Saga rodu z Lipowej: SrebrnorogiТекст

Из серии: Saga rodu z Lipowej #26
0
Отзывы
Читать фрагмент
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 26: Srebrnorogi

Saga

Saga rodu z Lipowej 26: Srebrnorogi

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2002, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726167061

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Matylda

Jesień 1408

Na sierpniowe święta maryjne Matylda ubierała się do kościoła w zieloną suknię z aksamitu, którą otrzymała w spóźnionym weselnym podarunku.

- Zobacz, jak pięknie leży - powiedziała do Mateusza. - Jakby na moją miarę uszyta, zupełnie nic nie musiałam poprawiać. W dodatku wcale w niej nie jestem gruba.

Była nieco przeczulona zmianą swojego wyglądu w związku z ciążą i często pytała męża, czy aby na pewno jeszcze mu się podoba.

- Wyglądasz przepięknie - zapewniał.

Czuła się dobrze,była radosna i zadowolona. Według medyka do porodu pozostawało jeszcze wiele czasu i nie było powodów do ograniczania zwykłych codziennych zajęć.

- Będzie Jakub - przewidywał Mateusz. - Po moim pradziadku.

- Ależ skąd! - droczyła się Matylda. - Będzie Małgorzata, po mojej matce.

Czasami czuła się słabiej, brakowało jej sił, miewała zawroty głowy, wymioty i niechętnie ruszała się z miejsca. Początkowo uważała to za zwyczajne objawy ciąży, później zaniepokoiła się trochę, ponieważ objawy nie ustępowały.

Sześć dni po święcie zaniemogła poważniej. Leżała w łożu blada, z kroplami potu na czole. Mateusz natychmiast posłał po medyka. Ten przybiegł wkrótce, ale okazało się, że nie wie, w jaki sposób może pomóc. Milczał, kręcił głową, rozkładał ręce.

- Dziwaczna to jakaś choroba... - ocenił.

Dał lekarstwa, obiecał przyjść następnego wieczora. Ale Mateusz musiał go wezwać ponownie już rano, bo Matylda zasłabła, straciła na chwilę przytomność. Wpadł w rozpacz.

Doktor i tym razem rozłożył ręce.

- Trzeba się modlić - oświadczył ponurym głosem.

Musiał rozpowiedzieć o wszystkim, bo nie minęło wiele czasu, kiedy pojawił się w domu sam wójt Hanemann.

- Wasza żona poważnie chora? - pytał zaniepokojony, ocierając czoło rękawem.- Czy to aby nie zaraza?

Mateusz naparł na niego ostro.

- Nawet tak nie mówcie!

- Boję się zarazy - rzucił ponuro wójt. - Wszyscy boimy się tego okropnie.

Dziesięć lat wcześniej mór wyludnił miasto i okolice, dzisiejszy wójt dobrze te straszne czasy pamiętał. Pytał, w czym może pomóc. Mateusz dziękował, choć nie wiedział, jakiej pomocy mógłby udzielić miejski dostojnik.

W ciągu dnia przyszli jeszcze inni, mieszczanie, członkowie cechów. Przed wieczorem przysłano z zamku z wiadomością, że książę Henryk zaniepokoił się stanem pani Matyldy i śle własnego lekarza. Ten przybył pospiesznie, starszy mężczyzna o rozbieganych oczach. Popatrzył, posłuchał oddechu Matyldy, zobaczył wypieki na jej twarzy, kazał rozebrać chorą i obejrzał czerwone plamy na jej ciele.

- To nie jest dżuma - zawyrokował natychmiast. - Ale jest to rodzaj zarazy. Nie wiem, jakiej i nie wiem, skąd się wzięła.

Osłabienie Matyldy po kilku dniach jeszcze się pogłębiło. Medyk wzruszał ramionami, a przed Mateuszem nie ukrywał, że sprawa jest poważna.

- To jakaś nieznana choroba - mówił zmartwionym głosem.

Innym znowu razem twierdził, że to drobna sprawa, która lada chwila minie. Był przekonany o własnej biegłości w sztuce lekarskiej.

