Saga rodu z Lipowej: Zamężna wdowaТекст

Из серии: Saga rodu z Lipowej #35
0
Отзывы
Читать фрагмент
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 35: Zamężna wdowa

Saga

Saga rodu z Lipowej 35: Zamężna wdowaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2010, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726167153

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

MIEJSCE DOROTY

Jesień 1421

W Lipowej nie było pani. Zgodnie z poleceniem Mateusza, wszystkie sprawy rozstrzygał pan Tomasz z Białki, czasem radząc się ochmistrzyni, a czasem nie pytając jej o zdanie. W sprawach dotyczących dzieci wolał naradzać się z panią Agatą, choć - zgodnie z życzeniem dziedzica - dla siebie zostawiał ostatnie słowo.

Opieka nad dziećmi Mateusza i Aldony córki Ranisa wymagała wiele czasu i starania. Zajmowały się nią kobiety z dworu, zmieniające się piastunki i nianie. Z czasem najwięcej do powiedzenia zaczęła mieć Dorota z Wygody, niegdyś żona Marcina Lipowskiego, bratowa dzisiejszego pana.

Miesiące, jakie Dorota spędziła w Lipowej, okazały się korzystne dla wszystkich. Dorota była chętna do prac we dworze. Rzuciła się w wir zadań wyznaczanych jej przez ochmistrzynię, znajdowała w tym nie tylko zapomnienie, ale i nawet przyjemność. Pani ochmistrzyni, starsza już i zmęczona, z wdzięcznością przyjmowała jej pomoc. Rychło okazało się, że Dorota ma dryg we wszystkich sprawach gospodarskich. Początkowo nieśmiała trochę, niepewna, szybko odnalazła swoje miejsce. Byli wśród służby i tacy, którzy pamiętali ją jako panią we dworze. Pani Agata, kobieta doświadczona i znająca życie, od samego początku postawiła sprawę jasno.

- To jest pani Dorota – powiedziała innym. – Z postanowienia pana Mateusza tu z nami będzie żyła. Chce coś pomagać, robić, pracować, jej wola. To nie pani dworu, ale i nie służąca. Trzeba, by jej okazywano należny szacunek. To dobra pani, sami to zobaczycie. Ma być, jak postanowiono. Szacunek jej się należy z urodzenia i z łaski pana Mateusza. Nieprzystojne uwagi będę karać, to mówię otwarcie. Nie jest równa nikomu z nas, lepsza od wszystkich, o tym nigdy nie zapominajcie.

Służba początkowo traktowała Dorotę nieufnie i z dystansem, ale szybko okazało się, że Dorota nie wynosi się nad innych. Może dlatego, że miała za sobą wiele przykrych przeżyć, okazała się panią spokojną, miłą w obejściu, chętną do pomocy czy rozmowy. Była tylko smutna i nigdy nie brała udziału w dworskich zabawach, czy to święta, czy jarmarki. Trzymała się wtedy na uboczu, poważna nad miarę. Nadto też może pobożna, każdej niedzieli uczestniczyła w nabożeństwach, przestrzegając wszelkich zaleceń, powagi, postów, umartwień.

* * *

Kiedy któregoś dnia ochmistrzyni zatrzymała Dorotę, by jej powiedzieć nowinę, nie spodziewała się wybuchu radości, ale i nie oczekiwała odmowy.

- Wyglądasz znacznie lepiej, moje dziecko – oznajmiła z zadowoleniem pani Agata, co to każdemu mówiła przez ty, bo się uważała za najważniejszą we dworze. – Znacznie lepiej, co mnie bardzo cieszy. Odchuchaliśmy cię tutaj, odchowaliśmy, wróciły ci rumieńce na policzki, uśmiechasz się. Słowem, ładna z ciebie niewiasta.

Dorota zatrzymała się zdumiona. Całe lata upłynęły od czasu, gdy chwalono jej urodę i teraz patrzyła podejrzliwie, podejrzewając żarty lub nawet kpiny. Ale pani Agata była zupełnie poważna.

- Nie musisz odpowiadać od razu – zaczęła pani Agata, gdy usiadły na ławce przed dworem, chowając się w cieniu przed palącym słońcem. – Ale chyba nie zamierzasz reszty życia przepędzić w stanie wdowieńskim…

Dorota wzruszyła ramionami.

- Sama nie wiem, jaki jest mój stan – przypomniała spokojnie. – Może jestem wdową, a może i nie.

Mówiła bez żalu, zupełnie spokojna. Przywykła już bowiem do tego sama, jak z wolna przywykli także inni.

