Saga rodu z Lipowej: PorwanieТекст

Из серии: Saga rodu z Lipowej #9
0
Отзывы
Читать фрагмент
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Нет времени читать книгу?
Слушать фрагмент
Saga rodu z Lipowej: Porwanie
Saga rodu z Lipowej 9: Porwanie
− 20%
Купите электронную и аудиокнигу со скидкой 20%
Купить комплект за 372,26 297,81
Saga rodu z Lipowej 9: Porwanie
Saga rodu z Lipowej 9: Porwanie
Saga rodu z Lipowej 9: Porwanie
Аудиокнига
Читает Joanna Domańska
230,49 216,66
Подробнее
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 9: Porwanie

Saga

Saga rodu z Lipowej 9: Porwanie

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2001, 2019 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726166897

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ZAJAZD

Wrzesień 1386

Leżeli w chaszczach nad rzeczką, ledwo widoczni w świetle poranka. Słońce dopiero wschodziło daleko za wodą, słabo prześwitując przez chmury. Było chłodno, wilgotno i wietrznie.

Jan z Tymbarku obejrzał się na swoich ludzi.

– Tylko bez przelewu krwi – napomniał. – Wystarczy płazem bić, nie ciąć i nie kłuć. Pani szukajcie w komorze po lewej ręce.

Podnieśli się i cicho stawiając stopy, ruszyli w kierunku dworu.

Podzieleni na dwie grupy, konno i pieszo napadli niczym stado wilków. Zanim rozszczekały się psy, uwięzili pachołków w stajniach i w szopach, wrota podpierając kołkami. Zaspana służba stawiała słaby opór, ktoś próbował zatrzymać któregoś z jeźdźców, ale szybko umknął przed drzewcem oszczepu, inni czmychali na boki, nie chcąc nadstawiać głowy w pańskich porachunkach.

I w samym dworze nikt nie stawiał oporu. Wpadli w kilku, kopniakami otworzyli drzwi do komory, zarzucili płachtę na łoże, gdzie spała niewiasta, owinęli ją i przemocą wywlekli na zewnątrz. Tam inni czekali tylko na przyniesiony tłumok, zarzucili go na siodło i odjechali galopem.

Pozostałym mniej się spieszyło, zdążyli jeszcze rozdać nieco kuksańców służbie, rozbić kilka nosów, a wszystko po to, by nikt nie odważył się ich ścigać. Nikt zresztą nie miał na to ani siły ani ochoty. Czeladź leżała na ziemi, siedziała po kątach, poturbowana, oszołomiona, nie bardzo rozumiejąc, co się stało.

– Zapamiętajcie! – usłyszeli na pożegnanie. – Zapamiętajcie, że był tu Jan z Tymbarku!

Hedwiga córka Janosza znowu szykowała się do ślubu. Kilka tygodni wcześniej nie powiedziała „tak”, choć stała już przed ołtarzem. A skoro milczała, ksiądz odmówił związania stułą rąk młodej parze. Jan z Tymbarku uciekł zawstydzony z kościoła, Hedwidze ojciec zabronił pokazywać się w Potoku. W całej Dolinie głośno było o ostatnich wydarzeniach, nikt tu wcześniej nie słyszał, żeby jakaś panna odrzuciła oblubieńca, a zaraz potem chciała wyjść za innego. Hedwiga zaś, odrzucając Jana z Tymbarku, zamierzała wydać się za Mikołaja z Krasawy.

Schroniła się na dworze pani Aleny, gdzie czekała, aż ojca opuści gniew i będzie go można zapytać, czy pobłogosławi jej związek.

Po kilku dniach do Potoka wyruszyła matka Mikołaja, aby prosić za młodymi. Tam czekała ją niespodzianka, bo pan Janosz wcale nie był zły na córkę i burczał nawet, że nie zwrócono się do niego wcześniej.

– Nie spodziewałem się tak dobrej nowiny! – zawołał, kiedy pani Alena wyłożyła mu, z czym przyjeżdża. – Dawno straciłem nadzieję, że wasz Mikołaj weźmie moją Hedwigę.

– Tedy nie będziecie się sprzeciwiać?

– Sprzeciwiać? Ależ skąd, będę się radował jak nigdy dotąd, a spodziewam się, że tylko patrzeć, jak sypną się wnuki. Musiałem przecież udawać gniew przed sąsiadami, bo tak wypada.

Mikołaj z Hedwigą szykowali się więc do ślubu, który wyznaczono w wigilię świętego Marcina. Uroczystość miała być skromna, bo jak oświadczył pan Janosz, przygotowania do wielkiego wesela już się odbyły i nie zamierza dwa razy wydawać pieniędzy. Postanowiono zatem, że weselna uczta będzie niewystawna, co najwyżej z udziałem dwudziestu gości każdej ze stron.