Matylda zachowywała pogodną twarz, choć odczuwała ból i kosztowało ją to sporo wysiłku.

- Tak mi przykro, że nie mogliśmy pojechać do Lipowej - martwiła się.

Mateusz stał w progu komnaty, gdzie leżała jego żona i patrzył na nią z odległości kilku kroków. W wielkiej izbie nie było nic poza tym łożem, a Matylda w pościeli wyglądała na małą, bezbronną istotę.

Wokoło był wielki, pusty dom. Mateusz pomyślał, że jeśli stanie się najgorsze, zostanie w tym domu sam jeden. A przecież przyjechał tutaj tylko dlatego, żeby być z tą małą, bezbronną istotą. Tylko z Matyldą i dla Matyldy.

- Pojedziemy - zapewnił ze łzami w oczach. - Lipowa przecież nie ucieknie, pojedziemy, jak tylko poczujesz się lepiej.

Wiadomość o chorobie żony pana Mateusza rozeszła się tymczasem po mieście i coraz natarczywiej nadal pytano o jej stan. Życzono zdrowia a wielu przyniosło drobne upominki i wielką ilość niepotrzebnych porad.

Następnego dnia przybył sam książę Henryk.

- To prawda? - zatroskany pytał Mateusza, który witał go w progu. - Mój medyk za chwilę tu przybiegnie. Co mogę dla was zrobić? Jeśli cokolwiek mógłbym, nie wahajcie się prosić.

Mateusz dziękował, ale nie wiedział, w jaki sposób można pomóc żonie. I nie umiał wyjaśnić księciu przyczyny choroby.

- Nie wiem, co się stało – mówił przygaszonym głosem. – Nie rozumiem tego. Była przecież najzupełniej zdrowa, na nic się nie uskarżała.

Po tygodniu Mateusz Lipowski zrozumiał, że choroba może skończyć się najgorszym. Niania nie opuszczała jego żony na krok, pochlipywała, zasmucona, postarzała, z opuszczonymi ramionami.

Kiedy medyk księcia Henryka określił chorobę Matyldy jako coś w rodzaju zarazy, niania obarczyła odpowiedzialnością księdza Franciszka Skórkę.

- To jego wina - płakała. - Jego. Przecież wszystko było w najlepszym porządku, póki się nie zjawił. A gdy zatrzymał się w naszym domu, zachorowała nasza gołąbeczka. Pewnie tu przywlókł jaką zarazę. Na pewno to jego wina.

Mateusz sprzeciwił się ostro, ale i jemu taka myśl przyszła do głowy. Ksiądz Franciszek musiał przynieść chorobę do miasta. Przyniósł ją nieumyślnie przecież, nic o tym nie wiedział, przyniósł na swoich szatach albo może na zakurzonych sandałach.

Wieść o tym, że Matylda może być chora na zarazę, obiegła miasto błyskawicznie i natychmiast odmieniło się zachowanie mieszkańców. Omijano teraz dom Mateusza, jedni drugim przekazywali ostrzeżenie. Książę kazał postawić wokoło strażników, żeby nikt nie wchodził do kamienicy, na co Mateusz zgodził się od razu, bo uważał, że nie ma potrzeby rozsiewania strachu po mieście. Sam pojechał na zamek.

- Wiem wszystko o zarazie - powiedział. - Wiem, jak wygląda, bo opowiadano mi o tym wielokrotnie, a i ojciec mój dobrze się tego napatrzył. Moja żona nie ma żadnych bąbli, to tylko czerwone plamki na skórze. Nie tak wygląda czarna śmierć.

Książę wziął Mateusza pod rękę.

- Wszyscy mamy nadzieję, że to nie jest to najgorsze - powiedział pocieszająco. - Modlimy się i czekamy, aż wasza żona odzyska siły. Jednakże z uwagi na bezpieczeństwo miasta musiałem wydać pewne polecenia, żeby uchronić innych i chyba nie macie mi tego za złe.

Mateusz nie miał, choć od tej chwili nikt już nie odwiedzał go w domu.

