Lekcja niemieckiegoТекст

Автор:Vanessa Salt
0
Отзывы
Читать фрагмент
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Нет времени читать книгу?
Слушать фрагмент
Lekcja niemieckiego
Lekcja niemieckiego - opowiadanie erotyczne
− 20%
Купите электронную и аудиокнигу со скидкой 20%
Купить комплект за 315,16 252,13
Lekcja niemieckiego - opowiadanie erotyczne
Lekcja niemieckiego - opowiadanie erotyczne
Lekcja niemieckiego - opowiadanie erotyczne
Аудиокнига
Читает Mirella Biel
227,69 214,03
Подробнее
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Vanessa Salt

Lekcja niemieckiego
Opowiadanie erotyczne

LUST

Lekcja niemieckiego

Tytuł oryginału

Tyskalektionen

Przełożył: Emil Chlabbko

Copyright © 2018, 2019 Vanessa Salt i LUST

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726209853

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą LUST oraz autora.

Lekcja niemieckiego
Opowiadanie erotyczne

Podnoszę rękę.

– Ktoś inny? – Peter rozgląda się po klasie. – Keiner?

Macham ręką jeszcze wyżej. Wyciągam się w górę, jak tylko mogę. Zaczynam odczuwać w barku ból, który przeszywa ramię do łokcia. Mimo to wysilam się, żeby się nie osunąć. Odchylam się trochę w bok ze wzrokiem utkwionym w Petera. Stolik przesuwa się o kilka centymetrów, wydając nieprzyjemny zgrzyt. Czuć gumkę do ścierania, grafit ołówków i lekki zapach potu. Dwadzieścia trzy oddechy mieszające się ze sobą i brak cyrkulacji powietrza.

Za zasłonami w burym kolorze pali słońce i robi wszystko, żeby przedrzeć się do środka. Powietrze jest duszne i gorące, gęste jak fizycznie wyczuwalna masa. Ściany są pełne rysunków i wykresów, obrazków i tekstów napisanych na komputerze. Niektóre wiszą krzywą, inne są zniszczone. Półki są tak pełne bibelotów, że powinny się załamać w każdej chwili. Dziwne, że się nie uginają. Podręczniki stoją w długich rzędach. Brunatnoczerwone, jasnożółte i w paski. Zniszczone brzegi i wyblakłe kolory. Tu i tam leżą papiery, zarówno nowe, jak i zużyte, niektóre pogniecione.

Wspaniale jest podnosić rękę, można ją wtedy przewietrzyć. Całe szczęście, że włożyłam dziś koszulkę na ramiączkach. Nie chcę mieć plam od potu. Na wszystkich innych lekcjach, byle nie na niemieckim. Niemiecki jest święty.

Tara i Alice odwracają się, patrzą na mnie i coś szepczą. Proste kruczoczarne włosy, zadarte nosy i błyszczyk o smaku dżemu malinowego. Wydęte usta. Idealnie wyprasowane bluzki i dekolty głębokie jak Wielki Kanion. Plastik fantastik. Zwykle siedzą na samym końcu, ale tym razem zostały przesadzone przez Petera, gdy upomniał je na temat ich pracy na lekcji i ocen oraz żeby się zachowywały, jeśli nie chcą mieć jedynek. Czuję się teraz dziwnie, nie jestem przyzwyczajona mieć ludzi przed sobą.

– Ahlgren? Flink? – Peter omiata wzrokiem całą klasę. Mam wrażenie, że jestem dla niego przezroczysta. Czy ja w ogóle istnieję?

– Julin?

Słychać tylko westchnienia i sapanie – ludzie wachlują się od upału. Kilka osób, by nie rzucać się w oczy, jakby kuli się w sobie, zsuwając się nieco niżej na krzesłach. Inni majstrują przy długopisach i gapią się w podłogę. Ziewają. Patrzą tęsknie w kierunku zasłon. Kim sprawia wrażenie, jakby spał. Za chwilę kończymy.

Peter chyba powoli się poddaje. Ramiona mu opadają, ale wciąż nie zerka w moją stronę. Boli mnie ręka. Całkiem mi zdrętwiała. Nadal jest w górze? Tak się wydaje, ale jest zgięta i nie da się już dłużej trzymać w wyprostowanej pozycji. Szkolna kontuzja. Czy to nie ironia? Kara za to, że jako jedyna się uczę. Niemiecki jest fajny. Najlepszy przedmiot w tygodniu. Chętnie miałabym więcej sprawdzianów i więcej lekcji. Prace domowe są zbyt łatwe, a ludzie z klasy zbyt głupi. Chodzimy do trzeciej liceum i wystarczająco długo uczymy się niemieckiego. Żenujące, że tylko ja znam odpowiedź. Chociaż jeśli jest prawidłowa, będę mogła błysnąć przed Peterem.

Spogląda w moją stronę. Nareszcie!

– Jensen?