Pan Janosz cieszył się ze ślubu córki i nie przyznał się, że coś go jednak trapi. Nie wspomniał nic pani Alenie, ale mówił o tym cicho z panem Jeno. Obaj spodziewali się, że były narzeczony Hedwigi nie puści płazem doznanej zniewagi.

– Nie wiem, co zrobi – wzdychał pan Janosz. – Dałem przecież słowo Janowi z Tymbarku i boję się, że uniesiony gniewem gotowy jest na wiele.

– Pomyślałem o tym – uspokoił go Jeno z Krasawy. – Posłałem za nim mojego zaufanego z poleceniem, aby przewąchał, czy pan Jan zamierza dochodzić swoich praw. Da mi Oset znać, gdyby szykował jaki zajazd albo i co innego.

– Dobrze postąpiliście – pochwalił pan z Potoka. – Ma on wielu krewnych i powinowatych, więc i nie zdziwiłoby mnie, gdyby zechciał zbrojną ręką wziąć to, co mu uroczyście obiecałem. Kazałem tedy Mikołajowi ani na krok nie spuszczać Hedwigi z oczu. Ja bym bowiem nie darował takiej zniewagi, więc myślę, że i pan Jan nie daruje.

– Co zatem zrobimy?

– Trzeba nam pilnować się aż do ślubu. A sam ślub przeprowadzić szybko, żeby Jan z Tymbarku nie miał kiedy wymyślić jakiego fortelu.

Minął tydzień i dwa, a nic niepokojącego się nie wydarzyło. Pan Janosz kazał jednak pachołkom nadal pilnować dworu i panienki, w obawie, że może jej coś grozić ze strony odrzuconego narzeczonego.

Oset, giermek Mikołaja z Krasawy, który powrócił ze swojej tajnej wyprawy, zapewniał, że nie ma już niebezpieczeństwa. Jan z Tymbarku pojechał pono daleko na południe, gdzie miał zamiar wstąpić do jakiego rycerskiego zakonu albo przystać do oddziałów walczących z Saracenami. Ani myśli o ożenku, czując się ośmieszony, a i zrażony do niewiast.

Mieszkańcy Potoka i Krasawy odetchnęli z ulgą.

– Dobrze się sprawiłeś – pochwalił synowskiego giermka pan Jeno. – A skoro przyniosłeś dobre wieści, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przygotować ślub i wesele.

Szykowano się więc do wesela i prawie zapomniano o niechcianym narzeczonym.

Pan z Potoka po pewnym czasie zluzował straże. Zaraz też pojechał do Krasawy, gdzie z panem Jeno przy dzbanku piwa ustalili ostatnie szczegóły małżeńskiego kontraktu. Potem pan Jeno z żoną rozpoczęli wojaże po Dolinie, krewnych i co zacniejszych przyjaciół spraszając na ślub jedynego syna, Mikołaja. Podobne podróże odbywał też pan Janosz z Potoka.

Tymczasem Jan z Tymbarku nie zapomniał o zniewadze.

Uciekł z kościoła, gdzie przed ślubnym ołtarzem uczyniono mu taki despekt. Uciekł i pognał w nieznanym kierunku, cierpiąc i złorzecząc na przemian, a obmyślając plan zemsty. Żeby uratować honor, trzeba było coś zrobić, bo bez tego nie mógłby się nikomu pokazać, nie narażając się na drwiny i docinki.

Umyślił zebrać oddział zbrojnych, najechać dwór w Potoku i porwać Hedwigę.

Kiedy gospodarz Potoka prosił gości na wesele Hedwigi i Mikołaja, Jan z Tymbarku siedział ze swoimi ludźmi w zacisznym miejscu, nad Pilicą, hen aż pod Miechowem, gdzie dotarli po całodziennym marszu.

– Co robić? – prawie płakał Jan z Tymbarku. – Słodki Panie Jezu, co robić?

Dokonawszy zajazdu na Potok, chciał jak najszybciej oddalić się z Doliny, jechali więc na południe, pomiędzy skałkami i wzniesieniami, leśnymi ścieżkami upatrzonymi wcześniej, omijając drogi i ludzkie siedziby. Mieli ze sobą przewodnika, który dobrze znał okolice i zapewniał, że łatwo zgubią ślad pogoni.

Pędzili, nie zatrzymując się, nie pytając o drogę. Pomiędzy sobą wieźli posadowiony na siodle tłumok z niewiastą, dla porwania której została przedsięwzięta cała ta wyprawa. Zatrzymali się dopiero pod wieczór, rozłożyli obozem, wystawili straże, ale nie palili ogni, aby nie ułatwiać zadania ścigającym.

Wszystko układało się dobrze, aż do tego miejsca. Dopiero tutaj okazało się, że jednak nie jest tak, jak sobie obmyślili.