- To nic - mówiła Matylda słabym głosem. - To tylko dziecko. Jeśli urodzi się martwe, wola boża. Przecież jestem jeszcze młoda. To nie ostatnia i jedyna szansa.

- Dziecko teraz nieważne – potakiwał Mateusz. - Najważniejsze, żebyś wyszła z choroby.

- Wyjdę - uśmiechała się blado Matylda. - Na pewno wyjdę.

Jednak poprawa nie następowała. Czerwone plamy na ciele swędziały, Matylda drapała się, a to sprawiało jej dodatkowy ból. Wieczorami jęczała, a potem zaczęła krzyczeć z bólu. Medyk księcia odmówił kolejnej nocnej wizyty, wykręcając się tylko pękiem ziół, które miały złagodzić cierpienia chorej.

- Książę zabronił wchodzenia do kamienicy. Tam jest zaraza i nie mogę wystawiać się na niebezpieczeństwo.

Mateusz poprosił, potem nawet zagroził, ale medyk nie uległ naciskom.

- Jestem tylko sługą księcia Henryka - przypomniał. - Muszę słuchać jego rozkazów.

Mateusz był zły i miał ochotę złoić mu skórę, choć wiedział, że niczego nie osiągnie na siłę.

- Człowieku! - warknął. - Czy ty nie rozumiesz, że ona cierpi? Nie masz sumienia, odmawiając wizyty?

Medyk nie uległ i tym razem.

- Nie odmawiam pomocy - oświadczył. - Ale nie mogę pójść do waszego domu.

Mateusz ruszył do siebie. Na ulicy za drobną opłatą wynajął dwóch obszarpańców, których zaprowadził do siebie. Matyldę umieszczono na prześcieradłach i tak zaniesiono do lekarza. Medyk otworzył drzwi na głos kołatania, zdziwił się niepomiernie widząc, że przynoszą mu chorą, ale Mateusz tym razem nie pozwolił zatrzasnąć sobie drzwi przed nosem.

- Nie możesz przyjść do niej, chora przyszła do ciebie.

Medyk nie mógł odmówić. Matyldę wniesiono do jego izby i położono na stole. Była nieprzytomna.

Wynajęci ludzie czekali za drzwiami, żeby ją odnieść na powrót do kamienicy, a w izbie został tylko Lipowski z lekarzem. Ten bał się zarazy, prawie płakał, zmuszony do kontaktu z chorą, do jej dotknięcia. Mateusz chwycił go za ramię.

- Wylecz ją - zażądał. - Ozłocę ciebie i twoją rodzinę, tylko ją wylecz!

Medykowi trzęsły się ręce i podchodził do leżącej z wielką ostrożnością.

- To nie zaraza – tłumaczył Lipowski. – Przecież minęły już dwa tygodnie, a nikt inny nie zachorował. Ani ja, ani służba, co ma staranie o moją żonę. Nikt nie poczuł się ani trochę gorzej. Słyszysz? Nikt nie zachorował. Zatem nie może to być zaraza.

Doktor zbliżył się ostrożnie, odgarnął przykrycie, zbliżając światło do leżącej.

 

Matylda oddychała ciężko, chrapliwie.

- Tak, to nie zaraza – potwierdził medyk po chwili, ocierając pot z czoła. - To nie zaraza!

W jego głosie była ulga. Ale zaraz postawił diagnozę, która zjeżyła Mateuszowi włosy na głowie.

- To trucizna.

Lipowski zdziwił się i nie uwierzył.

- Silna trucizna - powtórzył medyk pewnym głosem. - Widziałem już takie objawy. To nie zatruty pokarm ani napój. To coś innego. Najpewniej trucizna, która przenika do środka człowieka przez skórę. Znam takie wypadki. Pewien książę w Italii umarł od zatrutego łoża.

- Oszalałeś, człowieku! - zawołał Mateusz. - Kto miałby zatruć łoże w moim domu?

Medyk wzruszył ramionami.

- Nie powiedziałem, że to posłanie jest przyczyną. Powiedziałem tylko, że to na pewno trucizna.