Prąd przeszywa ciało. Jego głos wymawiający moje nazwisko. Napięcie silne jak wstrząs elektryczny. Chcę, żeby nazywał mnie „Alex”. Nie wiem, dlaczego upiera się przy nazwiskach, i w zasadzie nie mam nic przeciwko temu. Chciałabym tylko usłyszeć ten głos wymawiający moje imię. To prawdziwe. Przynajmniej raz. I wiedzieć, jak brzmi w jego ustach. Powiedziałby to miękko i gładko, ładniej? Toczyłby językiem po sylabach. Wyśpiewał je. Pieścił. A może przyjąłby niemiecki akcent, sprawiając, że zabrzmiałoby twardo, chłodno i surowo?

Mogę opuścić rękę i podać odpowiedź. Zrobić wrażenie tym, czego nauczyłam się od ostatniego razu. Dlaczego więc tego nie robię? Dlaczego usta nie chcą się otworzyć, pierś unieść, a głos wybrzmieć? Ciało nie współpracuje.

Peter unosi brwi koloru blond. Nic nie powiesz, Jensen?

Nie, tak, powiem. Nie mogę utrzymać spojrzenia.

Dlaczego zabiera to tyle czasu? Jego oczy się zwężają.

Bo odbiera mi mowę, gdy tak na mnie patrzysz. Jesteś atrakcyjny. Cudowny. I uważam tak od dawna. No, jak to się mówi po niemiecku? Du bist so wunderbar. Ich bin in dich verliebt.

Nie rozumie. Nie widzi tęsknoty, którą próbuję zakomunikować. Jeśli teraz nie odpowiesz, kończymy na dzisiaj.

Kątem oka widzę więcej osób, które się odwracają. Tara i Alice chichoczą z przodu. Brzmią jak zachrypnięte ryjówki. Kim ocknął się i patrzy dookoła zamglonym wzrokiem i z rozczochranymi włosami.

– Łał – mruczy ktoś. – Zasnęła?

– No i kujonka zaniemówiła.

– Ziemia wzywa Alex.

Spojrzenie Petera. Patrzę w zimnoszare, prawie metaliczne oczy i zatracam się w sobie. Zastanawiam się nad kolorem, może są niebieskie? Smuga słońca przeciska się między zasłonami. Gdy światło pada mu na twarz, w oczach z całą pewnością pojawia się coś niebieskiego. Jak skuta lodem woda w zimowym jeziorze, wiosenne niebo czy połyskujący topaz. Delikatne i kruche pod powłoką autorytetu. Tak delikatne, że zostałoby rozbite jednym oddechem, niczym cienki lód pod zimowymi butami. Ale zarazem twarde. Warstwa mocnego szkła, przez które trzeba się przebić. Nie wiem, jak określić ten kolor, mieni się za bardzo. W niektórych miejscach ciemniej, w innych jaśniej. Słońce niczym przezorny połysk przenika tęczówki. Gwiezdny pył. To jak magia. Czasami błyszczy w wilgotnej rogówce.

– Jensen? Myślałem, że wiesz?

– Tak! – Drgnęłam. Opuszczam obolałą rękę i opieram się o stolik. A potem rzucam spojrzenie na tablicę.Znajomość słownictwa, strona 263. Miłość i seks.

Policzki zaczynają mi płonąć. Gdy podnosiłam rękę, myślałam tylko o tym, żeby pokazać, jaka jestem przygotowana, a nie że będę musiała głośno wypowiadać słowa. Przed całą klasą. Stosunek i wzwód, i pochwa. Wszyscy w klasie są już pełnoletni i od dawna dojrzali seksualnie, ale jednak… Założę się, że będą chichotać i cmokać. Może jęczeć. A ja wtedy będę musiała utrzymać kontakt wzrokowy z Peterem. Patrzeć, jak zmienia się mimika jego twarzy pod wpływem tego, co mówię. Zobaczy, jak się czerwienię. Jak się jąkam. Jak przebieram długopisem i co chwila przełykam ślinę.

Czy czasem myśli o mnie tak, jak ja myślę o nim? Czy to tylko ja? Zastanawiam się: dobrze wygląda nago? Alex! Opanuj się!Chrząkam.

– Ubóstwiać: anbeten, usychać z tęsknoty: schmachten, stosunek seksualny… – Słychać pierwszy chichot. – Geschlechtsverkehr.

– Doskonała wymowa – mówi Peter ze skinieniem głowy.

Obchodzi katedrę, nie spuszczając ze mnie wzroku. Trzyma mnie schwytaną, przyszpiloną spojrzeniem. Łydki pod czarnymi dżinsami wyglądają na naprężone, a uda na mocne. Wokół talii przeciągnięty jest skórzany pasek, jasnobrązowy z czerwonymi elementami. W kowbojskim stylu, przywołujący na myśl Dziki Zachód. Na tułowiu opina się koszula w morskim kolorze, luźno włożona w spodnie. Prosty, lecz gustowny styl, który wygląda na niewymuszony. Kilka dobrze dobranych detali i prosta reszta. Buty błyszczą od pielęgnacji. Nawet gdy smuga słońca opuszcza pomieszczenie.