Jan z Tymbarku odwrócił głowę ku rzece i poczuł, jak cierpnie mu skóra na grzbiecie. Pan Janosz z Potoka ruszył już pewnie z pogonią i tylko patrzeć, jak trafią na ślad porywaczy.

Co począć dalej? Plan obejmował tylko porwanie i ucieczkę, potem... Właśnie, co potem?

Nad samym brzegiem rzeki jego ludzie pilnowali niewiasty. Uwolniono już ją spod płachty, wyjęto knebel z ust. Przerażona początkowo niespodziewaną napaścią, mocno rzucająca się i krzycząca, teraz zachowywała się spokojnie. Próbowała dowiedzieć się, dlaczego ją uprowadzono i jaki los ją czeka, ale nikt nie odpowiadał na jej pytania. Siedziała zatem i czekała.

– Sakiewka – odezwał się nagle ktoś obok.

Jan z Tymbarku podniósł głowę. Przed nim stał Vogel, człowiek który zaoferował mu pomoc. Spotkali się przed kilkoma dniami i rycerz wziął na służbę tego żołnierza, który przyprowadził też swoich ludzi, sprawnych, bitnych, doświadczonych. Zrobili wszystko, jak zostało umówione, choć pewnie musieli się tęgo powstrzymywać, żeby nie rabować, nie palić.

- Wasza sakiewka, panie – powtórzył Vogel. – Czas, byście nam zapłacili.

Pan z Tymbarku podniósł się, bo jego ludzie zbliżali się, prowadząc konie, i wyglądało na to, że gotowi są jechać choćby zaraz, w ciemnościach. Zostawić go samego z całym kłopotem.

– To jeszcze nie koniec – sprzeciwił się. – Jeszcze nie wykonaliście umówionego zadania.

– Wykonaliśmy – zaprzeczył Vogel. – Dokładnie wedle waszych rozkazów. Najechaliśmy dwór i pojmaliśmy niewiastę.

Pan z Tymbarku zacisnął pięści.

– Wedle rozkazów? Oczu nie macie?

Vogel popatrzył po swoich towarzyszach, szukając u nich wsparcia. Byli grupą łotrzyków nawykłych do zdobywania, którzy niełatwo ulegali liczebnej przewadze, a cóż dopiero jednemu człowiekowi. Obiecano im sowitą zapłatę i zamierzali ją odebrać, jeśli to możliwe, po dobroci.

 

– Kazaliście pojmać niewiastę z dworu, to ją pochwyciliśmy. Nie mówiliście, czy ma być młoda czy stara, gruba czy chuda, bogata czy biedna. Nie nasza sprawa. Nie wiemy, co zamierzacie z nią zrobić, nie pytaliśmy, czy będziecie chcieli się z nią żenić, czy może robić co innego. Powiedzieliście: pojmać panią. I jest pani z Potoka.

– Ale nie ta!

– Nie nasza sprawa. Nasza dokładnie wykonać polecenie. I tak uczyniliśmy. Teraz dajcie nam zapłatę i pójdziemy swoją drogą.

Jan z Tymbarku spojrzał błagalnie. Nie przewidział, że mogą zmienić zdanie i zechcą zostawić go samego.

– Nie możecie mnie teraz opuścić. Nie teraz.

– A i owszem, możemy, bo droga nam wypada inaczej niż wam.

– Rozkazuję! – spróbował pogrozić.

Zaśmiali się tylko, bo dobrze wiedzieli, że ich nie powstrzyma.

– Rozkazujecie? – uśmiechnął się Vogel. – Nam rozkazujecie? Lepiej wypłaćcie, co było umówione.

– Ale pościg! Lada chwila może tu trafić pościg!

– A jakże – zgodził się Vogel. – Toteż i uradziliśmy, żeby w pańskie sprawy się nie mieszać i odchodzimy.

Wyciągnął rękę, a pan Jan rad nierad musiał mu oddać obie sakiewki. Dosiedli koni i zaraz ruszyli, na pożegnanie rzuciwszy jeszcze kilka ciętych uwag.

Jan z Tymbarku został sam. Tylko z branką, z którą nie wiedział, jak ma postąpić, a o którą lada chwila mogli się upomnieć zbrojni pana Janosza z Potoka, panów Jeno i Mikołaja z Krasawy, ich krewnych, sąsiadów oraz przyjaciół.

– Co robić? – pytał siebie bezradnie. – Panno Przenajświętsza podpowiedz, co mi teraz robić!