Król skakał przez ogień

Litwa, jesień 1408

Jeszcze latem tego roku wielki kniaź litewski Witold porzucił marzenia o zawojowaniu Wschodu.

Jego armia, złożona z różnorodnych hufców i oddziałów, która ruszyła przeciw Moskwie, dotarła ledwie do rzeki Ugry.

Tatarami dowodził Dżelal-Eddin, syn chana Tochtamysza, który wywiódł przed laty kniazia Witolda na podbój dalekich ziem południowo-wschodnich, co skończyło się wielką klęską sprzymierzonych nad rzeka Worsklą, pobitych sromotnie przez Edygeja, jednego z wodzów Tamerlana z Samarkandy.

Kniaź Witold nakazał teraz Tatarom obozować oddzielnie, bo byli skłonni do łupiestwa i zupełnie nie znali dyscypliny. Młody chan rządził nimi za pomocą nahaja. Stali oddzielnie także i dlatego, że kniaź nie chciał ich widokiem drażnić Krzyżaków. Stawiły się bowiem posiłki krzyżackie. Przyprowadził je Michał Kuchmeister, niegdyś prokurator w Kętrzynie, komtur w Rynie i szafarz w Królewcu, potem wójt Żmudzi i przyboczny Ulryka von Jungingena, niedawno wybranego na Wielkiego Mistrza Zakonu.

Zupełnie jak podczas pamiętnej wyprawy sprzed dziewięciu lat kniaź Witold parł do walnego starcia, szedł ostro naprzód, zajmował grody, wsie, osady i dwory, ale podobnie jak wtedy nieprzyjaciel uciekał przed nim coraz dalej na wschód, wciągając sprzymierzonych w głąb swojego terytorium i ani myślał przyjąć warunki, jakie mu chciano wyznaczyć.

Wreszcie, po dwóch latach wojny z księciem moskiewskim Wasylem, zawarto wieczysty pokój - na dotychczasowych warunkach. Wyprawa okazała się zatem bardzo kosztowna i zupełnie niepotrzebna.

* * *

Z Kowna pan Oset wyprowadził oddział trzydziestu konnych, odzianych bogato i dobrze uzbrojonych. Kiedy nadeszło wezwanie od kniazia Witolda, ludzie już byli gotowi. Wyglądało na to, że tej wiosny wojna nie będzie szeregiem potyczek, ale długą, wielką wyprawą, na której kniaź chciał mieć wszystkie podległe sobie oddziały.

Oset ruszał na wojnę ochoczo i śmiał się z ostrzeżeń, jakimi częstował go stary wieszczek, Alaban.

- Pamiętaj, co się zdarzyło przed laty - mówił stary. - Wtedy nikt mnie nie usłuchał i prawie wszyscy wyginęli. Dwie setki kniaziów, nie licząc ogromnych rzesz rycerstwa.

- Nie dwie setki, tylko siedemdziesięciu czterech dokładnie - poprawiał Oset spokojnie. - Macie rację, że była to wielka klęska. Kniaź Witold to wielki wódz, a tym razem jego armia jest nawet silniejsza, no i przeciwnik słabszy.

- Ostrzegałem wtedy, ostrzegam i teraz - upierał się Alaban. - Jeśli pójdziesz na tę wyprawę, żywy nie wrócisz. I co ci po tym, że jesteś teraz wielkim panem, jak za kilka tygodni będziesz trupem?

- Każdemu śmierć pisana - odpowiadał Oset lekko.

- Ale nie teraz! - upominał Alaban. - Nie teraz! Bo przecież przed tobą wielkie zadania do wypełnienia! Wielkie zadania. Chyba o tym nie zapomniałeś?

Oset unikał spełnienia danych obietnic.

- Nie zapomniałem, tylko wy stale mnie powstrzymujecie.

Alaban rzucał kośćmi, wieszczył z ognia i z dymu.

- To zła wyprawa - powtarzał. - A ty nie zapominaj o swoich przysięgach. Gdzie masz zioła, które dostałeś od czarownicy? Wyrzuciłeś? To jak teraz spełnisz zadanie? Co zrobisz, jeżeli któregoś razu zjawi się tutaj i zapyta?