Chcę znowu napotkać jego oczy, ale nie daję rady podnieść wzroku. Nie całkiem. Przez przypadek się zatrzymuję. Tam. Między jego nogami. Dżinsy wybrzuszają się nad kroczem. Wybrzuszają się bardzo. Jest tam ciepło? Jakie by to było w dotyku? Tylko troszkę. Pozwolić palcom pobawić się na wypukłości.

Jest twardy? Nie. Nie jest twardy. Chociaż zwykle nie odznacza się tak bardzo.

Kochana, brzmisz jak zboczuszka. Ty też zwykle nie gapisz mu się między nogi.No, wtedy, jak Evelina wylała kawę. Peter musiał pożyczyć parę dresów z sekretariatu dyrektora. Cholera. Wtedy… Przestań. Się. Gapić.

Odrywam wzrok. Kieruję go siłą na jego twarz, ale patrzę w kierunku skroni, żeby nie stracić panowania. Przełykam ślinę. Pochylam się lekko i niepostrzeżenie przekradam jedną dłonią pod spódnicę. Wsuwam palce między spocone uda, ściskam. Pocieram je o knykcie. Drżę, trzęsę się. Jest wilgotno. Mam nadzieję, że tylko ja czuję słaby zapach intymnych części. Peter siada na krześle za biurkiem.

– Mów dalej.

Cała sala jest w nieładzie, z biurkiem włącznie. Biurko wydaje się być wręcz najbardziej zabałaganione. Nie wiem, czy to wszystko należy do Petera, nauczyciele wymieniają się na pewno klasami, on jednak w każdym razie ma dziwną potrzebę, by zawsze mieć przed sobą Mount Everest książek i notatników. Ledwo go zza nich widać, więc musi siedzieć trochę bliżej krawędzi.

– Tak, oczywiście. Absolutnie. – Przyciskam palce do łona i pobudzam samą siebie, żeby nie zejść. Przez mokry materiał majtek wyraźnie czuć wargi sromowe. Wypełnione krwią i nabrzmiałe. Lekko w nich pulsuje. Pieszczoty jeszcze to potęgują.

– Nieprzyzwoity: schmutzig, poch…

– Kończmy już! – przerywa Tara i wskazuje zegarek w telefonie.

 

– Źle ci chodzi. – Kalle wysuwa krzesło. – Tak naprawdę powinniśmy skończyć dokładnie trzy i pół minuty temu.

Alice wydaje z siebie pisk.

– Peter? Prosimy… Nie możemy zacząć weekendu? Świeci słońce i…

– Tak, tak. – Peter daje znak w kierunku drzwi i zaczyna grzebać w papierach na biurku. Szybko rozgląda się po klasie. – Możecie iść. – A potem patrzy na mnie. Prosto. Na mnie. Lodowato niebieskie spojrzenie, ale jednak wypełnione ciepłem. – Dobra robota… – Milknie. Jakby zapomniał moje imię i się zastanawia. – Alex.

Alex.

Sala się kurczy. Zaśpiewał to jak melodię, zabrzmiało to jak najprawdziwszy Mozart. Wydawało się tak wyjątkowe. Zupełnie jakbym była wybrana. Istotna w jakiś sposób. Dudni mi w uszach. I jest mi ciepło tam na dole.

Wszyscy wstają. Szurają papierami, książkami i torbami. Paplają. Plotkują. Och, ale gorąco, i zobacz, jakie mam kółka od potu, i niemiecki jest taki koszmarnie nudny, i co robisz w weekend? Widziałaś, że Kim spał? Tak, chrapał jak pieprzony niedźwiedź, i kończenie lekcji tak późno powinno być zabronione, i na której stronie była praca domowa?

Ja siedzę dalej. Nie mogę się ruszyć. Powoli zabieram dłoń z krocza i zamykam podręcznik, palce całkiem mi się trzęsą. Okładka jest lekko wilgotna. Delikatnie lepka. Na pewno dlatego, że jest tak ciepło, a to coś jakby foliowa powłoka. Więc widać odciski palców. Wzmaga się zapach z krocza, soczysty i gęsty w letnim upale. Zaczyna pachnieć tak łatwo. Koszmar. Ale by było niezręcznie, gdyby Peter to odkrył. Gdyby wyczuł zapach mojego podniecenia. Zastanawiam się, co by pomyślał. Spodobałby mu się? Podnieciłby się? Zatrzymałby mnie i spytał, czy to przez niego? Fantazje.

Za chwilę zostaniemy w sali tylko on i ja. Spogląda zza okularów i marszczy czoło.

– Nie idziesz?

