Saga rodu z Lipowej: Moc przeciw mocyТекст

Из серии: Saga rodu z Lipowej #21
0
Отзывы
Читать фрагмент
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 21: Moc przeciw mocy

Saga

Saga rodu z Lipowej 21: Moc przeciw mocyZdjęcie na okładce: ShutterstockCopyright © 2002, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA EgmontWszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726167016

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

CIEŚLA PIETRASZ

Grudzień 1402

- Bardzo dobrze! – chwaliła Hedwiga. – Bardzo dobrze!

Już po kilku tygodniach było wiadomo, że cieśla Pietrasz na dłużej zostanie w Lipowej. Jego umiejętności zachwyciły wszystkich, a wkrótce okazało się, że nie można się bez niego obejść.

Najpierw Pietrasz zrobił okiennice. Jeszcze zeszłego roku Hedwiga kazała wybić większe okna we dworze, żeby wpuścić do budynków więcej światła. Teraz Pietrasz rzetelnie wykonał, o co go poproszono, a robota była wykonana solidnie i dokładnie. Okiennice były nie tylko mocne i trwałe, ale także pięknie zdobione, bo cieśla objawił swoje zdolności snycerskie.

Potem wziął się do innych zadań i po kilku tygodniach było widać, jak bardzo zmienił się dwór. Wszędzie błyskało nowe jasne drewno, a sąsiedzi nie mogli się nachwalić pracowitości Pietrasza.

Kiedy na święta Bożego Narodzenia zrobił jeszcze z drewnianych odpadków wiele rozmaitych zabawek, stało się oczywiste, że ma we dworze utrzymanie na czas dłuższy. Wieści o zdolnym rzemieślniku rozeszły się szybko, przy różnych okazjach podziwiano jego prace, więc mieszkańcy Potoka, Wygody, Dębowca i wielu innych dworów zapragnęli zatrudnić go u siebie.

Najęty jako dworski pachołek Pietrasz nie musiał już robić niczego innego, nie wykorzystywano go do żadnych dodatkowych zajęć. Początkowo, kiedy Hedwiga zabrała go z drogi, obarczyła też licznymi obowiązkami, ale tylko do chwili, kiedy dostrzegła jego talent. W Lipowej pracy nie brakowało, bo Hedwiga podczas nieobecności chłopców rzuciła się w wir zajęć gospodarskich i nie mogła usiedzieć na miejscu. Tu umiejętności Pietrasza okazały się nieocenione.

Był też chętny do prac w innych dworach. Pani Marinie z Potoka brakło słów uznania, a pan Tobiasz z Wygody był wprost zachwycony. Siekierą, dłutami i młotkiem Pietrasz umiał dokonywać cudów.

Był człowiekiem uprawiającym zawód, do którego nie miał pełnych praw, ale pan z Wygody obiecał pomóc w załatwieniu niezbędnych formalności.

– Taki zdolny cieśla, toż to skarb dla całej Doliny – powtarzał.

Pietrasz uśmiechał się tylko i przypominał Hedwidze:

– Mówiłem, że znam się na ciesielce.

* * *

Hedwiga tęskniła do synów, choć minęło dopiero kilka tygodni od czasu, gdy opuścili rodzinny dom. Marcin przebywał na królewskim dworze, Mateusz uczył się w Akademii Krakowskiej. Spodziewała się bliźniaków dopiero na wiosnę i z niepokojem myślała o nadchodzących świętach Bożego Narodzenia, które po raz pierwszy miała obchodzić sama.

Zaproszono ją oczywiście na Gody do teściowej, do Krasawy, ale przemyśliwała, jak się od tego wykręcić. Pani Alena ostatnio tylko narzekała, a Hedwiga nie miała ochoty po raz kolejny wysłuchiwać jej żalów.

Martwiła się jednak świętami jedynie w towarzystwie stałych domowników i księdza Franciszka, kiedy nieoczekiwanie spotkała ją przyjemna niespodzianka.

Tuż przed świętami, w mroźny śnieżny dzień przyjechała do Lipowej pani Roksana z Dębowca i z płaczem rzuciła się Hedwidze na szyję.

– Pogódźmy się – wyszlochała. – Jestem strasznie głupia, że tak długo pozwalałam sobie gniewać się na ciebie.