Ciężko żałował swojego postępowania. Był rozczarowany, rozeźlony, wściekły, kiedy w hańbiący sposób odpędzono go od ołtarza tuż przed tym, gdy miał zostać mężem Hedwigi córki Janosza. Wybiegł z kościoła, dosiadł konia i pognał, gdzie oczy poniosą. Palił go wstyd, nie mógł teraz pokazać się nikomu, więc nie poczekał nawet na swoich krewnych i przyjaciół, których wcześniej zaprosił na wesele, a którzy na próżno czekali na niego dwa dni w okolicy. W końcu uznali, że nie wróci i pojechali swoją drogą.

On zaś pędził przed siebie, nie patrząc jak i którędy. Nie myślał, dokąd zaprowadzi go droga, chciał tylko znaleźć się jak najdalej od miejsca swojej hańby.

Ochłonął nieco dopiero następnego dnia. Trafił do gospody, tam usiadł, użalił się nad sobą. Nie chce go? Dobrze, niech i tak będzie! Niejedna niewiasta na świecie! Im więcej myślał, im więcej popijał i żalił się, tym pewniej dochodził do wniosku, że aż tak bardzo wcale mu nie zależało na tym ożenku. Owszem, byłby to korzystny związek, ale czy dla tych paru łanów ziemi warto było narażać się na takie pośmiewisko? Hedwiga, no cóż, Hedwiga jest piękna, Hedwiga jest wesoła, ale świat pełen jest pięknych niewiast. To nie on powinien żałować, to raczej ona! Ona będzie żałować, że go odrzuciła w taki sposób! On zaś nie wróci, nigdy nie wróci, choćby i błagała na kolanach!

Przy drugim dzbanie piwa, jaki suszył w gospodzie Pod Jeleniem, był prawie przekonany, że świat nie kończy się na Dolinie, ani tym bardziej na Potoku. Pojedzie na południe albo na zachód, albo gdziekolwiek indziej. Świat jest wielki.

I tak by się pewnie stało, gdyby tego wieczora nie spotkał Vogla i jego zuchów. To oni go przekonali, że honoru trzeba bronić, a zniewagi płazem nie wolno puścić. Nie był trzeźwy, więc łatwo dał posłuch temu, co mówili i zgodził się wziąć ich do służby. Ich przywódcy, Voglowi, wręczył sakiewkę ze srebrem, dwie inne obiecał po wykonaniu zadania. A potem pojechali do Potoka, wpadli tam o świcie, narobili zamieszania, porwali panią i już ich nie było.

Panu Janowi cały czas towarzyszyło dziwne uczucie, że wszystko poszło nazbyt gładko. Dworu nikt nie bronił, zajazd okazał się dziecinną igraszką. Uczucie niepokoju ustąpiło dopiero nad Pilicą. Ale ustąpiło na rzecz uczucia znacznie gorszego, a mianowicie strachu i obawy.

Bo właśnie nad Pilicą jego ludzie wzięli zapłatę i odeszli, a on został sam z branką. Nie mógł zostawić jej w lesie. Nie mógł odwieźć do Potoka, bo na drodze niewątpliwie czekały kłopoty. Mogli trafić na pościg. O sprawie na pewno powiadomiono nie tylko starostę, ale i wszystkie dwory w Dolinie i znacznie dalej. Nikt nie uznałby jego postępowania za dopuszczalne i godne. W ich oczach Jan z Tymbarku stracił nie tylko cześć, ale naraził się też na poważną karę, może nawet banicję. Prawo zwyczajowe dopuszczało wprawdzie, żeby rycerz porwał pannę i żenił się z nią. Ale mogło tak być tylko wówczas, kiedy rzecz cała odbywała się za zgodą samej branki. Rozwiązanie takie bywało dobrym w rozmaitych kłopotliwych sytuacjach rodzinnych czy sąsiedzkich. Jeśliby porwał pannę, potem się z nią ożenił, wystarczyło uspokoić jej rodzinę odpowiednimi darami, wziąć ślub i po wszystkim. W tym jednak przypadku sprawa nie była taka prosta. Nie mógł liczyć na zgodę jej rodziny, ani na przymknięcie oczu przez krewnych, bo tak się składało, że Jan z Tymbarku żadną miarą nie mógł ożenić się ze swoją branką.

Stał teraz nad rzeką i rozmyślał, jak postąpić. A wyglądało na to, że nie ma żadnego dobrego wyjścia. Ani zostawić niewiastę tutaj, ani zabrać ją z sobą, ani wrócić do Potoka. Wszystko poszło inaczej, niż sobie zaplanował. Za późno zorientował się nawet, że ludzie Vogla zabrali wszystkie konie i został tylko jeden wierzchowiec. Nie mógł uciekać, bo we dwoje na jednym koniu daleko się nie zajedzie.

Jedyne, co mógł zrobić, to uciekać dalej. Miał konia, wystarczyło go dosiąść i ruszyć przed siebie. Tak, właśnie tak musi postąpić.