- Tym bardziej powinienem jechać z księciem Witoldem – odparował Oset. - Kiedy czarownica stawi się w Kownie, mnie nie będzie.

Stary prychał i pluł ze złością.

- Głupi jesteś! - syczał. - Myślisz, że dla niej jakakolwiek odległość ma znaczenie? Zechce, to raz-dwa przeleci.

- Może na miotle, co? - żartował Oset niewzruszony. - Nie wiem, czemu cały czas mnie straszycie.

- Nie straszę - spokojnie prostował Alaban. - Przestrzegam.

Oset robił buńczuczną minę, choć czasem myślał o swoich ślubowaniach. Zastanawiał się, czy czarownica z bagien, która niegdyś dała mu zioła, wie, co z nimi ostatecznie zrobił.

- Może i ma ona moc - zgodził się z Alabanem. - Ale chyba nie tak wielką, jak mi to chcecie wmówić. Te jej zioła to przecież zwykły czarny bez.

Kiedy nadeszło wezwanie od kniazia, stary wieszczek sprzeciwił się udziałowi Osta w nadchodzącej wojnie.

- Nie możesz jechać, póki nie spełnisz ślubowań. Albo jedź na zatracenie. Tylko pomyśl, co będzie ze wszystkim innym, gdy polegniesz pod Moskwą.

Oset nie usłuchał ostrzeżeń.

- Po coś was przecież trzymam w Kownie, Alabanie - zauważył kwaśno. - Coś musicie zrobić.

Wieczorem, tuż przed wyjazdem, Alaban zaprowadził Osta na wieżę zamku. Było cicho, zmrok już zapadł, niebo pokrywały ciemne chmury. Raz i drugi przeleciały nad ludźmi ciemne ptaki, w ciszy słychać było tylko łopot ich skrzydeł i szum.

- To znak - oświadczył Alaban. - To jest wyraźny znak dla ciebie.

Oset, który znał przepowiednie Alabana na co dzień, miał o nich dość liche mniemanie.

- To tylko ptaki - powiedział lekceważąco.

Alaban zamruczał niezadowolony.

- Któregoś dnia sparzysz się na tym, niedowiarku! Przecież ci mówię, że to znak. Musisz żyć, bo nadchodzi czas powrotu do Doliny.

Oset wzruszył ramionami.

- Zapomniałem już, gdzie to jest - odburknął. - Zapomniałem i pogrzebałem w myślach wszystkie te miejsca. Kiedy jeszcze chciałem tam wrócić, wy mnie od tego odstręczaliście. Teraz będziecie namawiać na coś przeciwnego?

- Głupiś! - fuknął wieszczek. - Tobie się zdaje, że unikniesz swojego losu? Myślisz, że go oszukasz, tak? Wydaje ci się, że jak wyrzuciłeś zioła do wody, zioła które dała ci czarownica, to już nie obowiązuje cię tajemnica i złożone przysięgi?

Oset był zaskoczony. Wyrzucił zioła daleko od domu, nikt tego nie widział, nikt o tym nie mógł wiedzieć.

- Wyrzuciłem? - powtórzył. - Nie było sposobności ich użyć, ale niczego nie wyrzucałem i gdzieś je chyba mam...

- Kłamiesz - zaprzeczył spokojnie Alaban. - Sam siebie możesz oszukiwać, ale nie ją. Ta wiedźma wszystko widzi i wie. Ona słyszy nawet to, co mówimy tutaj. Więc się lepiej nie upieraj, że zrobiłeś tak, jak jej obiecałeś, bo ona dobrze wie, że jest inaczej.

- Doprawdy? - rozejrzał się Oset. - Poznałem te wasze sztuczki i wiem, kiedy mnie chcecie nastraszyć.

Alaban splunął.