Hedwiga, która miała żal do dawnej przyjaciółki, że bez słowa opuściła Lipową, niczego nie tłumacząc, a potem unikała spotkania i rozmowy, teraz, samotna i opuszczona przyjęła ją z otwartymi ramionami.

– Tęskniłam do ciebie, Roksano – przyznała się.

– I ja do ciebie.

Wypłakały się obie, a potem poszły do izby, gdzie długo rozmawiały, tłumacząc nieporozumienia. Roksana prosiła o wybaczenie i cała winę brała na siebie.

– I ja nie jestem bez winy – mówiła Hedwiga.

– Ale to ja odjechałam jak jaka niewdzięcznica.

Po całonocnej rozmowie zaprzysięgły sobie dalszą przyjaźń, silną i nie do rozerwania. Roksana płakała z radości, ciesząc się z zaproszenia do Lipowej na święta, a Hedwiga radowała się, że będzie jak dawniej – serdecznie, miło i wesoło. Obiecywały sobie liczne i długie opowiadania i zwierzenia.

Patronował tym układom ksiądz Franciszek Skórka, najbliższy powiernik Hedwigi i jej spowiednik. Nie bardzo lubił Roksanę, ale ucieszył się z ożywienia podopiecznej, której nagle wróciła radość życia i dawna wesołość.

– Taką was tutaj wszyscy kochamy – zawołał. – Roześmianą i radosną.

– I znowu taka będę – odpowiedziała Hedwiga, rzucając się w wir świątecznych przygotowań.

Nagle bowiem zmieniła plany i postanowiła, że święta będą jak najbardziej wystawne.

– A pewnie – zgodził się ksiądz Franciszek. – Nie ma większej radości jak ta z narodzin Naszego Pana.

Przy wigilijnym stole w Lipowej, obfitym i dostatnim, zasiedli domownicy dworu a także cieśla Pietrasz. Wszyscy bawili się znakomicie, bo niespodziewanej rozrywki dostarczył obecnym niejaki Gil, wędrowny grajek i opowiadacz, o ładnym głosie i pięknie wtórujący sobie na lutni. Grał wesołe piosenki i raczył obecnych pociesznymi historyjkami, ale w miarę jak pociągał z dzbanka, jego pieśni stawały się rzewne i coraz smutniejsze.

Tylko Pietrasz z nieznanych powodów nie czuł się tu najlepiej, kręcił się, ledwo odburkiwał na pytania, a potem pierwszy odszedł, wymawiając się lichym samopoczuciem. Jego zachowanie nie wzbudziło niepokoju Hedwigi, bo była zajęta Roksaną, z którą ciągle miały wiele do omówienia.

Późnym wieczorem zostali w świetlicy we czworo – obie niewiasty, ksiądz Franciszek i siedzący przed ogniem dobrze podpity, Gil.

– No owszem – mówiła Roksana do przyjaciółki. – Jan ze Szczekocin chodzi za mną jak pies, przynosi mi podarunki i śmiesznie przewraca oczami. Tak mnie prosi, tak za mną wzdycha, że już zupełnie nie wiem, co robić. Przecież jest dla mnie za stary...

Hedwiga odwzajemniła się przyjaciółce opowiadaniem o panu Sędziwoju z Ludomska, co to zakochał się w niej na krakowskim dworze i wyznaczył nawet czas na ostateczne postanowienie, czy zechce oddać mu swoją rękę. Zwierzała się ze swoich myśli i oporów, a Roksana życzliwie podpowiadała jej rozwiązanie.

– Chyba powinnaś się zgodzić – mówiła. – Nikt ci tego nie weźmie za złe. Przecież jeszcze rok czy dwa, a obie będziemy za stare, żeby myśleć o zamążpójściu.

Hedwiga nie była przekonana, znajdowała rozmaite wymówki i przeszkody, które Roksanie nie wydawały się jednak nie do przezwyciężenia.

– To twoje życie – przekonywała. – Zostałaś tu sama jak palec, kiedy chłopcy poszli w świat. Lada chwila założą własne rodziny, a ty gdzie będziesz szukała kąta dla siebie? Czy nie lepiej pomyśleć o wszystkim zawczasu? Sędziwoj możny pan, przy jego boku niczego ci nie zabraknie i nikogo nie będziesz musiała prosić o łaskę. A z twoją teściową powinnaś porozmawiać, bo tak czy inaczej, to cię nie minie.

