Saga rodu z Lipowej: KrzyżowcyТекст

Из серии: Saga rodu z Lipowej #17
0
Отзывы
Читать фрагмент
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 17: Krzyżowcy

Saga

Saga rodu z Lipowej 17: Krzyżowcy Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2002, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726166972

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ZŁODZIEJASZEK

Złodziejaszka przyłapano na jarmarku w Holsztynie, po tym jak odciął sakiewkę jednemu z cudzoziemskich kupców. Próbował uciekać, ale strażnicy schwytali go łatwo, bo w miejscu, gdzie gromadziły się tłumy i nigdy nie brakowało obwiesiów gotowych wzbogacić się na cudzej krzywdzie, nie brakowało też miejskich pachołków. Nieznajomego, dość nędznie ubranego podrostka, przyprowadzono przed oblicze starosty i rzucono na ziemię. Darł się wniebogłosy i domagał sprawiedliwości.

– Zostawcie mnie! – szarpał się. – Nie macie prawa mnie zatrzymać, podlegam tylko kościelnej jurysdykcji.

Nosił strój podobny do habitu, a na głowie miał skórzaną czapkę, ciasno przylegającą do głowy.

– Władza świecka nic do mnie nie ma! – upierał się. – Nie ruszajcie mnie, jeśli nie chcecie narazić się na klątwę samego pana biskupa!

Jeno z Krasawy dał znak, żeby strażnicy uciszyli więźnia i kiedy dali mu parę kuksańców, ten zamilkł. Jeden z żołnierzy obmacał ubranie chłopaka i znalazł w zanadrzu wyszywaną sakiewkę ze skóry.

– To twoje? – zapytał pan Jeno.

– A pewnie! Mówiłem, poniechajcie mnie!

– Co jest w środku?

– No, wiadomo – odpowiedział zuchowato.

– Skoro twoje, to wiesz, ile i w jakim pieniądzu.

Chłopak zawahał się, a pan Jeno nabrał pewności, że ma przed sobą jarmarcznego złodzieja. Kazał zdjąć czapkę z głowy leżącego i wszyscy mogli zobaczyć, że ten nie ma lewego ucha. Najwyraźniej już wcześniej przyłapano go na kradzieży.

Starosta skinął ku swoim.

– Na razie zamknąć w jamie – polecił. – Porozmawiam z nim później. Po drodze dajcie mu ze dwadzieścia rózeg, żeby się nie stawiał i był bardziej rozmowny.

– Litości! – wrzasnął chłopak.

– Zamknijcie – powtórzył Jeno. – I przygotujcie narzędzia, które będą potrzebne do badań. Muszę się dowiedzieć, gdzie ukrywa się zbój Jaksa, a ten tu złodziejaszek do niego zaprowadzi.

Chłopak wyrwał się strażnikom i przypadł do nóg starosty.

– Litości, panie! – wołał. – Tylko nie żelazem! Wszystko powiem, do wszystkiego się przyznam! Tylko nie żelazem!

– Nie jesteś mnichem?

– Nie.

– Ani scholarem, który podpada pod kościelne prawo?

– Nie.

– Zatem kim?

– Jestem Nikosz, syn bednarza Krzyżana.

– Kradłeś? I za to obcięto ci ucho?

– Tak, panie. Ale to pomyłka. Bo ja tylko pomagałem innym. Tylko pomagałem!

Pan Jeno zmarszczył brwi.

– Komu?

Chłopak zawahał się. Widać było, że się boi.

– No! – ponaglił starosta.

– Jaksie – wydukał chłopak.

Zamilkli. W ostatnich miesiącach w okolicy zdarzyło się kilka szkaradnych zbrodni. Obwiniano o nie Jaksę, groźnego rozbójnika, którego większość ludzi starosta już był pojmał i ukarał. Z całej, licznej niegdyś, zbójeckiej gromady uratował się tylko jej herszt.

– Zmiłujcie się! – błagał chłopak. – Ja tylko pomagałem.