- Co z ciebie za tępak! Latami cię uczę, a ty nie zrozumiałeś nawet podstawowych rzeczy. Czy ty nie masz oczu i uszu, głupcze? Myślisz, że to jest zwykła ragana, zwyczajna czarownica? A jeśli jest to sama Giltine, bogini śmierci? Myślisz, że ot tak wykręcisz się od obietnicy, którą jej dałeś?

- A skąd wiadomo, że to ona?

- Tego nikt nie wie, bo nikt jej przecież nie widział. Albo raczej wielu ją widziało, ale nie może o tym opowiedzieć. To może być Giltine. Tak przynajmniej o niej mówią.

Oset wzdrygnął się.

- Straszycie mnie - powiedział odważnie. - Ale boję się tylko trochę. Nie zabiła mnie od razu, a to chyba znaczy, że czeka, aż wypełnię śluby. Tedy je wypełnię. Choć nie teraz, bo teraz wyruszam na wyprawę. Kiedy jednak z niej wrócę...

- Obiecujesz? – podchwycił Alaban.

- Obiecuję - Oset odwrócił się ku otwartej przestrzeni. - Ale i ona musi spełnić swoją. Chcę sposobu na Roksanę.

Zagrzmiało gdzieś w oddali, spadły pierwsze krople deszczu.

- Wracajmy – powiedział rycerz.

Duży czarny ptak nadleciał z szumem i przysiadł tuż obok, pod okapem, jaki tworzyły zamkowe blanki. Alaban położył rękę na ustach.

- To wysłannik ragany - szepnął.

Oset się nie przeląkł. Przeżegnał się w nadziei, że odgoni niebezpieczeństwo.

- Znowu chcecie mnie straszyć? To tylko kruk, który chciał się schować przed deszczem.

- I wybrał akurat miejsce, gdzie stoisz?

- Tak samo dobre jak inne.

- Więc nie wierzysz?

- Wierzę, ale nie do końca. Skoro ona jest taka mocna, wie, co zrobiłem z ziołami, czemu dotąd nie dała mi żadnego znaku?

- Głupiś! - burczał Alaban. - Zioła to tylko próba. Zwykłe zielsko, które ci dała, żeby cię sprawdzić. Dopiero teraz wzywa do prawdziwego czynu.

Oset gwałtownie podniósł ręce, chcąc spłoszyć ptaka, ale ten nie odleciał. Rycerz rozejrzał się, chwycił pikę i próbował zepchnąć kruka, szturchając go końcem drzewca, ten jednak i tym razem nie pozwolił sobie na lot w ulewę, która rozwinęła się już za murami.

- Czarny bez - mruknął Alaban. - Wszędzie go pełno. Zbierzesz garść, ususzysz, a potem dodasz do ognia.

- Kiedy? - zapytał Oset. - Przecież teraz ruszam na wyprawę.

- Jak wrócisz, głupi. To ostatnia szansa, jaką ona ci daje.

Oset prawie uwierzył, że stary wieszczek rozmawia z ptakiem, bo gdy mówił coś do kruka, ten przechylał głowę, jakby słuchał, a zaraz potem odleciał.

- Powie jej, co obiecałeś - wyjaśnił Alaban.

Oset prychnął.

- Sztuczki! Moimi rękami chcecie wywrzeć nacisk na króla. Przecież te zioła może przy nim spalić ktokolwiek.

- Ragana chce, żebyś to był ty.

Potem powiedział jeszcze, kiedy Oset ma wypełnić swoją misję.

- Zanim spadnie pierwszy śnieg. I wcale nie musisz jechać do króla. On przyjedzie do ciebie. Wtedy spalisz w jego obecności czarny bez.

* * *

Pod koniec października król Władysław Jagiełło i jego stryjeczny brat kniaź litewski Witold przyjechali do Kowna, by w tajemnicy radzić o bliskiej wojnie z Krzyżakami.

- Trzeba znowu wywołać powstanie na Żmudzi - proponował Witold. - To pójdzie łatwo, a potem Żmudzini poproszą o pomoc nie tylko mnie, ale i ciebie.

- Niezła myśl - zgodził się Jagiełło. - I trzeba rzecz tak przeprowadzić, by Krzyżacy nie mogli zarzucić nam, że przemy do orężnego rozstrzygnięcia. Przed całym światem udaję pokojowego króla i tak ma pozostać.