Hedwiga kiwała głową, bo niektóre argumenty do niej przemawiały, ale rozpłakała się nagle. Grajek Gil, mocno już pijany gościnnym winem, zaczął śpiewać pieśń o wielkiej wyprawie przeciw Turkom i o śmierci chrześcijańskich bohaterów. Hedwiga pomyślała o Mikołaju, który przed sześciu laty pociągnął na tę wyprawę i nie mogła powstrzymać się od szlochu.

Ksiądz Franciszek ocknął się na swoim miejscu i zobaczywszy, co się dzieje, natychmiast nakazał grajkowi zamilknąć. Roksana objęła przyjaciółkę.

– Ciicho... – przekonywała łagodnie. – To tylko pieśń. Połóż się lepiej, odpocznij. Jutro rano, gdy zaświeci słońce, znowu zobaczysz świat jasny i piękny.

Kiedy ksiądz Franciszek poszedł już do siebie, grajek Gil spał w kącie, a Hedwiga popłakiwała w swoim wielkim pustym łożu, pani Roksana rozmawiała w stodole z cieślą Pietraszem.

– Czy zapomniałeś, przed czym cię ostrzegałam? – pytała, wyciągniętym palcem szturchając go w pierś. – Czy nie obieca¬łeś, że nie pokażesz się przed czasem?

Pietrasz jak ognia bał się pani Roksany, ale nie był już dawnym Pietraszem, jakiego przed trzema laty uratowała od szubienicy i wyciągnęła z więzienia w Chęcinach.

Dziś wiedział już jak postąpić. Nawet, jak bronić się przed tą niebezpieczną kobietą. Miał czas, żeby sobie wszystko dokładnie przemyśleć. A z przemyśleń tych wynikało, że jest częścią cudzych planów. Z tego zaś wyprowadził wniosek, że jako taki może zostać porzucony a nawet zabity. Szukał ratunku i zabezpieczenia. To mogła mu zapewnić tylko pani Elżbietka, córka starosty Jeno. Można pani, jego przypadkowa kochanka, a zarazem matka jego dziecka.

Cofnął się teraz przed Roksaną, ale nie ustąpił.

– Nic mi nie możecie zrobić – odparł hardo. – Bo już wszystko wiem. Czego się nie domyśliłem, dowiedziałem się od Elżbietki. Znany mi jest wasz udział w tej sprawie. Wiem o was, o pani Elżbietce, o jej mężu i o jej dziecku też.

– Milcz! – przerwała mu. – Milcz, jeśli nie chcesz stracić tego głupiego łba.

– Będę milczał, jak godziwie zapłacicie – odpowiedział zuchowato. – I to znacznie więcej niż do tej pory. Po to do was szedłem, kiedy pani Hedwiga wzięła mnie do siebie, ułatwiając całą sprawę. Musicie zapłacić, bo inaczej wszystkim rozpowiem, kto jest ojcem małego Piotrusia i jak się to stało.

 

– Głupiś! – powiedziała zła. – Za wiele sobie wyobrażasz. Może myślisz, że ktokolwiek ci uwierzy? Nawet gdyby, to gdzie masz dowody? Widział cię ktoś w alkowie Elżbietki poza mną?

Pogroziła palcem.

– Wystarczy jedno moje słowo – mruknęła. – Tylko jedno, a przestaniesz istnieć. Zaraz, natychmiast. I nikt nie zapłacze nad twoim losem i nie pochyli się nad twoją mogiłą. Chcesz zachować swoje marne życie, milcz i słuchaj. Kacpra Łapę pamiętasz jeszcze? Czy może zapomniałeś, że łeb ci mieli uciąć?

Pietrasz zacisnął pięści.

– A jak was nie posłucham?

Pani Roksana uśmiechnęła się.

– Jesteś nikim, mój chłopcze. Jeśli zawołam teraz służbę i powiem, że mnie napastowałeś, to co się stanie? Będą cię pytali o zdanie czy może od razu zawiśniesz na gałęzi?