Kobieta siedziała pod drzewem i czekała, co zrobi. Nie słyszała pewnie rozmowy rycerza z zabijakami Vogla, ale widziała, jak odjeżdżali swoją drogą. Kiedy pan z Tymbarku podszedł, w jej oczach nie było strachu. Wyciągnęła przed siebie ręce, skrępowane konopnym sznurem.

– Uwolnijcie mnie.

Sięgnął po nóż i przeciął więzy.

– Co to znaczy? – zapytała, rozcierając przeguby. – Co to wszystko ma znaczyć, panie? Chyba należy mi się jakieś wyjaśnienie.

Jan z Tymbarku najchętniej uciekłby na koniec świata, nie mogąc znieść tego świdrującego spojrzenia i tego poczucia przegranej.

– Co to znaczy? – powtórzyła. – Czy dowiem się od was, jaki zły duch podpowiedział wam takie postępowanie?

– To pomyłka – wyjaśnił Jan z Tymbarku, nie podnosząc wzroku. – Wybaczcie, to tylko pomyłka.

– Pomyłka? Co to znaczy pomyłka? To niby nie wiedzieliście, jadąc do Potoka, po co tam jedziecie?

– Nie was chciałem porwać.

– Nie chcieliście? – prychnęła ze złością. – Co zatem robię tutaj, tak daleko od domu? Co robię w nocy, w lesie, ubrana tylko w koszulę?

– To pomyłka – powtórzył Jan z Tymbarku.

Nie patrzył na panią Agnieszkę, kierował spojrzenie w bok. Stała naprzeciw, w białej koszuli, z włosami potarganymi od płachty, która cały dzień przykrywała jej głowę. Gdyby się wstydziła, pan Jan znosiłby to łatwiej. Ale zachowywała się spokojnie, pewnie, szydziła z niego, traktowała jak niesforne dziecko, które należy skarcić i przywołać do porządku.

– Nie o mnie? – zapytała bezlitośnie. – Zatem o kogo?

Przełknął ślinę.

– Przecież wiecie.

– Nie wiem – zaprzeczyła. – Nie wiem, jaki ułożyliście plan, aby odpłacić za serdeczną gościnę w Potoku i w całej Dolinie.

– O Hedwigę – przyznał po chwili.

– Moją pasierbicę, córkę mojego męża? – szydziła. – Po co?

– A po co porywa się niewiasty? Chciałem ją mieć dla siebie. Miała wyjść za mnie. Jej ojciec mnie ją właśnie obiecał. Już prawie byłem jej mężem, kiedy kopnięto mnie niczym psa. Miałem puścić płazem taką zniewagę? Co by ludzie mówili?

– A co powiedzą teraz? – roześmiała się pani Agnieszka. – Co powiedzą, gdy wieści o waszym zajeździe rozejdą się wszędzie jak świat długi i szeroki?

– Ojciec mnie ją obiecał! – upierał się Jan z Tymbarku. – I jest zwyczaj, że porwaną niewiastę wydaje się za tego, kto dopuścił się porwania...

– O ile zgodzi się jej ojciec – zauważyła. – Tymczasem to mnie porwaliście, a na zgodę mojego ojca nie możecie liczyć.

– Waszego ojca?

– Mój ojciec nie żyje, więc nie udzieli zgody.

– Nie żartujcie ze mnie – poprosił. – Was nie chciałem porywać.

– Ale chcieliście porwać Hedwigę. I co zamierzaliście zrobić dalej? Zniewolić ją?

Jan z Tymbarku odsunął się zawstydzony, ale naparła na niego, nie pozwalając uciec od odpowiedzi.

– Nie wiem, co myślałem – przyznał. – Myślałem, żeby ją porwać, a dalej... dalej, to sam nie wiem...

– Chcieliście ją poślubić pod przymusem?

– Liczyłem, że się zgodzi.

– A gdyby nie? Zamierzaliście ją zniewolić?

Pan Jan nie odpowiedział od razu, ale po chwili milczenia mruknął:

– Chciałem.

Pani Agnieszka załamała ręce.

– I wy uważacie się za szlachetnego rycerza?

– Źle postąpiłem. Chcę to teraz naprawić.

– Doprawdy? – zapytała z wyższością. – Więc zacznijcie od tego, żeby nie powiększać wstydu, jakiego jesteście sprawcą. Dajcie mi natychmiast jakie okrycie. A potem rozpalcie ogień. Ogrzeję się, a może i mój mąż znajdzie mnie łatwiej. Przygotujcie mi też jakie posłanie.

– Posłanie? Chcecie tu spać?

– Zaczekam na naszych ludzi. Ogień wskaże im drogę.

Pobiegł do wierzchowca, skąd przyniósł swój płaszcz. Agnieszka zawinęła się w sukno i przykucnęła na trawie.

