdowy po młodym majtku tak nieszęśliwie zabitym uderzeniem morza. Komendant, nic nie mówiąc, ścisnął go za rękę. W chwilkę potem, jakiś marynarz przyszedł do Corsicana i kłaniając mu się z pewną porywczością: „Panie – rzekł – moi koledzy przysyłają mię, ażeby powiedzieć panu, żeś uczciwy człowiek. Wszyscy panu dziękują w imieniu biednego Wilson, który nie może sam podziękować”.

Kapitan Corsican, wzruszony uścisnął rękę majtka.

Co do sternika, byłto człowiek szczupły nie miał miny marynarza, nosił kaszkiet ceratowy, spodnie czarne, surdut bronzowy z podszewką czerwoną i parasol. Był on teraz panem na okręcie.

 

Wskoczywszy na pokład, nim wszedł na kładkę, rzucił plikę dzienników, do których podróżni rzucili się z chciwością. Były to wiadomości z Europy i Ameryki. Byłto węzeł polityczny i prywatny, zawiązujący się pomiędzy „Great Easternem” i obu lądami.

XXXII

Nastała burza. Walka żywiołów miała się rozpocząć. Grube sklepienie chmur, o barwie jednostajnej, zaokrąglało się nad nami. Atmosfera przyciemniona wyglądała jakby zpod zasłony. Natura widocznie chciała usprawiedliwić domysły doktora Pitferge'a. Parostatek zwolnił bieg, koła obracały się tylko trzy czy cztery razy na minutę. Przez klapy wpół otwarte wydobywały się kłęby białej pary. Łańcuchy kotwic były przygotowane. Kapitan Anderson wydał wszystkie rozporządzenia do zarzucenia kotwicy. Z góry wzniesienia z prawego boku okrętu, sternik ręką dawał znaki, jakie obroty miał wykonywać w wązkich przejściach. Lecz odpływ morza już się rozpoczął, przerwą więc która podziela ujście Hudsonu „Great Eastern” nie mógł przepłynąć. Przymuszeni byliśmy czekać przypływu morza do drugiego dnia. Jeszcze jeden dzień!

O trzy kwadranse na piątą, za rozkazem sternika, kotwice zostały zapuszczone. Łańcuchy spadały z trzaskiem podobnym do grzmotów. Myślałem nawet przez jakiś czas, że rozpoczyna się burza. Gdy kotwice zaczepiły o piasek, parostatek obrócił się popchnięty odpływem morza i stanął nieruchomy. Ani jedna fala nie wzburzała morza, „Great Eastern” wyglądał teraz jak wysepka.

W tej chwili trąbka dała się słyszeć po raz ostatni. Zwoływała ona podróżnych na obiad pożegnalny. Stowarzyszenie wynajmujących miało częstować szampanem swoich gości. Każden chciał stanąć na wezwanie. W kwadrans później, sale zapełniały się biesiadnikami a pokład opustoszał.

Siedem osób tylko miało zostawić swe miejsce niezajętem dwu przeciwników, których życie miało się w pojedynku rozegrać, czterech sekundantów i doktór, którzy mieli im towarzyszyć. Godzina tego spotkania dobrze była wybrana. I miejsce walki również, nikogo na pokładzie. Pasażerowie zeszli do dining-rooms6, majtkowie na swe stanowisko, oficerowie, do swoich pokojów osobnych. Nie było żadnego sternika przy rudlu z tyłu parostatek stał nieruchomie na swych kotwicach.

O dziesięć minut na szóstą, ja z doktorem zeszliśmy się z Fabijanem i kapitanem Corsicanem. Nie widziałem Fabijana od owej sceny przy grze. Wydał mi się smutnym, lecz bardzo spokojnym. To spotkanie zdawało się go nie obchodzić. Myśli jego błąkały się gdzieindziej a spojrzeniem niespokojnem, szukały ciągle Elleny. Poprzestał na uściśnieniu mi ręki nie mówiąc ani słowa.

– Stary Drake jeszcze nie przyszedł? – zapytał mnie kapitan Corsican.

– Nie jeszcze – odpowiedziałem.

– Chodźmy na tył okrętu. Tam jest miejsce spotkania.