Pan Jeno podszedł i pochylił się nad leżącym.

– Nikosz, tak? – zapytał groźnie. – Pomagałeś tylko? I za to też jest kara. Chyba, że pomożesz schwytać tamtego.

– Pomogę, panie! – zapewnił szybko wyrostek. – Pomogę.

– Gdzie on się ukrywa?

– Niedaleko, panie. Ma kryjówkę koło Mstowa. Zaprowadzę.

Pan Jeno podniósł brwi.

– Koło Mstowa? Byłeś tam? I może to ty zbójowałeś w zeszłym tygodniu koło Miłosnej Skały?

– Nie ja, panie! – krzyczał Nikosz. – To Jaksa.

– Jaksa zabił? Wiesz to?

– Tak, panie.

– Dla rabunku?

– Tak.

– Niewiastę?

– Tak.

– I jej dzieci?

– Tak.

Pan Jeno skinął, żeby zabrano więźnia.

– Tylko pilnować bacznie – polecił. – Nie może ujść królewskiej sprawiedliwości tak szkaradna zbrodnia.

ELŻBIETKA

Lato 1396

Tego lata jedyna córka pana Jeno z Krasawy i pani Aleny skończy¬ła dwanaście lat i osiągnęła pełnoletność.

Elżbietka wyrosła na piękną pannę, a że była też niegłupia i posażna, chętnych do jej ręki nie brakowało. Z wyglądu bardzo przypominała matkę. Podobnie jak pani Alena jasnowłosa, wysoka i wyprostowana, dumnie nosiła głowę, będąc jednak w obejściu miłą, uśmiechniętą, wcale niesurową i niedostępną, jak to mogło wyglądać na pierwszy rzut oka.

Lubiła się stroić, kochała klejnoty, suknie i błyskotki. Dobrze jeździła konno, ale jej matka, choć sama w młodości przepadała za uganianiem się po wzgórzach, córce wzbraniała tej rozrywki, uważając, że nie przystoi ona młodej pannie, poważnej już i gotowej do zam꬜cia.

Pan Jeno upatrywał kandydata na męża córki wśród bogatych synów swoich przyjaciół i od dłuższego już czasu czynił starania, żeby przystała na jego rady. Elżbietka z uwagą słuchała ojca, zachwalającego zalety któregoś z młodych ludzi, ale gdy pytał, co o tym sądzi, unikała jego wzroku.

– Sama nie wiem, ojcze – odpowiedziała wykrętnie. – Jakoś jeszcze nie myślałam o małżeństwie. Mam przecież dopiero dwanaście lat...

– Nie każę ci iść za mąż już teraz. Ale może warto wybrać kogoś dla siebie. Mam przecież swoje lata, a chciałbym jeszcze zatańczyć na twoim weselu.

– Co też mówicie! – oburzyła się Elżbietka. – Jesteście w pełni sił i nawet żartować tak nie powinniście.

Jeno z Krasawy miał dobrze ponad pięćdziesiąt lat, ale trzymał się prosto, był nadal nadzwyczaj silny i nie dokuczały mu żadne choroby. Wielu mężczyzn w jego wieku uważało się już za starców, lecz nie on, który stale był w ruchu i w domu rzadko zagrzewał miejsce.

– Nikt nie może być pewny swojej godziny – westchnął teraz.

Konrad ze Szczekocin herbu Odrowąż wydawał się bardzo dobrą partią. Był pięknym, ciemnowłosym młodzieńcem, do którego wzdychało wiele panien w całym kraju. Zgrabnej postury, ładnie się uśmiechał, a w jego czarnych oczach czaiło się coś, co wprost zniewalało niewiasty. Wystarczyło, że spojrzał, że powiedział słów parę swoim głębokim niskim głosem, a omdlewały prawie w nadziei, że to właśnie do nich przemówi jego serce.