– Tu – poleciła. – Tu chcę mieć ogień.

– Nie będę czekał pogoni – powiedział przestraszony.

– Nie potrzebuję, byście czekali. Ale wcześniej musicie rozpalić ogień.

Nie mógł się zdecydować, jak postąpić. Chodził wokół, zadziwiony, że jest taka spokojna i opanowana. Nazbierał chrustu, zgromadził go w jednym miejscu. Kiedy ognisko już płonęło, dorzucił do niego kilka grubszych gałęzi.

– Nie wiem, co robić – przyznał się zmartwiony. – Samej was przecież nie zostawię...

– Taki z was szlachetny rycerz? – syknęła złośliwie. – Z dobroci swojej nie chcecie mnie zostawić bez opieki tak daleko od domu? Tedy mnie pilnujcie.

ZAPROSZENIE NA ŚLUB

Hedwiga córka Janosza nie podejrzewała, że jej osoba jest przyczyną tak wielkiego zamieszania w całej Dolinie. Zgodnie z wcześniejszymi planami pojechała do Jastrzębic, aby zaprosić na wesele swoją siostrę.

Podczas niedawnej uroczystości, gdy w ostatniej chwili umknęła Janowi z Tymbarku, nie pożegnały się, a Marina odjechała do domu oburzona zachowaniem siostry. Hedwiga jeszcze nie miała okazji wytłumaczyć się przed nią i jadąc do Jastrzębic, układała sobie w myślach wszystko, co i jak powie.

W Jastrzębicach gościa powitała stara Brygida. Na jej twarzy nie było jednak zadowolenia z wizyty.

– Pani znowu chora i leży w łożu – oznajmiła. – Nadziwić się nie mogę, jakie to chorowite niewiasty w waszej rodzinie.

– Dobrze, że choć wy czujecie się zdrowi – odparowała Hedwiga i nie czekając na zezwolenie poszła wprost do izby siostry.

Marina była blada, ale nie okazała się cierpiąca.

– Tylko udaję przed ciotką Brygidą – przyznała się. – Gdybym tego nie robiła, byłoby już po moim pogrzebie. Ta stara traktuje mnie jak służącą, a przecież jestem szlachecką córką.

Oglądała młodszą siostrę ze wszystkich stron, podziwiając jej lśniące rude włosy i gładką cerę.

– Jak ty to robisz, że jesteś coraz ładniejsza? – pytała z zazdrością.

Powiadomiona o małżeńskich planach Hedwigi aż zaniemówiła z wrażenia.

– Za Mikołaja? – odezwała się wreszcie. – Jak to? Przecież to były tylko dziecięce marzenia!

Hedwiga zawstydziła się i opuściła głowę.

– Bóg dał, że się spełniają – odpowiedziała cicho. – Nadal boję się, czy to nie sen.

Hedwiga czekała na szwagra dwa dni. Pan Wilek nadjechał dopiero we czwartek przed wieczorem, wiodąc ze sobą młodego człowieka, który okazał się napotkanym po drugiej stronie Warty samotnym myśliwym. Nazywał się Gotard i był synem pana Dominika z nieodległych Brzezin, niezasobnych jak Jastrzębice, równie zapuszczonych i bez przyszłości. Pan Dominik stracił nogę w jakiejś myśliwskiej wyprawie, nie opuszczał swojego domu, gdzie palenisko było na ziemi, a dym uchodził przez otwór w dachu. Syna trzymał przy sobie, bo go potrzebował do posług. Bieda w Brzezinach była chyba jeszcze większa niż gdzie indziej, bo Gotard, chowany między dworskimi psami i dziką zwierzyną, dziwował się urządzeniom dworskim w Jastrzębicach, uznając za rzeczy niezwykłe murowany komin czy żurawia u studni.

Był to niewysoki młodzieniec, kudłaty, ciemnowłosy, dziki w obejściu, głośny, nerwowy, choć pono zawołany myśliwy, a kiedy trzeba umiał zachować milczenie i długo siedzieć w zasadzce.

 

Gotard z Brzezin rozdziawił usta na widok panny tak urodziwej jak Hedwiga i nie miał ich zamknąć już nigdy. Tak sobie wyobrażał bajkowe królewny.

Pan Wilek zdziwił się obecnością szwagierki Hedwigi, bo liczył, że już zrezygnowała z czekania na niego. Zdziwił się nie na tyle, by chciał z nią długo rozmawiać. Ledwie się przywitał, poszedł spać, zmęczony kilkudniowym uganianiem się po polach i lasach. Przyprowadzonego ze sobą gościa kazał umieścić w stodole.

– Trzeba nam porozmawiać – powiedziała Hedwiga, zastępując drogę szwagrowi.

– Później – odburknął pan Wilek.