- Pan Jędrzej – oznajmiła tajemniczym głosem pani Agata. – Wiesz przecież, który. Pytał o ciebie. Nie musisz od razu odpowiadać, jak rzekłam. To stateczny człowiek, zabierze cię chętnie do siebie. Jest samotny, ma małe dzieci, a we dworze wszystko, co potrzeba. Nie zabraknie ci tam niczego. I nie będziesz musiała pracować.

Dorota pokręciła głową.

- Ja chcę pracować – oznajmiła. – Możecie to nazwać pokutą albo wynoszeniem się nad innych, ale nie wybieram się do czyjegoś dworu, nieważne, co miałabym tam robić i w jakim kącie mieszkać.

Znała oczywiście pana Jędrzeja z Koszyc. Był majętnym panem na dwóch wioskach, statecznym, o dostojnym wyglądzie. Nie miał szczęścia do niewiast, niedawno pochował czwartą żonę.

Pan Jędrzej widywał ją w kościele, patrzył za nią, oczu nie mógł oderwać. Trzeba powiedzieć, że przez miniony rok w Dorocie zaszła wyraźna przemiana. Jej cera stała się gładsza, znowu różowa, miła, oczy odzyskały blask, przestała się ruszać ciężko i z opuszczonymi ramionami. Jakby odżyła, chodziła ładniej, lekko, a jej piersi się zaokrągliły. Znowu, jak kiedyś, zatrzymywały się na niej spojrzenia mężczyzn.

Dość długo o tym nie wiedziała, a kiedy to dostrzegła, natychmiast, zawstydzona, zmieniła swe zwyczaje odwiedzania świątyni i przychodziła nie wtedy, gdy kościół był pełen ludzi, ale gdy nie było nikogo. Ksiądz Otwinek, który posługiwał od jakiegoś czasu w Holsztynie, bardzo chwalił pobożność pani Doroty. Wcale nierzadko przebywał teraz w Lipowej. I wcześniej lubił zaglądać, we dworze częstowano go miejscowymi napitkami, których był znanym miłośnikiem.

- Pani Dorota nam rozkwitła – oznajmił ksiądz Otwinek, a powiedzenie to natychmiast obiegło Dolinę, bo Otwinek, choć duchowny, znał się wybornie na niewieściej urodzie i jego zdania w tych sprawach nikt nie lekceważył.

- Pani Dorota – opowiadał ksiądz. – Jest jak… jak wiosna. Powiadam wam, tylko patrzeć, jak nie będzie mogła się opędzić od konkurentów.

Pani Agata prawie natychmiast podchwyciła okazję. Los Doroty niepokoił ją od dawna i często zastanawiała się, czy nie powinna czegoś w jej sprawie uczynić.

* * *

Pani Agata stała właśnie na dziedzińcu i ostrymi słowami obrzucała dwie dziewki służebne, co się pokłóciły poprzedniego dnia, a teraz wzięły do rękoczynów. Podarły wzajemnie odzienie, podrapały się i pogryzły. Pytane, o co poszła kłótnia, nie chciały się przyznać, a mówiły obie jednocześnie i pani Agata musiała tupnąć, aby je uspokoić. Miała na tyle doświadczenia, by odgadnąć, że stan wzburzenie, w jakie wpadły, mogło spowodować tylko coś bardzo poważnego, najpewniej mężczyzna.

- Który to? – spytała pani Agata surowo. – Mówcie zaraz, bo jak się sama dowiem, będzie źle.

Z niechęcią przyznały, że Rosa. Wielki i silny Rosa najpierw uśmiechał się do Kraski, zwodził, uwodził, aż uwiódł, a potem niespodziewanie przestał ją zauważać, a wziął się do uwodzenia innej, nazywanej Maciejką. Pani Agata posłała zaraz po pana Tomasza, odbyła z nim krótką rozmowę, a następnie wezwali do siebie pachołka Rosę, by go rozpytać o wszystko i postanowić o losie obu dziewczyn.

- Trzeba poprosić panią Dorotę do naszej rady – powiedział rządca, niepewnie zerkając na ochmistrzynię.

Oblicze pani Agaty rozjaśniło się.

- Ależ tak! – zawołała. – Pewnie, że trzeba ją poprosić. Jej zdanie w Lipowej ma nie mniejszą wagę od naszego!

CIĘZAR CZESKIEJ KORONY

Jesienią 1421 roku oficjalne poselstwo czeskie przybyło do Polski, aby zaoferować Władysławowi Jagielle koronę swojego królestwa.