Fabijan, kapitan Corsican i ja, poszliśmy do wielkiego rudla. Niebo się pochmurzyło. Przytłumione grzmoty toczyły się na horyzoncie. Były one jakby basem wtórującym przy którym wyrwały się głośne wiwaty, dające się słyszeć z salonów. Błyskawice oddalone przerzynały gęste sklepienie chmur. Elektryczność gwałtownie zebrana, zasycała powietrze.

O dwadzieścia minut na szóstą przyszedł Harry Drake ze swemi dwoma sekundantami. Ci panowie ukłonili się, a ich ukłon został im dokładnie oddany. Drake nie wymówił ani słowa. Twarz jego wyrażała jednak, źle powściągnione rozdrażnienie. Patrzał na Fabijana wzrokiem nienawiści. Fabijan oparty o okno, nawet go nie widział. Zatopił się w głębokiem zamyśleniu, i zdawał się nie myśleć jeszcze o roli, którą miał odegrać w tym dramacie.

Tymczasem kapitan Corsican, zwracając się do Jankesa, jednego z sekundantów Drake'a zapytał go o broń. On pokazał mu ją. Były to szpady wojenne, z rękojeścią pełną zasłaniającą całkiem rękę, która je trzyma. Corsican wziął je, nagiął, przemierzył, i dał wybrać jedną Jankesowi. Harry Drake w czasie tych przygotowań, zrzucił kapelusz, zdjął ubranie, rozpiął koszulę; zawinął rękawy potem schwycił broń. Zobaczyłem wtedy, że był mańkutem. Korzyść dla niego niezaprzeczona, jako dla przyzwyczajonego strzelać się z władającemi prawą ręką.

Fabijan nie odszedł jeszcze ze swego miejsca, zdawało się, że te przygotowania nie jego się tyczyły. Przybliżył się do niego kapitan Corsican, trącił go ręką, i pokazał szpadę. Fabijan spojrzał na to błyszczące żelazo, i zdawało się, że wtenczas wszystko mu przyszło na myśl.

Wziął broń pewną ręką:

– A prawda – poszepnął. – Przypominam sobie!

I stanął naprzeciwko Harry-Drake'a, który zaraz przybrał postawę obronną. W tej przestrzeni ścieśnionej wpaść odrazu było prawie niepodobieństwem, trzeba było bić się na miejscu.

– Zaczynajcie, panowie – rzekł kapitan Corsican.

Zaraz broń zmierzyli. Od pierwszego starcia żelaza, kilka raptownych uderzeń z tej i tamtej strony, niektórych złożeń się i odpierań przekonałem się, że Fabijan i Drake byli prawie jednakowej siły. Wnosiłem dobrze o Fabijanie, zachowywał krew zimną, był panem siebie, bez złości, obojętny prawie na wypadek walki, z pewnością mniej wzruszony jak jego sekundanci. Harry Drake przeciwnie, na Fabijana patrzał okiem rozognionem, zęby mu było widać z pod ust na wpół otwartych, głowę ukrył w ramionach, cała jego fizyjonomija przedstawiała nienawiść gwałtowną, która niedozwalała mu zachować zimnej krwi. Przyszedł zabijać, i chciał zabić.

Po pierwszem starciu, które trwało kilka minut, zniżyli szpady. Żaden z przeciwników nie był dotknięty. Małe draśnięcie dawało się widzieć na rękawie Fabijana. Odpoczywali a Drake obcierał twarz, zlaną potem.

W tem czasie burza powstała z całą gwałtowną wściekłością. Grzmoty nie ustawały, okropne trzaskanie piorunów co chwila wstrząsało powietrze. Elektryczność rozwinęła się z taką siłą, że szpady ozdobiły się obwódką błyszczącą, jak konduktorzy wśród chmur burzą ciężarnych.

Po chwili wypoczynku kapitan Corsican znowu dał znak do utarczki. Fabijan i Drake stanęli w postawach obronnych.

Ta utarczka była więcej ożywiona aniżeli pierwsza, ponieważ Fabijan bronił się z wściekłością. Kilka razy po uderzeniu gwałtownem, czekałem na odparcie Fabijana, którego on nawet nie próbował.

Nagle przy starciu, Drake ciął szablą. Myślałem że uderzył Fabijana w same piersi. Lecz Fabijan odparł, a uderzając za nisko, trafił w szablę Drake'a. Ten się zwrócił zasłaniając prędko pół-kołem, gdy w tym czasie błyskawice prały chmury po nad naszemi głowami.