Monarchom towarzyszyły tylko niewielkie orszaki najbardziej zaufanych dworzan i rycerzy.

-To taki dobry czas na wojnę - westchnął król Jagiełło do Mikołaja z Lipowej. - I was, Mikołaju, chciałbym zobaczyć u mego boku.

Lipowski ukłonił się, ale przypomniał, że ślubował nie podnosić broni przeciw chrześcijanom.

- Tedy jej nie podnoś. Ale pokazałeś już wobec pana Sędziwoja z Ludomska, że nie trzeba wznosić oręża, by zwyciężyć. Nie możesz sam uderzyć? Możesz dowodzić innymi, prawda? Takiej przysięgi nie składałeś?

- Nie – potwierdził zapytany.

Król wyraźnie miał przemyślany plan wykorzystania pana z Lipowej i teraz go przedstawił.

- Opowiadałeś o gwardii tureckiego sułtana. O tym, że jest groźna i może stanąć nawet przeciw jeździe zachodniego rycerstwa. Nam też przydaliby się podobny oddział. Może mógłbyś, panie Mikołaju, znaleźć takich ludzi, wyszkolić ich, by wykorzystać w boju. Idzie wojna. Idzie wielka wojna. Za kilka miesięcy, zaraz wiosną albo trochę później zewrzemy się z Zakonem. To nieuniknione. Może będziesz do tego czasu mógł zgromadzić odpowiednich ludzi i wyszkolić oddział. Taki, jak mają Czesi albo Niemcy. Brakuje nam podobnych hufców, karnych, dobrze wyćwiczonych. Nie wiem tylko, gdzie miałbyś szukać owych zbrojnych, skoro tutaj każdy rycerz to pan, władyka, szlachcic i prawie król.

- Znajdę odpowiednich – obiecał Mikołaj. – Jeśli dacie mi swoje przyzwolenie, żebym ich szukał wszędzie i ćwiczył po swojemu.

Jeszcze nie wiedział dokładnie, co zrobi.

- Dobrze - uśmiechnął się król. - Masz moje pozwolenie i mój rozkaz.

I zaraz dodał:

- Na wiosnę niech będą gotowi. Niech będą gotowi, Mikołaju!

* * *

Tej jesieni w Kownie król polski Władysław Jagiełło skakał przez ognisko. W tę i z powrotem. W tę i z powrotem. Za nim przez ogień skakał kniaź litewski Witold. Za monarchami zaś namiestnik Oset i kilku innych.

 

- Kto mówi, że zdziadziałem? - pytał monarcha nieco zadyszany. - Skoczyłem dalej niż ty, Oset.

- Bo was, miłościwy panie, niesie dostojeństwo - odparował zapytany. - Ja jestem tylko zwykłym człowiekiem.

Wieczorem Jagiełło zwrócił się do namiestnika:

- Powinienem ci podziękować za tę próbę, Oset. Nie zaszkodzi, żeby ludzie zobaczyli, że ich król nie jest bezsilnym starcem. Skąd ci przyszedł do głowy taki dobry pomysł?

- To właściwie stara zabawa - odparł Oset skromnie. - Zawsze chciałem was zobaczyć skaczącego przez ogień. To i zobaczyłem.

Wieszczek Alaban ucieszył się otrzymanych wieści.

- Nareszcie! - zamruczał. - Już myślałem, że nigdy się na to nie zdobędziesz. Ale teraz możesz uważać swój ślub za wypełniony. Król skakał przez ogień, jak sobie życzyła ragana. Święty dym owionął króla. Jogajła pójdzie na wojnę przeciw innym chrześcijanom. Będą się zabijać w imię krzyża, a z korzyścią dla starych bogów.

- Możesz jej powtórzyć, że spełniłem śluby – zażądał Oset. - Teraz kolej na nią. Poślij kogoś, żeby jej to powtórzył.

- Nie trzeba posyłać - wykrzywił usta Alaban. - Ona już wie.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?
Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»