Jednak mimo wcześniejszych ustaleń, panowie polscy nie byli przychylni takiemu rozwiązaniu, zaniepokojeni rozwojem wypadków w Czechach, gdzie husyci zdobywali coraz więcej i nie obawiali się już nikogo. Poczucie siły kazało im postawić wiele warunków wstępnych, wśród których było przyrzeczenie, że przyszły król nie będzie siłą nawracał swych nowych poddanych. Panowie radzili, aby warunki te odrzucić, a od Czechów zażądać posłuszeństwa. Mimo pewnej sympatii dla czeskich ruchów reformacyjnych, widocznych wśród rycerstwa i mieszczan, duchowni uważali, że takie postawienie sprawy jest zupełnie nie do przyjęcia. Cześć panów opowiadała się wprost przeciw przymierzu z Czechami i optowała za sojuszem z Zygmuntem i papieską Europą. Nawet wbrew interesom królestwa, a dla zachowania religijnej jedności, nie chcieli poprzeć rozwiązania, które wiązałoby Polskę z heretykami.

Król Jagiełło uważnie wysłuchiwał doradców, ale jego zdaniem żaden z proponowanych kierunków działania nie prowadzi do porozumienia.

- Co chcemy osiągnąć? – zapytał. – Czy nie siły przeciw Zygmuntowi? A jeśli przeciw Zygmuntowi, to znaczy wespół z Czechami.

Duchowni obawiali się rozprzestrzenienia czeskiej herezji w kraju, pilnie pracowano nad ustawodawstwem, które miało temu postawić tamę. Jednak i wielu panów świeckich wspierało polskiego monarchę, rozumiejąc jego sympatię dla reformacyjnych ruchów w Czechach. Podkanclerzy królestwa, Jan Szafraniec, do niedawna zastępca biskupa Jastrzębca, a teraz zajmujący w królewskiej radzie jego miejsce, radził zwlekać.

- Wasza królewska mość czyni bardzo mądrze, nie dając natychmiastowej odpowiedzi – podkreślał. – Jaka by ona nie była, natychmiast dowie się o niej król Zygmunt i zechce obrócić na swoją korzyść. Jeśli jednak odpowiedź waszej królewskiej mości będzie mętna, Zygmunt nie zdoła uruchomić przeciwdziałania.

Taka taktyka nie odpowiadała większości panów polskich.

 

- Niech mowa wasza będzie tak tak, nie nie – zauważył biskup krakowski, odwołując się wprost do Pisma Świętego. – Nie wypada chrześcijańskiemu władcy kluczyć i szukać wykrętów.

Podkanclerzy wzruszył ramionami.

- A czy ów niby arcychrześcijański król Zygmunt postępuje prosto? – zapytał z drwiną. – Skąd zatem ma opinię krętacza, a nawet i oszusta? Czemuż nasz pan miałby stosować inne, szlachetniejsze sposoby, w ten sposób szkodząc swojej osobie i całemu królestwu?

Argumentacja przekonała niektórych obecnych, co widząc podkanclerzy z zapałem wyjaśniał swój sposób rozumowania.

- Błędem byłoby odrzucenie czeskiej korony – oznajmił Szafraniec. – Błędem jej przyjęcie. Zatem jego królewska mość powinien zastosować inne rozwiązanie.

- Inne? – wzruszył ramionami biskup. – Innego nie ma. Tertium non datur.

- Przeciwnie – uśmiechnął się król Władysław. – Damy odpowiedź wymijającą. Nie odmówimy Czechom, damy im nadzieję, wysuwając własne warunki. Zyskamy w ten sposób na czasie.

I tak się skończyła ta narada. Poselstwo czeskie uzyskało nadzieję na opiekę i ochronę ze strony króla polskiego. Jagiełło obiecał swoim autorytetem wstawić się w ich sprawie u papieża Marcina V. Nie sądził, żeby to cokolwiek dało, ale chyba i sami Czesi nie bardzo w to wierzyli.

- Potrzebujemy gwarancji, najjaśniejszy panie – odezwał się niepewnie Jan Kardynał, uczeń i przyjaciel Jana Husa. – Czegoś, co zawieziemy naszym panom.

- Gwarancji? – Jagiełło zmarszczył brwi. – Słowo króla to mało? Dobrze, zatem zapytajcie swoich, czy przyjmą zakładnika.

Teraz zdziwili się Czesi.

- Zakładnika, najjaśniejszy panie? No, jest to rozwiązanie, ale musiałby to być ktoś znaczący, kto w waszym imieniu… Może wtedy nasi panowie…

- Doskonale! – skinął ręką król. – To będzie ktoś znaczący. Czy ktoś z mojego rodu spełni te warunki? Dla przydania mu znaczenia, poślę nad Wełtawę kilka tysięcy wojska.

Posłowie z szacunkiem pochylili głowy.

- Bóg wam zapłać, najjaśniejszy panie. To więcej, niż ośmielaliśmy się prosić.

Po wyjściu posłów król skinął na podkanclerzego.

- Chyba się rozumiemy, panie podkanclerzy – stwierdził z zadowoleniem. – Zechciejcie jednak wprowadzić mnie dokładniej w wasze zamysły.