Fabijan miał dobrą sposobność zadać uderzenie odpierając. Lecz nie. Czekał zostawiając swemu przeciwnikowi czas do obrony. Przyznaję, że ta wspaniałomyślność nie podobała mi się. Harry Drake nie był z tych, którychby warto oszczędzać.

Niespodziewanie, raptem Fabijan upuścił swoję broń, w dziwnem zaniedbaniu, czego niczem nie mogłem sobie wytłomaczyć.

Miałże być śmiertelnie ranny, chociażeśmy tego nie domyślali się nawet? Wszystka krew napłynęła mi do serca.

Tymczasem wzrok Fabijana dziwnie się ożywił.

– Brońże się pan – wykrzyknął Drake głosem strasznym, pochylony jak tygrys, i gotów rzucić się na swego przeciwnika.

Myślałem że już po bezbronnem Fabijanie który był bez krwi. Corsican chciał stanąć pomiędzy nim i jego nieprzyjacielem, dla przeszkodzenia, żeby cios nie padł na człowieka bezbronnego. Lecz Harry Drake, zdumiony, stanął także nieruchomy.

Odwróciłem się. Blada jak trup, z rękami wyciągniętemi zbliżała się do walczących Ellen, Fabijan z otwartemi rękami, oczarowany tem zjawaskiem, nie ruszał się z miejsca.

– To ty! Ty! – wykrzyknął Harry Drake, odwracając się do Elleny. – Ty tutaj!

Szpada jego wzniesiona drżała, z ognistym końcem wyglądała jak miecz Michała archanioła w rękach szatana.

Nagle olśniewająca błyskawica oświeciła strasznie cały tył parostatku. O mało się nie przewróciłem, jakby uderzony piorunem. Błyskawice i piorun razem uderzyły. Rozszedł się zapach siarki. Wysileniem nadzwyczajnem przyszedłem mniej więcej do przytomności. Upadłem na jedno kolano, podnoszę się. Patrzę. Ellen wsparta na Fabijanie. Harry Drake, skamieniały, pozostał w tej samej postawie, lecz twarz miał czarną!

Czy ten nieszczęśliwy, sprowadzając błyskawicę końcem szpady, został wtedy piorunem uderzony? Ellen odeszła od Fabijana, zbliżyła się do Harry Drake'a, ze wzrokiem pełnym anielskiego spółczucia. Położyła mu rękę na ramieniu. To lekkie dotknięcie było dostateczne dla zachowania równowagi.

Ciało Drake'a upadło, jak massa bezwładna. Ellen pochyliła się nad trupem, gdy my przestraszeni odsunęliśmy się. Nieszczęśliwy i nikczemny Harry umarł.

– Zabity od pioruna! – rzekł doktór, chwytając mnie za rękę – zabity od pioruna! Acha! nie chciałeś pan wierzyć w pomoc pioruna?

Czy Harry Drake został zabity od pioruna, jak utrzymywał Dean Pitferge, czy też raczej jak zapewnił później lekarz okrętowy, że jakieś naczynie pękło w piersiach biednego, tego nie wiem. W każdym razie mieliśmy tylko trupa przed oczyma.

XXXIII

Nazajutrz, we wtorek 9 kwietnia, o godzinie jedenastej rano, „Great Eastern”, podnosił kotwicę i robił przygotowanie, aby w płynąć w zatokę Hudsońską sternik manewrował, z nieporównaną pewnością rzutu oka. Burza ustała w nocy. Ostatnie chmury znikały na horyzoncie. Około wpół do dwunastej „Sante” przypłynął. Był to mały parostatek przywożący wiadomości o stanie zdrowia w Nowym Yorku. Zaopatrzony w wahadło, które się podnosiło i zniżało po nad pokładem, płynął z nadzwyczajną szybkością, i przedstawiał mi wzór owych małych statków amerykańskich, zbudowanych na jeden sposób, których wkrótce ze dwadzieścia mieliśmy za towarzyszów. Niezadługo przepłynęliśmy Light Boat, ognisko pływające, które wskazuje przejścia Hudsonu. Sandy Hook cypel piasczysty zakończony latarnią, znajdował się tuż obok i tam też kilkanaście osób przypatrujących się przywitało nas głośnemi okrzykami.