– Tak dalej być nie może – nie ustępowała Hedwiga. – Moja siostra, a wasza żona, nie będzie traktowana jak jaka służąca i...

– Później – powtórzył pan Wilek.

– Zamierzam zabrać ją do siebie, żeby pobyła trochę między ludźmi.

– Tu też są ludzie – zauważył pan Wilek mocno naburmuszony. – Ani trochę nie gorsi niż w waszym Potoku. Może nawet lepsi.

– Nie chciałam was urazić – zapewniła Hedwiga. – Ale słyszę, że nie tylko nie wybieracie się na mój ślub, ale i mojej siostrze jechać nie zezwalacie.

– Nie wybieram się – potwierdził pan Wilek.

– Was też zapraszam, ale skoro nie możecie przyjechać albo nie chcecie, dlaczego miałaby nie pojechać Marina.

– Bo miejsce żony przy mężu.

Hedwidze ręce opadły. Póki jednak mogła, usiłowała przekonać pana z Jastrzębic. Brzydki Wilek nie dał się jednak namówić. Nawet nie to, że był niegrzeczny czy nieuprzejmy. Przeciwnie, wielce układny, kiwał głową, ale zgody nie wyraził.

– Pojedzie następnym razem – orzekł w końcu, jak gdyby ulegając namowom szwagierki.

– Następnym razem? – zdziwiła się Hedwiga. – Przecież jestem jej jedyną siostrą.

– Ale często zmieniacie małżeńskie plany.

Hedwiga zacisnęła wargi. Pan Wilek uparł się na dobre. Marina nie brała udziału w rozmowie, siedziała w kącie i pochlipywała.

– A widzisz – powiedziała później. – Mówiłam, że się nie zgodzi.

Hedwiga była zła na szwagra, bo rozmowa nie skończyła się żadnym ustaleniem. Pan Wilek, nadal grzecznie kiwając głową, ruszył do komory i zamknął za sobą drzwi, skąd po chwili dało się słyszeć jego głośne chrapanie.

Stara Brygida nie kryła swojego zadowolenia.

– Przecież uprzedzałam, że się nie zgodzi – przemówiła do Hedwigi. – My skromni ludzie i nie będziemy się pchali, gdzie nas nie chcą i patrzą jak na nie wiadomo co. Może jesteśmy biedni, ale swój honor mamy.

Stara uśmiechała się z wyższością, a Hedwiga domyśliła się, że to Brygida jest winna niechęci pana Wilka.

– Gdzie was niemile widzą? – zapytała zdziwiona. – Stale przecież zapraszamy moją siostrę i jej męża do odwiedzin w Potoku. A szczególnie teraz, kiedy mam wyjść za mąż i zaprosiliśmy wielu ludzi z Doliny. Miałoby braknąć mojej rodzonej siostry?

Brygida zacięła usta i nie odezwała się.

Marina była smutna, ale już nie płakała, a usiłowała pocieszyć Hedwigę.

– To nic – powiedziała. – Byłam przecież na twoim pierwszym ślubie. Wszystko się odbywało zgodnie z ceremonią, teraz to będzie tylko powtórzone.

Ta nie zamierzała łatwo zrezygnować.

– Jeszcze zobaczymy! – odgrażała się. – I zapomnij o moim pierwszym ślubie.

– No, przecież to był prawie cały ślub – tłumaczyła się Marina niezdarnie. – Tylko jednego słowa zabrakło...

– Za to najważniejszego. A ty nie broń Wilka. Musi być na niego sposób i ja ten sposób znajdę!

Hedwiga chodziła po obejściu, nieświadoma, jak pilnie obserwują ją oczy siedzącego w stodole pana Gotarda, który w myślach ślubował jej dozgonną miłość i wierność. Gdyby to wiedziała, może nawet pokusiłaby się o wykradzenie siostry. Ale nie wiedziała, więc krążyła tam i z powrotem, zastanawiając się, jak powinna postąpić. Dopiero wieczorem przestała chodzić.

– To ostatni sposób – mruknęła półgłosem i wróciła pod dach, kierując się od razu do Brygidy.

– Pani ciotko – powiedziała. – Chyba pozwolicie, żebym was tak nazywała, bo w końcu obie należymy do tej samej rodziny...

Brygida łypnęła okiem, ale nic nie odrzekła.

– Pani ciotko – brnęła dalej Hedwiga. – Jestem młoda, a co młode to, powiadają, i głupie. Może wy, z racji starszeństwa i dużego doświadczenia, moglibyście cokolwiek mi doradzić? Powiedzcie szczerze, czemu tak jest? Czemu pan Wilek nie chce jechać na mój ślub i nie pozwala, aby pojechała jedna z najbliższych mi osób, moja siostra?