Jan Szafraniec wstał z ławy dla nadania swoim słowom większego znaczenia.

- Złe rozwiązanie przyjąć koronę czeską, złe rozwiązanie ją odrzucić – powtórzył. – Zatem zrzućmy ten obowiązek na kogoś innego. Na kogoś, kto jest wam wierny, miłościwy panie, kto wam nie zagrozi, a na kogo macie wpływ. Wtedy nie będą was oskarżać w Rzymie, że jesteście królem heretyków, a co najwyżej, że popieracie heretyków. Wtedy zaś będziecie mogli powiedzieć, że nie tyle ich popieracie, co jesteście przeciw Zygmuntowi.

Zygmunt Luksemburski, król niemiecki i węgierski, mienił się też królem czeskim, choć stany czeskie nie uznały tego wyboru i odmawiały mu prawa do korony po bracie, Wacławie IV.

- Kogo macie na myśli? – zapytał Jagiełło, z zaciekawieniem przyglądając się doradcy. – Kto jest tak mi tak wierny, a jednocześnie wystarczająco wysokiego rodu? Nie masz takiego w moim królestwie. Chyba, że macie na myśli…

- Tak, miłościwy panie. To Witold, wielki kniaź litewski.

Jagiełło pokiwał głową.

- O nim pomyślałem, gdy mówiłem z czeskimi posłami – oznajmił. – Rzecz tylko w tym, aby się zgodził.

- Zgodzi się – uśmiechnął się Szafraniec. – Wielki kniaź zgodzi się na wszystko, co jest przeciw Zygmuntowi.

Król zaklaskał w dłonie.

- Zatem postanowione! – zawołał zadowolony. – Tak właśnie zrobimy. Kogo poślemy do księcia Witolda?

Podkanclerzy zamyślił się na chwilę.

- To ważna misja – odpowiedział po chwili. – Nie wystarczy pismo, trzeba, by wasz wysłannik umiał wszystko wytłumaczyć wielkiemu księciu. Ważne wydaje się prowadzić rokowania także z drugą stroną. Sami mówiliście, by się nie spieszyć z ostatecznymi postanowieniami. I sami mówiliście o potrzebie mącenia wody, aby łowić ryby.

- Mówiłem – zgodził się król. – Ale nie bardzo się nam to udaje. Król Zygmunt to dopiero umie mącić!

Szafraniec ukłonił się ponownie.

- Prawda, że król Zygmunt jest biegły w intrygach – przyznał. – Nabrał tyle ziem i narodów, że niełatwo mu nad wszystkim zapanować. Zatem namąćmy mu w głowie jeszcze bardziej…

Plan Szafrańca polegał na tym, by utrzymywać Zygmunta Luksemburskiego w stanie, w którym niczego nie mógł być pewnym.

- Okażmy mu dobrą wolę – tłumaczył podkanclerzy. – Niech ma przekonanie, że wcale nie chcemy sojuszu z Czechami, bo najważniejsza dla nas jest granica północna, od strony Krzyżaków. Zapytajmy go, urzędowo i uroczyście, czy porzuci Zakon, jeśli mu obiecamy pomoc przeciw heretykom w Pradze.

Król przymrużył oczy.

- Przeciw heretykom? – spytał z zastanowieniem. – Macie na myśli pomoc czy tylko obietnicę pomocy?

Podkanclerzy uśmiechnął się po raz trzeci.

- Na razie tylko obietnicę, miłościwy panie – odpowiedział. – Zanim nasi posłowie pojadą i wrócą, minie niemało czasu. A nam chodzi przecież o czas. To powinna być głośna sprawa, niech cały świat dowie się, jakie jest wasze stanowisko, że szukacie porozumienia z Zygmuntem.

- A Czesi? – spytał król, marszcząc brwi. – Co pomyślą Czesi?

- Czesi pomyślą to, co im powiecie, miłościwy panie, w tajnych rozmowach. Świat zaś dowie się, że szukacie porozumienia z Zygmuntem. Król niemiecki na pewno obieca odstąpienie od Krzyżaków, ale postawię najlepszego konia, że tego nie zrobi. Zatem świat zobaczy po raz kolejny, ile są warte obietnice Zygmunta. Wy zaś będziecie mieli wolne ręce.

Król zaśmiał się zadowolony.

- Bardzo dobra myśl – ocenił. – Urzędowo i uroczyście? Trzeba więc posłać ważnego dostojnika, żeby to wyglądało poważnie. Może Jan z Tarnowa, wojewoda krakowski? On lubi się stroić. A obok niego ktoś mniej znany, a wystarczająco sprytny. Może Zbyszko z Oleśnicy? Prosił mnie ostatnio o jakieś poważniejsze zadanie.