Właśnie zwrócił się do mnie per „Alex”. To musi być znak. Podobam mu się.

– Tak, pewnie. Tylko się zamyśliłam. Chyba śniłam na jawie. Mam taki nawyk. – Uśmiecham się automatycznie i chichoczę, próbując zamaskować podniecenie.

– O czym?

– Co masz na myśli?

– Śniłaś na jawie. O czym?

– Ech… – Uśmiech nie może mnie od tego uratować.

Peter kiwa nagląco.

– Możesz powiedzieć. Badałem trochę sny i ich znaczenia. Myślę, że to interesujące.

Chociaż akurat ten sen nie wymaga żadnej interpretacji. Sen o nim, nago. Jego fiut stojący w powietrzu, twardy jak jakiś uchwyt. Duże mięśnie klatki piersiowej i brzuch, w który zatapiam pocałunki. Wzrok, rozżarzony i gorący jak lawa. Zaraz przyciśnie mnie do ściany, zedrze ze mnie ubrania i będzie mruczeć i sapać, i ryczeć do mojego ucha. Ściśnie mi piersi, aż będą pulsować z podniecenia, i sprawi, że staną się wrażliwe. Brodawki zesztywnieją pod wpływem dotyku. Może będzie je masował między palcami. Bardzo wolno i delikatnie. Potem jednak szybciej, mocniej, aż krzyknę i będę błagać, żeby mnie zerżnął.

Rżnąć się… Uprawiać seks, pieprzyć się. Kochać się. Coś, czego wcześniej nigdy nie robiłam. Jasne, że miałam chłopaków, ale nie czułam się gotowa. Na swój sposób czekałam. Cierpliwie. Bo już gdy zaczęłam pierwszą klasę liceum, wiedziałam. Już wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Petera. Grzywka i lekko stanowcze spojrzenie. Śmiech – głośny i głęboki. To jego pragnęłam. Petera. Który miał mnie pozbawić dziewictwa. Ale pech chciał, że był żonaty, zajęty, no i oczywiście dużo starszy. Czterdzieści sześć lat. Zakazany. Niedostępny

I tak kuszący. Mój nauczyciel. To też było zakazane. Muszę mu się wydawać młoda, może nawet dziecinna. Spódnica w kwiaty i ciasna, czarna koszulka. Burza włosów pofarbowanych na czerwono jak ogień, istny pożar, teraz akurat ujarzmiony warkoczami.

Ale Peter się rozwiódł. Widziałam na Facebooku. Śledzę go, wchodzę na jego profil co najmniej pięć razy dziennie i tęsknię nad jego zdjęciami. Usycham z tęsknoty. Wzdycham. Wszystkie z żoną są usunięte, inne zostały. Te z dziećmi, kotami, naturą. Zmieniony status. Jak się wejdzie w „Informacje”, widać, że jest singlem, ale nie było to coś, co się pojawiło na osi czasu. Nie żebyśmy byli znajomymi na Facebooku – nie chciał zaakceptować mojego zaproszenia, myślał pewnie, że to nie wypada czy coś takiego, ale utworzyłam fałszywy profil i spróbowałam szczęścia w ten sposób. Udawałam Lexę z Helsingborga, nauczycielkę literatury na Uniwersytecie w Lund. Wstukałam „beautiful lady black hair” w Google i wybrałam ładne zdjęcie profilowe. Kobiety, która wyglądała na pewną siebie. Starszej. Na pewno po czterdziestce w każdym razie, może więcej.

Peter połknął haczyk i ją zaakceptował. W ciągu pięciu minut. A może czterech? Dzięki temu mogę teraz widzieć wszystko, co zamieszcza, oraz dać się uwodzić przez jeszcze więcej zdjęć i czytać jeszcze więcej wpisów. Udostępnia coś co drugi dzień, jest aktywny w przeciwieństwie do mnie. Plan był taki, żeby w ogóle nic nie pisać. Miałam trzymać się w cieniu. Być niewidoczna. Nie zwracać na siebie uwagi.

Chociaż ostatnio pozwoliłam sobie na parę komentarzy. Tylko kilka. Myślę, że nieszkodliwych. Nie mogłam się powstrzymać, bo Peter zawsze się chwali, że jest gramatycznym nazistą, że praktycznie rzecz biorąc, oddycha językiem i literaturą i gdyby mógł, ożeniłby się z literą. Że Słownik Akademii Szwedzkiej to jego Biblia, jego Koran, jego Tora. Zdaje się podniecać poprawianiem ludzi. Poniżaniem tych, którzy robią błędy językowe, nie starają się albo po prostu nie wiedzą. Biedni dyslektycy. Wtedy szczególnie miło jest zabawić się w kogoś w rodzaju obrońcy ludu i poprawić jego, gdy robi błędy. Bo robi błędy. Powiedziałabym, że nawet często. Ma się za eksperta i jest zdolny, ale jego pewność siebie i wysokie mniemanie o sobie znacznie przerastają rzeczywistość.