Konrad ujrzał Elżbietkę w kościele świętego Marcina i zakochał się od pierwszego wejrzenia w jej jasnych, roześmianych oczach. Przez całe nabożeństwo popatrywał na lewą stronę świątyni, gdzie stała pośród innych niewiast, i zapominał przyklęknąć kiedy trzeba, a to zachowanie zostało oczywiście natychmiast zauważone.

Elżbietka wróciła z matką do domu, w ogóle nie wiedząc, co dzia¬ło się w jego duszy, bo ona nic nie poczuła na widok młodego rycerza. Konrad był piękny, dostojny i wspaniały, to prawda, ale serce Elżbietki nie odpowiedziało na jego wezwanie.

– Młodego Konrada jakby piorun trafił – zauważyła pani Alena. – Całą mszę nie odrywał oczu od naszej córki.

Pan Jeno był zadowolony, bo w planach wydania córki brał pod uwagę i osobę Konrada. Młodszy syn Jana ze Szczekocin był bogatym rycerzem, należącym do najbliższego otoczenia króla i posiadał wielkie włości. Konrad miał wszystkie zalety swojego rodu – bogactwo, dobrą sławę i przyszłość. Mógłby szukać żony w lepszych sferach, ale upodobał sobie Elżbietkę z Lipowej i jeszcze tego samego dnia postanowił, że ożeni się tylko z nią – albo z nikim innym.

Elżbietka nic o tym nie wiedziała.

– Niczego nie zauważyłam – przyznała się matce. – Powiadacie, że mi się przyglądał?

– Cały czas – uśmiechała się pani Alena. – To wielki pan, inne panny mogą tylko marzyć o tym, co zdarzyło się tobie, moje dziecko.

Elżbietce nawet się spodobało zainteresowanie Konrada, szczególnie po tym, jak dowiedziała się, że zazdroszczono jej powszechnie, ale niczego sobie po takim zachowaniu nie obiecywała. Jakby zupełnie nie zależało jej na paniczu ze Szczekocin.

– Mam jeszcze czas – mówiła wykrętnie. – Chyba nie muszę po¬ślubić pierwszego, który miałby ochotę żenić się ze mną.

– Ten nie jest pierwszy lepszy – zauważyła pani Alena. – To syn Jana ze Szczekocin, wielki pan i rycerz. Pogratulować takiego kandydata.

Pani Alena wydawała się mocno przywiązana do myśli, że wyda Elżbietkę za Konrada i z chęcią rozmawiała o tych planach. A wszyscy mówili o takich zamiarach dobrze, z radością lub zazdrością. Szczególnie po kilku dniach, kiedy pan Konrad pojawił się w Krasawie, potwierdzając swoje zainteresowanie.

Przyjechał w towarzystwie giermka i służby, dostojny, pięknie ubrany. Na dziedzińcu zapytał o pana Jeno, któremu miał jakoby przekazać ważne wieści. Starosta był akurat nieobecny i to pani Alena wyszła na powitanie gościa. Konrad kłaniał się nisko, niezręcznie przepraszał, że przyjeżdża niezapowiedziany i odetchnął z wyraźną ulgą, gdy pani Alena powitała go serdecznie i zaprosi¬ła do domu.

– Jesteśmy wam wielce radzi, panie Konradzie – zapewniała z uśmiechem. – Mój mąż lada chwila powinien wrócić, tedy zechciejcie na niego poczekać. Macie dla niego jakieś wieści?

– Wieści? Nie mam. To jest, mam, oczywiście – niewyraźnie tłumaczył się Konrad.

 

Nikomu nie powiedział o swoich zamiarach, sam chciał wybadać grunt. Pani Alena od razu się tego domyśliła, a jej ocena młodego człowieka tym bardziej wzrosła. Mógłby przecież prosić dziewosłębów i długo chodzić ogródkami, ale postanowił, jak uważała, dzia¬łać prosto i szybko. Pani Alena ceniła szczerość i umiała docenić odwagę. To zaś stanowiło dla niej dowód, że pan Konrad jest poważnie zakochany w Elżbietce. Konkurent zrobił więc na pani Alenie bardzo dobre wrażenie. Był też szczery.