* * *

Witold, wielki kniaź litewski, porozumiawszy się ze stryjecznym bratem w kwestii korony Czech, okazał nie mniej sprytu.

- Nie odmawiam – oświadczył, gdy posłowie czescy zaoferowali mu władztwo nad swoim królestwem.

Jednakże, po naradach z królem Jagiełłą i ze swymi zaufanymi, postawił dwa warunki.

- Własną osobą na razie nie wybieram się do Pragi – oznajmił. – Poślę tymczasem nad Wełtawę namiestnika. Co zaś do religijnych swobód, to będę prosił Ojca Świętego, by Czesi mogli zachować niektóre odrębności.

Osobę namiestnika wybrano nadzwyczaj trafnie. W Pradze miał bowiem reprezentować najwyższego kniazia Litwy książę Zygmunt Korybutowicz, będący jednocześnie bratankiem króla polskiego Jagiełły.

Posłowie wielkiego kniazia, Wyszek Raczyński i Oset z Kowna, zostali dobrze przyjęci nad Wełtawą. Czechom pomysł się spodobał, ponieważ oznaczał związanie kraju i z Polską, i z Litwą, czego pierwszym przejawem miało być pięć tysięcy zbrojnych przeciw rycerstwu Zygmunta Luksemburskiego. Husyci zażądali w zamian, by pełnomocnik kniazia Witolda złożył przysięgę, że przyszły król czeski zachowa cztery artykuły praskie.

- Zróbcie to – radził Oset z Kowna. – Nieprędko jeszcze wielki kniaź dostanie czeską koronę. Kiedy zaś będzie ją miał, może zechce tak właśnie postąpić.

Pan Wyszek zaprzysiągł obietnicę w imieniu wielkiego kniazia. Wiadomość o tym natychmiast została szeroko rozpowszechniona przez króla Zygmunta i Krzyżaków. Z oburzeniem podkreślano skłonność króla Jagiełły ku heretykom na niekorzyść prawdziwie chrześcijańskich władców.

Po powrocie na Litwę posłowie musieli się tłumaczyć ze swojego zachowania. W wielkoksiążęcym zamku w Trokach kniaź Witold groźnie marszczył brwi, słuchając sprawozdania.

- Po co była ta przysięga w moim imieniu? – pytał niezadowolony.

Wiedział już, że to pan z Kowna doradzał panu Wyszkowi Raczyńskiemu złożenie przysięgi i gniew księcia obracał się przeciw Ostowi. Łagodził go król Jagiełło, który od wielu lat miał słabość do Osta.

- Co na to odpowiecie, panie Oset? – spytał Jagiełło. – Przywykliśmy obaj z kniaziem Witoldem ufać waszemu rozpoznaniu, ale tym razem chyba poszliście za daleko.

Oset z Kowna lewą dłonią, której brakowało trzech palców, postukał się po odkrytej głowie.

- Posiwiałem w służbie waszych królewskich mości… – przypomniał z ukłonem. – Nie wiem, czym zasłużyłem sobie przed Bogiem, ale to prawda, że moje rozpoznanie i mój nos…

Król Jagiełło chrząknął i specjalnie głośno zwrócił się do wielkiego kniazia.

- Słyszałeś, Witoldzie? – spytał rozbawiony. – Prawdę mówi. Nos mu poczerwieniał w naszej służbie.

Ogólny śmiech podniósł się w sali. Także kniaź Witold rozpogodził twarz i uśmiechnął się z żartu. On również miał słabość do pana Osta.

- Wytłumacz się – zażądał jednak. – Tym razem nie wyłgasz się kpiną.

Oset ukłonił się nisko, przykładając dłoń do piersi.

- Kpina, wielki kniaziu? – spytał wesołym tonem. – Nie śmiałbym kpić w tak dostojnym gronie. A kiedy mnie pytacie, odpowiem, że postąpiłem wedle waszych instrukcji, kniaziu.

Witold zmarszczył brwi.

- Panie Oset! – syknął ostrzegawczo.

Pan z Kowna ponownie przyłożył dłoń do piersi.

- Pozwólcie wyjaśnić, wielki kniaziu.

Na skinienie księcia zaczął opowiadać. Nie byłby jednak Ostem, znanym ze skłonności do żartów, gdyby wcześniej nie odczekał, aż sala ucichnie, a wszystkie spojrzenia skierują się na niego.

- Czesi byli zadowoleni z waszej łaski, wielki kniaziu – zaczął. – Wiecie to wszystko z listów dostojnego pana Wyszka. Kiedy zaś zażądali przysięgi w sprawie zachowania owych artykułów praskich, pomyślałem sobie tak: co zrobiłby w takiej sytuacji wielki kniaź litewski? I zaraz sobie odpowiedziałem.

Kniaź Witold zamachał dłonią.