Kilka dni temu napisał: „ja bynajmniej idę na imprezę”, po czym go poprawiłam. Powinno być „przynajmniej”, a nie „bynajmniej”. Jako nauczycielka literatury mam prawo czuć się upoważniona do takich uwag. Tak jest poprawnie, używał tamtego słowa w złym znaczeniu. Wczoraj rano widziałam, że usunął mój komentarz, ale poprawił swój wpis. Typowe dla niego, że…

– Jensen, jak tam?

Mrugam. Peter stoi przede mną z rękami opartymi o blat. Pochylony, z nisko opuszczonymi brwiami. Ma to spojrzenie. Analizujące. Patrzy na mnie tak, jakbym była zagadką, którą musi rozwiązać. Albo jakby był lekarzem, gotowym, by rozpocząć badanie. Oczy są w jakiś sposób puste, a zarazem wypełnione uczuciami. Widać, że dużo wie. Że trochę przeżył. Źrenice są pełne, a tęczówki skupione i wyrozumiałe. Pełne głębi, do której widoku nie jestem przyzwyczajona. Rodzaj świadomości. I skóra, lekko pomarszczona. Każda bruzda to rok, każda zmarszczka to doświadczenie. Okulary mają czarne oprawki. Owalne, a jednak kanciaste. Wyglądają surowo. Tak jakby właściciel był zdecydowaną i zasadniczą osobą. Wiem, że nie jest. Jest pogodny i miły. Przynajmniej wobec tych, których zna.

– W porządku – szepczę ze wzrokiem skupionym na jego ustach. Sięgających kącikami szeroko na boki i lekko rozchylonych, tak że połyskują między nimi zęby. Zastanawiam się, jak smakują. Zarówno wargi, jak i zęby. Jaka jest jego ślina w porównaniu z moją. Czy jest ciepła. Jak pachnie. Gdyby tak chciał pochylić się trochę bardziej do przodu. Oddychać na mnie.

– Dalej śnisz na jawie? Fascynujące. – Obdarza mnie jednym ze swoich uśmiechów typowych dla łamacza serc, tak czarującym, że łaskocze w udach. Kłuje od łydek do kolan, a potem dalej do bioder i łona. Wspaniałe wibracje między nogami. Ciepło rozchodzi się w formie gorących impulsów, dociera do każdej komórki, do każdej żyły. Krew spływa prosto w dół. Sprawia, że wszystko nabrzmiewa jeszcze bardziej.

– Tak… trochę. – Wbijam paznokcie w nadgarstek. Walczę, żeby zachować panowanie. – Przepraszam, już idę.

Puszcza stół, tak że ten przez chwilę się kołysze. Prostuje się i spogląda w stronę okna. Jaka postawa. Głowa uniesiona wysoko, a szyja majestatyczna. Jak pięknie. A jednak ma w sobie coś zwierzęcego. Coś w ruchach, co jest dzikie i nieokiełznane.

– Zrób coś fajnego w weekend – mówi, podchodząc do okna. Uchyla zasłonę i wygląda na zewnątrz. Podnosi się chmura kurzu, małe, fruwające pyłki rozświetlone w ciepłym mroku. Jak pył. Mąka. Jak proszek z pękniętego cienia do powiek. Do środka dostają się szerokie pasma światła słonecznego i kładą smugami na drewnianej podłodze. – Słyszałem, że jest wyprzedaż w H&M. – Zerka w moim kierunku, a jego twarz jest złoto oświetlona. – Córki coś wspominały.

Dlaczego to mówi? Tak, ma córki, ale co to ma do rzeczy?

– Aha – mruczę, puszczam nadgarstek i powoli odsuwam krzesło. Głośno szura.

– Słuchaj, nie ucz się przez cały weekend. Okej? – Patrzy prosto na mnie, skąpany w świetle. Jak bóg albo widmo. Słońce odsłania jego rysy w całej okazałości.

Zatrzymuję się w trakcie wykonywania ruchu.

– Mam się nie uczyć? Chyba nie o to ci chodzi?

Śmieje się lekko – pieszczota dla duszy. Wzrusza ramionami i szczelnie zaciąga zasłonę. Zamyka słońce na zewnątrz. Ale nie upał.

– Szczerze? Powiedzieć ci coś tylko między nami?

Kiwam szybko, wciąż siedząc na krześle. Zwlekam trochę ze wstaniem. Co zamierza powiedzieć?

– I tak dostaniesz szóstki ze wszystkich przedmiotów. – Kręci głową i uśmiecha się do siebie. – Tylko o tobie nauczyciele rozmawiają podczas przerwy na kawę.

– Co? O mnie?

Peter mruga powoli na potwierdzenie.

– Dlaczego?

– Jesteś zdolna. Masz talent. To rzadkość, Alex.