Kiedy „Great Eastern” okrążył zatokę środkową utworzoną cyplem Sandy Hook, wśród flotylli rybaków, spostrzegłem zieleniejące wzgórza New Yersey, ogromne warownie zatoki, dalej liniją niską dużego miasta wydłużonego pomiędzy zatoką Hudson a rzeką Wschodnią jak Lijon, pomiędzy Rodanem a Saoną.

O godzinie pierwszej, przepłynąwszy wybrzeża Nowego Yorku, „Great Eastern” stanął w zatoce Hudsońskiej, a kotwice zaczepiły o liny telegraficzne w rzece, które odpływając trzeba było porwać.

Wtedy dopiero rozpoczęło się wysiadanie tych wszystkich towarzyszy podróży, których już nigdy nie miałem widzieć, mieszkańców Kalifornii, Szwedów, Mormonów, młoda parę narzeczonych… Oczekiwałem Fabijana i Corsicana.

Musiałem opowiedzieć kapitanowi Andersonowi wypadki pojedynku odbytego na okręcie. Lekarze zdali swój raport. Sprawiedliwość nie miała nic przeciwko śmierci Harry Drake'a, wydano więc rozkaz, oddania mu ostatniej posługi na ziemi. W tej chwili statystyk Cokburn, który przez całą drogę nie rozmawiał ze mną, zbliżył się do mnie i powiedział:

– Wiesz pan, ile razy obróciły się koła pod czas tej drogi?

– Nie wiem.

– Sto tysięcy siedemset dwadzieścia trzy.

– Ah! doprawdy! A śruba spiralna, jeżeliś pan łaskaw?

– Sześć kroć ośm tysięcy sto trzydzieści razy.

– Bardzo dziękuję.

I statystyk Cokburn odszedł nie pożegnawszy mnie wcale.

Fabijan i Corsican przyłączyli się do mnie. Fabijan ścisnął mnie tkliwie za rękę.

– Ellen – rzekł mi – Ellen wyzdrowieje! przyszła na chwilę do przytomności! Ah! Bóg jest sprawiedliwy, uzdrowi ją całkiem!

Fabijan mówiąc to, uśmiechał się do przyszłości. Codo kapitana Corsicana, całował mnie bez ceremonii, w gwałtowny sposób.

– Do widzenia, do widzenia – wołał do mnie, siedząc w łódce gdzie już był Fabijan i Ellen pod opieką pani R…, siostry kapitana Mac Elwina, która przybyła na spotkanie brata.

Patrzyłem jak się oddalili. Widząc Ellenę pomiędzy Fabijanem i jego siostrą, nie wątpiłem, że przy staraniach, przywiązaniu, i miłości, wyprowadzą tę biedną duszę z obłąkania, którego przyczyną była boleść.

Wtej chwili uczułem jak mię ściśnięto za ramię. Poznałem uścisk doktora Dean Pitferg'a.

– No i cóż – rzekł mi – co pan z sobą robisz?

– Ponieważ „Great Eastern” stać będzie sto dziewiędziesiąt dwie godzin w Nowym Yorku, i ponieważ mam na nim powrócić, więc mam sto dziewiędziesiąt dwie godzin do stracenia w Ameryce. Stanowi to ośm dni, lecz ośm dni dobrze użytych, może wystarczą dla obejrzenia Nowego Yorku, Hudsonu, doliny Mohawk, jezioro Erie, Nijagary, i całego kraju wysławionego przez Coopera.

 

– A! pojedziesz pan do Nijagary? – zawołał Dean Pitferge. – Dalibóg, chciałbym tam jeszcze być, i jeżeli moja propozycyja nie wydaje się panu niedyskretną?…

Poczciwy doktór bawił mnie swemi przywidzeniami. Wielce mię zajmował. Był to przewodnik niechcący znaleziony, a do tego przewodnik bardzo rozumny.

– Przystaję – odpowiedziałem mu.

W kwadrans później, zebraliśmy się na łódkę, a ogodzinie trzeciej przebywszy Broadway, umieściliśmy się w dwu pokojach hotelu Fifth Arenne.

5storm-glass – barometr. [przypis tłumacza]
6dining-rooms (ang.) – jadalnie. [przypis tłumacza]
Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»