- No, no! – zawołał z zaciekawieniem. – Niby jak odgadłeś, co ja bym zrobił?

- Przypomniałem sobie wasze nauki, wielki kniaziu – umiejętności Osta w wygłaszaniu pochlebstw były powszechnie znane. – Przydała mi się zwłaszcza opowieść o siwym koniu.

- O siwym koniu? – zaciekawił się król Jagiełło. – Która to opowieść?

Obaj monarchowie, a także wielu spośród obecnych bojarów i wielmożów, kochali się w opowieściach. Stanowiły one drugi, zaraz po polowaniach, rodzaj rozrywki. Z polowania powrócili rano. Teraz, wieczorem, chętnie wysłuchaliby jakiejś bohaterskiej historii.

- W pewnym dalekim kraju na Wschodzie żył sobie sławny rycerz, co wiele lat służył wiernie swojemu władcy – rozpoczął Oset z namaszczeniem, świadom, że słuchacze pilnie śledzą każde słowo. – Dzielny, wierny, a skromny. Chyba był do mnie trochę podobny, aż zestarzał się od tej służby i posiwiał…

Przerwał i czekał, aż ucichnie gromki śmiech i walenie dłońmi po stołach z uciechy.

- Ha ha ha! – śmiał się Witold. – To jest moja opowieść? Rycerz był skromny jak ty? Ha ha ha! Ja tak powiedziałem?!

- Dalej! – wołano z głębi sali. – Niech mówi dalej!

Oset ukłonił się i ciągnął.

- Zestarzał się w tej służbie. Nie był bogaty, a nie miał już tyle siły co dawniej, żeby chodzić na wojenne wyprawy, zresztą pokój panował wszędzie. Dumał więc, jak tu swój los poprawić. Poszedł na zamek do swojego pana, ale straż, na rozkaz ważnych wielmożów i panów, nie wpuściła go, wyglądał biednie i staro. Któregoś dnia wyprowadził ze stajni swojego starego siwka i poszedł z nim na rynek. Wiedział bowiem, że władca owego kraju, człowiek mądry i szlachetny, ma zwyczaj przechadzać się czasem pomiędzy zwykłymi ludźmi i słuchać, jak im się żyje w państwie. Gdy zaś ów władca usłyszał o jakiejś niesprawiedliwości lub innym ważnym wydarzeniu, kazał swoim ludziom udzielać pomocy potrzebującym, naprawiać krzywdy, o jakich usłyszał. Poszedł więc ów rycerz na rynek, usiadł w jakimś miejscu, rozłożył przed sobą szachownicę, ustawił figury. Po drugiej stronie szachownicy przykucnął jego stary koń. Grali całymi dniami. Rycerz przestawiał figury, rozmawiał z koniem, a koń chrapami wodził po szachownicy. Powtórzyło się to dzień i drugi. Wiadomość o dziwnym człowieku, który na rynku gra w szachy z siwym koniem, dotarła do władcy i następnego dnia przyszedł on w przebraniu, żeby się o tym przekonać na własne oczy. Przyszedł i zobaczył, że rzeczywiście na rynku siedzi człowiek przed szachownicą, a po drugiej stronie siedzi koń. Człowiek przestawia figury, rozmawia z koniem, a siwek czasem chrapami wodzi nad szachownicą. Po prawdzie niezbyt dokładnie, bo co i raz obala figury, ale jednak gra. Pyta więc tego człowieka, jak długo uczy on już konia grać. Dziesięć lat. A jak długo jeszcze go trzeba uczyć? Trzy lata, powiada rycerz, ale może tylko dwa, o ile będzie miał więcej pieniędzy na obrok. Władca nie uwierzył, chwilę się przekomarzali i stanął zakład. Jeśli w ciągu dwu lat człowiek nauczy grać w szachy konia, bez omyłek, ma przyjść do pałacu władcy, gdzie dostanie dziesięć worków złota. Władca, co był przebrany za kupca czy może szlachcica, wręczył rycerzowi woreczek pieniędzy z przeznaczeniem na obrok dla konia i odszedł.

 

Oset przerwał i ukłonił się wszystkim.

- I co dalej? – spytał niecierpliwie król Jagiełło. – Jak się zakończyła ta historia?

- Jak się zakończyła, miłościwy panie? – powtórzył Oset. – Na pewno tego nie wiem, ponieważ kniaź Witold, gdy mi to opowiadał przy szachach, za każdym razem podawał inne zakończenie. Pewne jest tylko to, że ów rycerz otrzymał nieco grosza na obrok, także dla siebie. Władca zaś nie zobaczył uczonego konia, ponieważ koń zdechł, zanim przyszedł czas rozstrzygnięcia zakładu.

Obecni śmiali się wesoło, gdy Oset kłaniał się przed monarchami po zakończeniu opowieści.