Dreszcz przeszywa ciało. Coś w piersi podskakuje i drży. Dygoczę mimo gorąca. Gapię się jednostajnie. Dostałam gęsiej skórki? Możliwe. Nie chcę teraz patrzeć, nie mogę. Patrzeć tylko przed siebie. Na nauczyciela w opiętej koszuli w morskim kolorze i ciasnych, czarnych dżinsach. Patrzy na mnie i chwali. I to jak. Uwielbiam pochwały. To uczucie jest euforyczne. Łaskotanie, które się wzmaga. Zaraz umrę i eksploduję.

Jasne, że pochlebstwa zwykle wywołują uczucie szczęścia, ale do tego stopnia? Czuję, że nie mogę przestać się uśmiechać. Policzki aż bolą i same napinają się po bokach. Muszę wyglądać jak przygłupka. Idiotka z niskim poczuciem własnej wartości, która musi usłyszeć, że jest dobra.

– Będzie ci się świetnie wiodło, zobaczysz. Ale musisz bynajmniej od czasu do czasu wyjść do ludzi, nie zapominaj…

– Przynajmniej.

Przekrzywia głowę. O co ci chodzi?

Wstaję i wsuwam krzesło. Normalnie zostawiam je niedbale, ale muszę zająć ręce.

– No… w takim kontekście mówi się „przynajmniej”. „Musisz przynajmniej od czasu do czasu wyjść do ludzi”. Nie „bynajmniej”. To słowa o dwóch różnych znaczeniach.

Głębokie źrenice się zmniejszają. Tylko mi się przygląda, ale nic nie mówi.

– Nie chciałam czepiać się słówek – mówię szybko i bębnię paznokciami o wilgotne oparcie krzesła. Zdzieram drzazgę. Ręce są ciepłe. Spocone. Przesuwam środek ciężkości. Sandały skrzypią. Dźwięk, który wdziera się w przewody słuchowe i sprawia, że przeszywa mnie dreszcz. Powinnam była włożyć te drugie buty. Eleganckie, białe, na obcasie. Nie skrzypią. Milczenie.

– Okej, tak, powinnam już iść. – Biorę książkę pod pachę i zbieram luźne kartki z notatnika. Patrzę na wszystko poza Peterem. Na ławce ktoś wyrył „A+J forever”, „Niemiecki ssie” i „AIK są najlepsi”.Podłoga jest uświniona. Między drewniane deski nawlatywało kurzu i piachu, wypełniając szpary po brzegi.

– Alex?

Sztywnieję w połowie ruchu.

– Nie nazywasz się Lexa?

Moje oddechy brzmią jak strzały armatnie. Wysoko, ostro. Mocno ściskam książkę, gniotę ją. Rozbieganym wzrokiem patrzę w kierunku otwartych drzwi. Na zewnątrz korytarz jest pusty. Drzwi wejściowe znowu trzaskają, gdzieś niedaleko słychać kroki. Pstryka włącznik światła. Jeszcze jeden. Właśnie zamykają szkołę.

– Czasami. – Zerkam. Patrzę Peterowi w oczy.

– W Internecie?

– Pewnie tak…

– Na Facebooku?

Książka wbija się w ciało, jakby wydawała z siebie dźwięk. Obrzydliwe pocieranie.

– To ty. – Peter podchodzi i kładzie mi dłoń na ramieniu. Może nieświadomie. Jego ręka parzy. Jest jak ogień. Pachnie jak wieczór późnym latem, jednocześnie świeżością i spalenizną. Trochę drewnem. Mam nadzieję, że zapach utrzyma się na ubraniu. – To ty jesteś tą literaturoznawczynią? Tą, która nie bawiąc się w jakiekolwiek konwenanse koryguje, poprawia mnie, codziennie – i to od tygodni?!

– Nie, ja… od tygodni? Nie komentowałam więcej niż dwa, może trzy razy…

– Więc to ty.

– Nie wiem, co ty… To znaczy… – Zaczynam oddychać szybciej. Serce wali, uderzając o żebra. Łup. Łup. Łup. Musi to słyszeć. Do tego jest tak duszno. Ramiona ślizgają się po koszulce, materiał jest wilgotny. Powietrze grzęźnie w gardle. Sala się kurczy. – Nie wiem, co…

 

– A więc utworzyłaś fałszywy profil na Facebooku, żeby mnie śledzić. Mam rację?

Otwieram usta, ale zamykam je z powrotem. Jego dłoń parzy jak pokrzywy. A jednak przyjemnie. Może to bardziej jego wyraz twarzy mi przeszkadza. Ostre spojrzenie, postawa, zmarszczki utworzone przy ściągniętych kącikach ust. Jest kocurem gotowym do ataku. Kark zgięty, brwi spuszczone, skupienie, każdy ruch przemyślany. Chociaż jest niemal nieruchomy. To sekundy przed atakiem, gdy drapieżnik czai się, wyczekując bez ruchu ze wzrokiem zatopionym w swoją ofiarę. Plecy mogą się wyprężyć, wąsy poruszyć, skóra drgnąć. Ale żadnych dźwięków. Żadnych reakcji. Żadnych niepotrzebnych ruchów.