Głośno przełknął ślinę.

– Nie zrobicie tego, bo... bo jestem wam potrzebny.

Bał się, ale próbował wytargować jak najwięcej.

– Skoro potrzebujecie, nie zechcecie się mnie pozbyć!

Zaśmiała się, a jemu mróz przeszedł po plecach.

– Doprawdy? – zapytała. – Jesteś mi potrzebny? A jeśli zmienię zdanie?

Drżał widząc złe, zimne błyski w jej oczach i po raz nie wiadomo który przeklinał tę kobietę. Nie zawołała jednak nikogo.

– Chcę ci dać jeszcze ostatnią szansę – wycedziła przez zęby. – Bo dotąd zachowywałeś się nawet nie najgłupiej. Myślisz, że nie wiem, kiedy i gdzie spotykasz się z Elżbietką? Nie przeszkadzałam, bo sama mnie o to prosiła. Nie wtrącałam się, bo odpowiada to moim zamiarom. I dalej może być nie gorzej, je¬śli okażesz się mądry i posłuszny. Zarobisz dużo więcej i może całkiem znośnie ułożysz sobie przyszłość. Ale tylko pod moimi rozkazami, pamiętaj. Bo to ja rozstrzygam tutaj o wszystkich sprawach. Ja rządzę dworami w Dolinie. A ty musisz być posłuszny i trzymać język za zębami. Nie będziesz żałował, twoje życie może być całkiem wygodne i dostatnie. Tylko o jednym musisz pamiętać. Że to ode mnie otrzymujesz rozkazy i niczego nie robisz bez mojej wiedzy. Zrozumiałeś?

– A co będę miał w zamian? – zapytał.

Zaśmiała się.

– Elżbietkę – odpowiedziała lekko. – I nie tak, jak teraz, po kryjomu. Jawnie, przy wszystkich.

Zachłysnął się taką możliwością.

– Przysięgam, że będę posłuszny – obiecał natychmiast.

ŻONA KONRADA

Luty 1403

Piotruś, syn Konrada, skończył właśnie dwa lata. Był rumiany, chował się dobrze, był zdrowy i wesoły. Elżbietka bardzo o niego dbała, długo karmiła go sama, potem poświęcała mu wiele czasu, niechętnie zdając się na niańki i służbę.

– Pierworodny – mówiła na uwagi swojej matki. – Muszę o niego się troszczyć.

W święto Matki Boskiej Gromnicznej, kiedy pan Konrad wybierał się do kościoła, mały Piotruś towarzyszył mu, ubrany w kożuszek i spiczastą czapkę. Był piękny, okrągły, z twarzą okoloną jasnymi, nieco kręcącymi się włosami.

– Włosy ma pewnie po dziadku – mówiła służba. – A kręcą mu się po ojcu.

Bo ojciec dziecka, pan Konrad ze Szczekocin, miał włosy ciemne, które układały się w piękne okrągłe loki.

Konrad czuł dumę z syna, chłopak pięknie się chował, był taki udany i bystry. Piotruś odpłacał mu głębokim przywiązaniem, ufnym spojrzeniem oczu i Konrad zrobiłby absolutnie wszystko, żeby tylko zadowolić chłopca.

Z upływem czasu, w miarę jak Piotruś rósł, Konrad zapomniał prawie, że to nie on jest ojcem a jakiś nieznany włóczęga, po którym wszelki ślad zaginął.

Elżbietka nie zapomniała. Nienawidziła teraz męża i pogardzała nim. Nocami marzyła o człowieku imieniem Pietrasz i żeby znowu wziął ją w ramiona. Konrad dzielił z nią alkowę, ale nie dzielił łoża, a rzadko kiedy stół.

– Chciałeś się żenić, to się ożeniłeś – burczała na męża. – Niczego więcej się nie spodziewaj.

– Ale obiecałaś...

– Obiecałam posłuszeństwo i dotrzymuję słowa – wydymała wargi.

Od kiedy dowiedziała się od Roksany, że dziecko poczꬳo się w niej za zgodą męża i jego ojca, dokuczała Konradowi na każdym kroku, choć nie odważyłaby się powiedzieć czegoś podobnego przy obcych. Sprawa poczęcia Piotrusia należała do głęboko skrywanych tajemnic, wiedziało o niej jedynie kilka osób.