- Zaraz, zaraz! – zawołał kniaź Witold. – Chcesz powiedzieć, że podobnie obiecałeś w Pradze?

- Zgadliście, wielki kniaziu. Jeszcze nie wiadomo, czy czeski koń nauczy się grać, zatem co wam szkodzi obiecywać, że robi postępy?

Po wieczornej uczcie, gdy zostali tylko w gronie najbliższych doradców w sypialnej komnacie wielkiego księcia, Oset nie miał już tak wesołej miny. Zwłaszcza, gdy przyszło mu odpowiedzieć na pytanie, jaka jest prawdziwa sytuacja w Czechach.

- Panowie czescy, co wam dają koronę, wielki kniaziu, nie mają dość siły – westchnął pan z Kowna. – Ani przeciw Zygmuntowi, ani też przeciw tym, którymi dowodzi Jan Żiżka, a których nazywają tam taborytami, bo się kryją za wozami. Może pamiętacie, że często powtarzałem, jak wielka jest siła gminnych oddziałów piechoty nawet przeciw dobrze okrytym rycerzom. Potwierdza się to w całej rozciągłości.

- Wiem to – zgodził się Witold. – Przecież dlatego mam u siebie rotę Mateusza z Lipowej.

- Trzeba by takich więcej – podpowiedział Oset. – Dużo więcej. Widziałem w Czechach rozmaite urządzenia i sposoby. Chętnie pomówię o nich z Mateuszem Lipowskim. Ale wiecie, kniaziu, będziecie musieli dać niemało na obrok, jeśli ów siwy koń ma się czegoś nauczyć,

Książę roześmiał się i przyjacielsko poklepał rycerza po ramieniu.

- Dam na obrok – obiecał. – Pomów z Mateuszem jak najszybciej, bo widzi mi się, że czy to w sprawach czeskich czy krzyżackich, wojny nam nie zabraknie.

* * *

Król Władysław Jagiełło był zadowolony z przebiegu rozmów z Czechami.

- Przechytrzyliśmy Zygmunta! – śmiał się do kniazia Witolda i swoich najbliższych doradców. – Zupełnie nie wie, co zamierzamy zrobić i w jaki sposób.

Nakazał szeroko zakrojoną akcję dyplomatyczną. Na europejskie dwory, do królów, książąt, przełożonych zakonów i uczonych wysyłano memoriały, w których tłumaczono, że król Jagiełło próbuje przywrócić Czechy Kościołowi, skoro wszelkie sposoby wojenne stosowane przez króla Zygmunta zawodzą.

Mało kto wierzył w takie opowieści, powszechnie uważano je za wybieg chytrego Litwina, ale zachowywano pozory. Zygmunt Luksemburski złorzeczył, targał brodę i przeklinał, ale niczego konkretnego nie mógł zrobić. Jego krucjata przeciw heretykom w Pradze ponosiła już nie tylko porażki, ale i klęski. Nawet papież Marcin V poważnie się wahał co do drogi postępowania. Cokolwiek by bowiem postanowił, jego decyzja oznaczała straty. Kościół tracił albo Czechy, albo Polskę z Litwą. Nadto pilnego rozstrzygnięcia domagał się zaogniony spór prawny Jagiełły z Krzyżakami, zaostrzony krzywdzącym wyrokiem Zygmunta we Wrocławiu. Wojna Polski z Zakonem wisiała znowu na włosku, a papież dobrze wiedział, jak niewiele trzeba, by złamać zawieszenie broni i doprowadzić do działań bojowych. Ojciec Święty miał trudny orzech do zgryzienia, próbował lawirować, odwlekać, odkładać decyzje i postanowienia. Żałował, że pod wpływem Zygmunta Luksemburskiego zgodził się ogłosić wyprawę krzyżową przeciw Pradze.

Ostatni ratunek upatrywał jednak w obietnicach Jagiełły i Witolda dotyczących zamiaru przekonywania Czechów do odstąpienia od herezji. Ale i tu się mylił. Wśród panów polskich, zwłaszcza wyższych duchownych i uczonych, wiara w możliwość powrotu Kościoła czeskiego na łono Kościoła powszechnego była niewielka. Różnice pomiędzy obu Kościołami były już ogromne. Wprawdzie jeszcze wiosną 1421 roku z królewskiego rozkazu zorganizowano dysputę teologiczną w Akademii Krakowskiej, ale nie posunęła ona sprawy ani o krok do przodu.

- Nie pouczajcie nas! – powiedzieli Czesi do polskich profesorów.

Byli spokojni, opanowani i pewni swoich racji. Niezależnie bowiem od tego, który odłam husytów ostatecznie obejmie władzę, nie będzie tam miejsca dla zwolenników papieża i katolickiego króla Zygmunta.