– Tak? – naciska Peter. Nie odrywa dłoni. Raczej zwiększa jej ciężar. Ręka miażdży mi ramię jak góra, kruszy je na kawałki. Ściska. Mocno. Paznokcie są krótkie, ale i tak je czuć. To groźba?

Jego wargi są rozchylone. Widzę zęby. Długi rząd. Mocne. Na pewno ostre. Chciałabym zbadać je językiem. Przesunąć nim po białych szeregach, a potem wargach. Jakie by to było uczucie się pocałować? Miziałam się tylko z ludźmi w swoim wieku. Chłopcami w porównaniu z nim. Nastolatkami. Ślinili się, babrali i pieścili. Macali mnie po piersiach i tyłku i jęczeli, aż bębenki pękały w uszach. Ściskali jeszcze bardziej. Prosili, czy mogą „we mnie wejść”. Nie, dziękuję. Najpierw naucz się całować, a potem wróć.

Założę się, że Peter potrafi całować. Tak, miał wiele lat, żeby poćwiczyć. Nie lubię myśli o nim i innych kobietach, wręcz jej nienawidzę, ale wolę to niż niedoświadczoną cielęcinę. Być zmuszoną eksperymentować z wąskim w ramionach frajerem w wieku siedemnastu lat, który poza ekranem komputera nie widział na oczy nagiej dziewczyny. Albo ze szkolnym podrywaczem, który przespał się z całą sekcją sportową. Chcę mężczyzny. Prawdziwego. I nie byle jakiego. Chcę Petera Augusta Valthorna i nikogo innego. Tylko on sprawia, że moje wnętrze się gotuje, stopy zaczynają przebierać w miejscu, a usta jąkać się jak u małej dziewczynki.

Mam w brzuchu stado trzepoczących ptaków. Niełatwo się wtedy mówi. Ani też nie wygląda na rozluźnioną. Peter patrzy na mnie z rozbawieniem. Teraz moja kolej, żeby coś powiedzieć? Może powinnam iść. Tym razem naprawdę. Wyrwać się z jego uścisku i ruszyć do wyjścia. Ale mogę też zostać.

Nigdy, przenigdy mnie nie dotknął. Nie wydaje się osobą, która robi coś takiego. Bardziej kimś, kto trzyma dystans. Kto obserwuje i analizuje, nie dotykając. Zwłaszcza swoich uczennic.

Pora zebrać się na odwagę. Co mam do stracenia? Swój honor i swoją godność, nic innego. A jeśli nigdy nic nie powiem? A jeśli Peter spotka jutro kogoś nowego, nie mając pojęcia, co czuję? Żałowałabym. W wyobraźni postrzegam samą siebie jako silną osobę, więc może zbiorę się w sobie i to udowodnię. Prostuję się.

– Masz rację.

Peter się cofa, ale nie zabiera dłoni. Najwidoczniej zszokowany moim potwierdzeniem.

– To ja jestem Lexą z Helsingborga i utworzyłam profil, żeby być tam twoją znajomą.

Drgają mu rzęsy, ale poza tym jego wyraz twarzy się nie zmienia. Nie sposób go rozszyfrować i odgadnąć, jak przyjmuje tę wiadomość.

– To było… Nie mogłam… Nie chodziło o to, żeby cię poprawiać. Po prostu nie mogłam się powstrzymać.

Peter wolno kręci głową i zaczyna w końcu przejawiać reakcję w jakiejś formie.

– Ale posty na osi czasu? Pisałaś je?

– Tak, oczywiście.

– Ale ona… ty wydawałaś się starsza. Tak dobrze wykształcona, błyskotliwa i… kompetentna, dojrzała.

Wzruszam ramionami.

– Nie powinieneś oceniać ludzi po wieku, Peter. Pięćdziesięciolatka może być głupia jak antylopa, a dwudziestolatka dość inteligentna, żeby wstąpić do Mensy. To zależy od osoby, nie wieku.

– Jesteś mądrą dziewczyną.

– Tylko mówię, jak jest. To oczywistość. Nawet dziecko to wie.

– Ale „głupia jak antylopa”? Można tak powiedzieć?

– Oczywiście. Po co rzucać banałami, gdy można wymyślić własne frazy?

Uwalnia mnie. Ręka podnosi się z ramienia i opada na bok. Natychmiast robi się chłodno. Spoczywała na skórze, przy cienkim ramiączku koszulki i chociaż parzyło, było przyjemnie.

Jego górna warga drży. Peter wpatruje się w moje usta. Gapi się. Splata ramiona na piersi i cofa się o krok.

– Powinnaś iść.