– Mój ojciec... – przyznał się niepewnie – Mój ojciec jest bardzo porywczy. Chyba nie byłby zadowolony, że zrobiłem coś bez porozumienia z nim. Więc was proszę, pani, byście byli dla mnie wyrozumiała. Przyjechałem po prawdzie wcale nie z wieściami dla waszego męża...

Pani Alena dobrze wiedziała, po co przyjechał i dobrze rozumia¬ła, jak trudna to dla niego sytuacja, zgodziła się zatem mu pomóc.

– Wiem – odpowiedziała. – To znaczy domyślam się, co was tu sprowadza, panie Konradzie. Nie mam wam tego za złe, ale poważnie nie myśleliśmy jeszcze o wydaniu za mąż naszej córki.

Konrad zaczerwienił się, że tak szybko przejrzano jego zamiary. Rozkładał ręce szerokimi, bezradnymi gestami.

– Mój ojciec... – powtarzał. – Mój ojciec...

Pani Alena uśmiechnęła się uprzejmie.

– Jestem rada z waszej wizyty – zapewniła. – Ale naprawdę nie wiem, co mam wam odpowiedzieć. Mój mąż jest nieobecny, chyba będzie lepiej, byście odjechali przed jego powrotem. Kiedy pan Jeno wróci, powiem mu o waszej wizycie i zapytam o zdanie.

– No... – odważył się wydukać Konrad. – Nie jestem byle kim i dlatego.. i dlatego postanowiłem przyjechać i porozmawiać, choć nic nie wspomniałem nawet mojemu ojcu...

Pani Alenie nie bardzo spodobało się to odezwanie.

– My też nie jesteśmy byle kim – przypomniała z naciskiem. – Nie wydaje mi się słuszne, żebyście chwalili się swoją pozycją, zwłaszcza mnie, która mogłabym być waszą matką.

Konrad zerwał się z miejsca i rzucił do rąk pani Aleny z przeprosinami. Był tak przejęty, że nie mogła mu nie wybaczyć. Tylko miłość, prawdziwa miłość może tak oszołomić człowieka. Później jednak, gdy o wizycie Konrada rozmawiała z mężem, była wobec jego zamiarów bardziej powściągliwa.

– Niby tu przyjechał sam, ale stale mówił o ojcu, na którego wolę się ogląda. Nie wiem, czy to jest dobry kandydat dla Elżbietki.

Pan Jeno był podobnego zdania. Wprawdzie odniósł się do propozycji Konrada ze zrozumieniem i nawet pewnego rodzaju przychylnością, ale nie chciał z nim mówić, póki ten nie powiadomi ojca o swoich zamiarach. Taką odpowiedź kazał dać, gdyby Konrad zjawił się ponownie.

– Na zaręczyny jeszcze za wcześnie – postanowił. – Ale jeśli Konrad chce widywać Elżbietkę, nie będę mu bronił. Zobaczymy, jak jest wytrwały w swoich uczuciach i czy to nie tylko młodzieńcze zauroczenie.

Sama zainteresowana odnosiła się do sprawy jeszcze bardziej powściągliwie.

– Jeszcze mi czas za mąż, mój ojcze – odpowiadała Elżbietka łagodnie. – Obiecaliście, że nie będziecie przymuszać.

– Ani mi to w głowie – zapewnił pan Jeno. – Proszę cię tylko, żebyś rozważyła jego propozycję. Na pewno nie będzie to jedyna, jaką otrzymasz, i trzeba, żebyś nauczyła się, jak w takich sprawach postępować.

Najbliższa przyszłość potwierdziła wytrwałość Konrada. Zaczął bywać w Lipowej, starając się zaskarbić łaski rodziców Elżbietki, szczególną uwagę przykładając do zdania pani Aleny, którą traktował z wielkim szacunkiem, u niej szukając poparcia dla swoich zamiarów.