Ułożona w myślach przemowa, wypowiedziana spokojnym, opanowanym, a nawet proszącym głosem, spełniła swoje zadanie. Stara kobieta zawahała się i została na miejscu.

– Może jesteśmy biedni, ale swój honor mamy – odezwała się teraz. – Też jesteśmy rodziną. Wilka wychowywałam sama od małego. Może nie zna on wszystkich tych dworskich grzeczności, ale starałam się jak umiałam najlepiej.

Hedwiga natychmiast zrozumiała, że jest na dobrej drodze.

– Wybaczcie, pani ciotko – powiedziała. – Zdaje się, że wszyscy popełniliśmy ten sam błąd. Pozwólcie mi go naprawić. Pozwólcie zaprosić się na moje wesele, pani ciotko. Serdecznie zapraszam i zapewniam, że będę wam wielce rada.

Pomarszczona twarz starej kobiety rozjaśniła się na mgnienie, a Hedwiga wiedziała już, że odgadła przyczynę niechęci i starej kobiety, i jej wychowanka. Oboje czuli się urażeni, bo pominięci. Brygida chciała być zaproszona na ślub w Potoku. Jakże mogli o niej zapomnieć?

Hedwiga złożyła ukłon.

– Przyjedźcie, pani ciotko – powtórzyła. – Zapewniam was, że wszyscy z całego serca będziemy wam radzi, jak radzi będziemy mojej siostrze i jej mężowi.

Brygida prawie się wzruszyła. Uciekła spojrzeniem w bok, pociągnęła nosem.

– No... – mruknęła. – Muszę przyznać, pani Hedwigo, że umiecie się odpowiednio zachować.

– Zatem przyjedziecie?

Brygida zawahała się. Udzieliłaby odpowiedzi twierdzącej, ale nie wypadało dawać jej tak od razu.

– Sama nie wiem... Taki wyjazd to wiele przygotowań, a czasu zostało mało. I jeszcze jest i taki kłopot, że popadliśmy w biedę, więc w tak dostojnym gronie nie chcemy się wstydzić swojego ubóstwa.

Pochyliła się ku Hedwidze i dokończyła szeptem:

– Przecież ja, stara, stroić się nie muszę, prawda? Ale z drugiej strony, czy wypada pokazywać się na weselu w byle jakiej sukni? Co ludzie powiedzą? Że was nie szanuję, tak powiedzą. Ot i kłopot!

Ale na taki kłopot Hedwiga miała odpowiedź.

– Przyjedźcie, pani ciotko – powtórzyła z przekonaniem. – Na ten wasz frasunek, myślę, też znajdzie się rada. Choćby moja macocha. Jest waszego wzrostu, na pewno zgodzi się wam pożyczyć coś ze swoich ubrań, jeśli oczywiście zechcecie przyjąć. Brygida spojrzała z niedowierzaniem.

– Pani Agnieszka? Ona miałaby mi coś pożyczyć?

– A mielibyście coś przeciw?

– No, nie. Tylko widziałam ją kiedyś i wiem, że to wielka pani...

W jej głosie pobrzmiewało wahanie.

– Na pewno dojdziecie do porozumienia – zapewniła Hedwiga. – Tedy załatwione, tak? Pomożecie spakować się Marinie?

Teraz ona z kolei udała zasępienie.

– Tylko czy uda się przekonać mojego szwagra...

Pani Brygida uśmiechnęła się dobrotliwie.

– Nie ma obawy, moje dziecko – zapewniła szybko. – To już biorę na siebie.

Zaraz rano rzuciła się do przygotowań, bo następnego dnia wszyscy mieli ruszyć do Potoka. Marina nadziwić się nie mogła przemianie, jaka zaszła w starej ciotce, która choć jak zawsze surowa, znalazła nawet okazję do uśmiechu i łagodniejszego słowa.

– Co za czarów użyłaś? – pytała siostrę.

Ruszyli zgodnie z planem, ale w znacznie większej kompanii, bo Hedwiga, zadowolona z obrotu sprawy, zaprosiła również goszczącego w Jastrzębicach pana Gotarda z Brzezin. Z samego rana przyjechał też z licznym pocztem Mikołaj. Był zaniepokojony o los Hedwigi i teraz śmiał się głośno, widząc, że wszystko jest w porządku.

– Dzięki Bogu, że nic ci się nie stało! – wołał, chwytając narzeczoną i unosząc ją w ramionach.

Przyprowadził uzbrojonych pachołków, na wypadek gdyby okazało się, że pan Jan z Tymbarku, zrozumiawszy swoją pomyłkę, pokusił się o uprowadzenie właściwej osoby. Pan Janosz z Potoka ruszył na poszukiwania żony, ale że od porwania upłynęły dwa dni, trudno było oczekiwać, że znajdzie ją od razu.

Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»