– Dlaczego? – Rozluźniam uścisk wokół książki. Słychać, jak palce puszczają.

– Nauczyciele nie powinni być znajomymi uczniów w mediach społecznościowych.

Podchodzę bliżej. Jeden krok. Zatrzymuję się dokładnie przed nim, tak blisko, że oddechy się mieszają. Jego jest ciepły i pachnie drewnem i ziemią. Jakby się było w lesie i kopało dołek pośród trawy i zarośli, robiąc wszystko, żeby opędzić się przed mrówkami. Pachnie jednocześnie świeżo i ciężko. Naturą. Mogłabym wdychać ten zapach w nieskończoność.

– To wszystko, kim dla ciebie jestem? – wyrzucam w końcu z siebie ciężkim, szorstkim głosem. – Tylko… uczennicą?

Oczy Petera ruszają się szybko. Zapalczywie. Przeskakują na zmianę między moimi wargami a oczami. Tym, co zakazane. Jakby też był upojony moim zapachem.

– Nie możesz być nikim innym, Alex. – Głos jest głęboki jak ochrypły szept. Peter zwykle tak nie brzmi. Zwykle mówi głośno i wyraźnie. Teraz każda sylaba jest wypowiedziana z wysiłkiem.

Uśmiecham się.

– A chciałbyś, żebym była kimś innym?

– Zuchwałe pytanie.

– Które wymaga zuchwałej odpowiedzi.

– Nie powinienem.

– Ale czego chcesz?

Zamyka oczy.

– Czego chcę?

Kiwam głową. Wygląda, jakby miał iść. Rozgląda się, zatrzymuje wzrok na biurku i odwraca się w tamtą stronę, jakby zamierzał zabrać swoje rzeczy i pójść do domu. Ale zatrzymuje się i patrzy na mnie.

– Dlaczego utworzyłaś ten profil?

– Jak myślisz?

– Żeby śledzić. Mnie.

– Szóstka z plusem.

Peter otwiera szeroko oczy.

– Po co?

Powoli kładę mu rękę na ramieniu. Zamienione role. Gdy moja skóra dotyka koszuli, przechodzi mnie dreszcz.

– Naprawdę musisz o to pytać?

Oddycha jak przez słomkę, chrapliwie.

– Nie ma takiej możliwości.

– Jakiej? – Muskam go nosem w brodę. Wolno, pożądliwie. Staję na palcach, żeby dobrze sięgnąć. Zarost łaskocze w policzek, przyjemnie i podniecająco. Bardzo delikatnie. Buty skrzypią, ale już się tym nie przejmuję. Mimo że to jedyny dźwięk, który słychać tu w środku.

Od zewnątrz szkoła została całkiem zamknięta. W kąciku oka korytarz z wygaszonym światłem i mała, czerwona lampka, która miga, na pewno jakiś alarm. A jednak nie jest ciemno. Gorące słoneczne światło napiera na zasłony, zostawiając sale pogrążone w mroku. Drzwiczki szafek już nie trzaskają. Ani drzwi wejściowe, ani włączniki światła. Szkoła jest opustoszała i cicha, a my jako jedyni jeszcze tu jesteśmy. Peter nie ma dokąd pójść? Nie wydaje mi się.

– Takiej – szepcze.

Przesuwam policzkiem po jego ostrym nosie. Jest ciepły. Wilgotny od potu. Coś łaskocze mnie w łonie, pulsuje z tęsknoty.

– A dlaczego nie?

– Jesteś moją uczennicą.

– A ty moim nauczycielem.

– Nie możemy.

– Nikogo tu nie ma.

Wtedy chwyta za jeden warkocz i trzyma go, mocno. Skóra głowy boli, ale w przyjemny sposób. Sapie mi w szyję, wilgotne, grube wargi na rozgrzanej skórze. Kłuje wszędzie, przeszywa, pali. Co on robi? Och, dalej, mam nadzieję, że nie przestanie. Kiedy mnie pocałuje?

– Jesteś zbyt kusząca. Nęcisz mnie.

– Nie, to ty – mamroczę jak we śnie. – Nie potrafię trzymać się z daleka.

– To ja nie potrafię ci się oprzeć. Nęcicielka.

– Kusicielka.

– Poprawiasz mnie?

– Przepraszam. Nie ma takiego słowa jak „nęcicielka”. Powinno być „kusicielka”.

– To takie…

– Męczące?

– Seksowne.

Nigdy bym nie przypuszczała, że to powie. Seksowne? Uważa za seksowne, że go poprawiam? Nie może mówić poważnie. Dodaje, jakby zobaczył moje zdziwienie:

– To prawda. Niewiele osób ma odwagę. Tak właściwie to się chyba nigdy wcześniej nie zadziało.

– Zdarzyło.

Mocniej ciągnie za warkocz i przysuwa mnie bliżej. Jego usta tylko kilka centymetrów od moich.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?
Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»