- Co im daje tę niezwykłą pewność siebie? – pytał kolegę z uniwersytetu profesor Andrzej z Kokorzyna, który niejeden raz polemizował z pismami Jana Husa. – Co im daje tę siłę?

Wracali po zakończonej debacie do swoich kwater, zniechęceni i niespokojni. Jan z Radochoniec zatrzymał się, by pomóc starszemu uczonemu ominąć wielką kałużę na ulicy.

- To chyba… wolność – odpowiedział niepewnie. – Zasmakowali wolności i nigdy już jej nie oddadzą.

* * *

Michał Kuchmeister, wielki mistrz Zakonu Najświętszej Maryi Panny, siedział w wielkiej izbie stołecznego zamku w Malborku i ze złością walił ostrzem sztyletu w blat stołu przed sobą.

- Zdrada! – warczał. – Zdrada!

Na stole leżały stosy dawnych i nowych raportów szpiegowskich. Najnowsze przedstawiały szczegółowe ustalenia tajnego traktatu polsko-brandenburskiego, zawartego pomiędzy królem Jagiełłą a margrabią Fryderykiem.

Wprawdzie w Malborku spodziewano się takiego sojuszu już w poprzednim roku, gdy margrabia odmówił wydania polskich jeńców, by Zakon mógł ich ukarać za dawniejsze zbrodnie, nikt się jednak nie spodziewał, że nastąpi to tak szybko i w tak niekorzystny dla Zakonu sposób.

W kwietniu Fryderyk Hohenzollern, margrabia brandenburski, przybył do Krakowa, gdzie zawarto dwa układy. O pierwszym wielki mistrz Kuchmeister wiedział od dawna. Fryderyk, syn margrabiego, miał się ożenić z królewną polską Jadwigą, a po śmierci Jagiełły zostać polskim królem. Ziemia Lubuska miałaby wtedy wrócić do Polski, a granica stanęłaby znowu na Odrze. Orędownikami tego porozumienia i starych dążeń polskich, by wrócić nad Odrę, byli Wielkopolanie, to wojewoda Sędziwoj z Ostroga doprowadził do porozumienia. Książę Fryderyk miał przyjechać do Krakowa, by tu być wychowywanym i przygotowywanym do przyszłego królowania. Układ przewidywał jednak, że jeśli Jagiełło będzie miał syna, to on zatrzyma przy sobie pierwszeństwo do tronu.

- Stary dziad! – mruczał Kuchmeister ze złością. – Syna mu się zachciewa!

Drugi układ, zawarty potajemnie, którego treść miał teraz przed sobą, był o wiele poważniejszy w skutkach dla Zakonu. Zakładał bowiem sojusz brandenbursko-polski, wymierzony przeciw Krzyżakom, a mający na celu odbicie ziem zagarniętych przez Zakon: Pomorza, Santoka i Drezdenka.

Wyjaśniały się więc sprawy, które niepokoiły wielkiego mistrza od kilku miesięcy. Raporty dostarczane przez szpiegów, a także przez kupców i rozmaitych wędrowców, nie pozostawiały wątpliwości, że sojusz zdaje egzamin. Już od pewnego czasu donoszono, że ochotnicy z zachodu mieli trudności z przechodzeniem przez ziemie margrabiego w drodze ku Malborkowi. Z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej. A przecież to na rycerzach zachodnich w dużej mierze opierała się wojskowa moc Zakonu. Odcięcie od krajów niemieckich i idącej stamtąd wszelkiej pomocy, bardzo ważnej w obliczu stale grożącej wojny z Polską, miało podstawowe znaczenie.

- Pieniądze! – syczał wielki mistrz. – Potrzebujemy pieniędzy. Potrzebujemy bardzo dużo pieniędzy.

Ostrzem sztyletu niszczył raporty, a jednocześnie gorączkowo obmyślał sposoby zaradzenia sytuacji. Jagiełło znosi się z heretyckimi Czechami, ale papież nie jest skłonny ogłosić przeciw niemu krucjaty. W twarz śmieje się ten pogański Litwin papieżowi, a Ojciec Święty udaje, że wszystko jest w porządku. Zygmunt też udaje, że nie widzi podstępów, fałszywej pobożności, fałszywej chęci nawracania heretyków. W dodatku Jagiełło tak wszędzie naplątał, że wciągnął w heretycki wir nie tylko swoje królestwo, ale i wielkie księstwo Witolda. Znowu nie udało się podzielić stryjecznych braci. I znowu ten przeklęty Oset z Kowna! Podobno to jego namowy i knowania miały duże znaczenie dla rozmów polsko-czesko-litewskich. Kiedy wreszcie ten przeklęty pies pójdzie do grobu?!

Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»