– Leżysz tu i żadnego z ciebie nie ma pożytku – narzekała na męża. – Lata płyną, a ty wcale nie nauczyłeś się tego, co powinni umieć mężczyźni.

Konrad milczał, bo na takie zarzuty nie miał odpowiedzi. Z czasem wymyślił sobie, że najważniejsze jest to, co jest. Ma syna, następcę i dziedzica. Elżbietka nie była zadowolona z takiego widzenia spraw i dokuczała mężowi także z tego powodu, bo choć czasami doceniała jego staranie o małego Piotra, z trudem znosiła męża przy swoim boku.

– Nie masz to jakiego zajęcia we wsi albo na jarmarku? – pytała i prawie siłą wypędzała go poza Krasawę.

Sama powoli przejmowała rządy w majątku, bo matka od zeszłego roku chorowała na nogi i prawie nie wychodziła spod dachu, a ojciec stale bawił na wojnach i dalekich wyprawach, gdzie go wysyłał król Jagiełło.

Za cichą zgodą matki Elżbietka miała więc coraz więcej władzy nad majątkiem, bo choć pani Alena nadal próbowała roztaczać opiekę nad córką, to z powodu zmniejszonej ruchliwo¬ści opieka ta była coraz mniej szczelna i coraz częściej tylko się wydawało pani Alenie, że zarządza własnym dworem. Elżbietka niby o wszystko się matki pytała, niby we wszystkim się jej radziła, ale postępowała wedle własnego uznania. Pan Jeno chwalił zresztą zarządzenia córki i usprawiedliwiał ją przed żoną.

– Niech się uczy – powtarzał przy każdej okazji. – Nie możemy liczyć na Konrada, a majątku nie sposób utrzymać bez twardej ręki. Gdyby żył Mikołaj, może inaczej potoczyłyby się sprawy, ale skoro go nie ma, nie może inaczej być.

Dla obcych, dla gości, Konrad był oczywiście mężem Elżbietki, ojcem Piotrusia, przyszłym właścicielem i dziedzicem Krasawy. Ale tylko dla nich. Dla Elżbietki stanowił niepotrzebny dodatek w jej dworze. Po trzech latach małżeństwa niepodzielnie rządziła wszystkim. Konrad kochał syna, ale Elżbietka i te kontakty starała się ograniczać, bo to był jeden ze sposobów jej panowania nad mꬿem.

– Syn jest mój – powtarzała. – To nie ulega wątpliwości, czego nie da się powiedzieć o twoim ojcostwie.

Konrad zaciskał zęby, znosząc przymówki żony, wszelkie przykrości, jakie mu robiła, jej uwagi i zniewagi. Słuchał w milczeniu, nawet gdy drwiła z jego męskości, wyśmiewała jego umiejętności.

– Wielki mi rycerz! – mówiła – A pojęcia nie ma, do czego służy niewiasta!

– Może ci podesłać jaką dziewkę z czeladnej? – pytała, niby zatroskana, gdy wrócił listopadowego wieczora przemarznięty na kość. – Ale czy będziesz umiał tak zrobić, żeby cię rozgrzała?

Znosił wszystko pokornie i potulnie.

Obruszał się i wpadał w furię dopiero, gdy podawała w wątpliwość jego uczucia do syna.

– Kochasz go? – drwiła? – A to jakim sposobem? Przecież on nie twój. To nie jest twoja krew. To syn prawdziwego mężczyzny, który umie kochać. Boże, jak mnie kochał, jak mnie kochał! Jak krzyczałam po nocy!

Wtedy się złościł, a ona widząc, że takie uwagi go ranią, tym chętniej je wygłaszała.

– Też mi ojciec! – kpiła.

Konrad marzył, że kiedyś odkryje, kim jest ów człowiek, jak wygląda, jak się nazywa, gdzie przebywa, a wtedy pojedzie tam i zabije zdrajcę. Może sam, może kogoś wynajmie. Wszystko jedno. Zabije go, a potem przyjedzie i powie żonie: teraz tylko ja jestem ojcem małego Piotrusia. Tylko ja jeden. Bo tamtego już nie ma.

Ale nie wiedział, jak zabrać się do zemsty. Był słaby i samotny.

Ojcu nie odważyłby się nawet wspomnieć o swoich myślach, bo ojciec zawsze trzymał stronę Elżbietki.

– Ciesz się z tego, co masz – powtarzał Jan ze Szczekocin, kiedy czasem się widywali. – Czego ty jeszcze chcesz więcej? Masz udanego dziedzica, masz piękny majątek. Bogu ci tylko dziękować za tyle łask.

Konrad jednak nie przestawał marzyć o zemście. Sam nie potrafił określić swoich uczuć do żony. Nie przyszłoby mu do głowy nazwać ich nienawiścią, ale to była nienawiść. Tym silniejsza, im większa była jego miłość do dziecka.

Teraz Piotruś miał dwa lata i jechał z ojcem do kościoła. Był dzień Matki Bożej Gromnicznej.

Tłum zebrał się w świątyni, a po nabożeństwie stał przed ko¬ściołem, nie spiesząc się wcale do domu, bo była to dobra sposobność do pokazania się i zobaczenia innych. Tylko ci, co mieli najbliżej, już pobiegli do siebie z zapalonymi świecami. Chcieli światło gromnicznej zanieść szybko pod swój dach, aby chroni¬ło przed pożarami i nieszczęściami.

Konrad prężył się obok sań, a w saniach stał Piotruś w swoim nowym ubranku i ojciec z dumą przedstawiał syna światu.

Było co pokazać. Wszyscy mówili: jaki piękny chłopak, jaką ma postawę, a podobno jest też bardzo rozmowny i wdzięczny. Konrad czekał na Hedwigę z Lipowej. Teściowa, która od tygodnia czuła się gorzej, nakazała mu, żeby zawiadomił o tym synową i poprosił, by przyjechała w odwiedziny.

Hedwiga właśnie rozmawiała z Roksaną z Dębowca i dopiero po chwili obie podeszły do sań Konrada, głośno witając się z nim i z małym Piotrusiem.

– Pani Alena prosi, byście ją odwiedzili – powiadomił Konrad.

– Gorzej się czuje? – zaniepokoiła się Hedwiga.

– Słabuje na nogi. Znowu się jej pogorszyło.

– Przyjadę jak najprędzej – obiecała.

Czasami robiła teściowej okłady, bo Alena twierdziła, że te najbardziej jej pomagają.

– Liczyłam, że spotkam was tutaj, Konradzie – powiedziała Hedwiga.

Gestem wezwała służącego ze swoich sań.

– Mam coś dla ciebie, Piotrusiu – uśmiechnęła się do dziecka, które odpowiedziało roześmianą miną. – Może to niewła¬ściwa chwila, ale zabawka jest taka piękna, że naprawdę szkoda byłoby z nią czekać.

Piotruś zaniemówił, jego wielkie oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. Zabawką był drewniany konik. Prawdziwy koń, czteronogi, z grzywą, ogonem, wyrzeźbiony z jasnego kawałka drewna, a tak piękny i zmyślny, że zginały mu się nogi w kolanach.

– I co? – śmiała się Hedwiga. – Podoba ci się?

Piotruś piszczał zadowolony, a Konrad dziękował w swoim i syna imieniu.

– To Pietrasz – powiedziała Hedwiga. – Ten cieśla, co jest u mnie od paru miesięcy. Prawda, że to zupełnie niezwykły rzemieślnik?

– Bardzo zmyślny – przyznała Roksana.

W domu Piotruś pobiegł zaraz do wszystkich, żeby pokazać podarunek. Jego babce, pani Alenie, drewniana zabawka nagle coś przypomniała. Bardzo, bardzo dawne czasy, kiedy była dzieckiem i miała drewnianą kaczkę. A Jeno, jej mąż od tylu lat, był wtedy tylko młodziutkim chłopcem, którego oddano do terminu do kuźni...

Pani Alena rozpłakała się.

– Piękny – przyznała. – Ten Pietrasz to rzeczywiście wielce zdolny chłopak. Muszę i ja poprosić Hedwigę, żeby przysłała go do nas. Niemało to rzeczy jest do naprawy i w naszym dworze.

Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»