Elżbietka witała pana Konrada bez przesadnej radości, ale też bez niechęci. Ten przyjeżdżał przejęty, przywoził upominki, ale wydawa¬ło się, że odwiedziny w Lipowej stanowią dla niego trudne chwile. Siedział w świetlicy mocno zmieszany, rzadko się odzywał, a już niepytany nigdy i tylko oczami wodził za dziewczyną. Elżbietka niewiele się tymi wizytami przejmowała.

– Mam jeszcze czas – powtarzała ze śmiechem. – Dobrze mi w rodzinnym domu i nie ma powodu, żebym spieszyła się gdzie indziej.

Pani Alena łagodnie przekonywała córkę, że nie mogła lepiej trafić.

– Trzeba, żebyś poważnie pomyślała o swojej przyszłości – powiedziała któregoś dnia. – Oboje z twoim ojcem mamy swoje lata. Żeby rozporządzić wszystkim należycie, trzeba wiele czasu i wiele przygotowań.

Lękała się o przyszłość córki i martwiła bardzo, że Elżbietka jest taka jeszcze dziecinna, że zupełnie o tych sprawach nie myśli.

– Zastanów się – powtarzała. – Możny to pan, młody i piękny. Może trochę nieśmiały, ale tym łatwiej będzie ci nim kierować...

Elżbietka wydymała wargi.

– Kiedy nic do niego nie czuję, matko – odpowiadała spokojnie. – Mówiliście sama, że uczucie jest ważne w małżeństwie, a ja nic nie czuję. Nawet mnie to martwi. Czekam, ale nic się nie dzieje.

– Uczucie przyjdzie później – zapewniła pani Alena. – Później, moje dziecko. Kiedy należycie zadbamy o twoje wygody, dostatni i bogaty dom, ziemię, służbę, będziesz wtedy miała czas na uczucie.

Pani Alena nie pamiętała już, że gdy była młoda, za nic miała przestrogi ojca. Zapomniała, że sama bez pamięci rozmiłowała się w kowalskim synu, biednym i bez przyszłości.

Kilka tygodni później przyjechali do Krasawy dziewosłębowie, żeby w imieniu starosty lubelskiego rozeznać się w sytuacji i prosić o rękę Elżbietki dla młodszego syna możnego Jana ze Szczekocin. Zabawili niedługo, a wyjechali zadowoleni. Pan Jeno nie dał wprawdzie wyraźnej odpowiedzi, ale też i wyraźnie nie odmówił. Zezwolił, by pan Konrad odwiedzał Krasawę ilekroć tylko zechce.

– Elżbietka chyba jeszcze niegotowa na tak ważny krok w życiu – orzekł. – Więc jeszcze nie czas mówić o zrękowinach. Ale niedługo pewnie pomówimy. Może powróci już z wyprawy krzyżowej brat Elżbietki. Bo i Mikołaja trzeba będzie zapytać o zdanie.

WYPRAWA

Lato 1396

Od stołecznego Krakowa aż do węgierskiej Budy, gdzie w czerwcu naznaczono zgromadzenie wojsk krzyżowych, Mikołaj z Lipowej jechał w wielkim zadowoleniu, z nadzieją i oczekiwaniem w sercu. Ale na dworze króla Zygmunta Luksemburskiego szybko pozbył się złudzeń i postanowił, że powinien pozostawać na uboczu. Bo na dworze króla Zygmunta nie kończyły się uczty, wystawne przyjęcia, przechwałki i nieustające kłótnie pomiędzy dowódcami. Plany kampanii, powstające w głowach marszałków i hrabiów, były bardzo ogólne i niedokładne.

– Najpierw na odsiecz Konstantynopolowi, potem do Ziemi Świętej i Jerozolimy, żeby oswobodzić Grób Chrystusa. Za dwa lata, kiedy braknie już Saracenów, bo padną wszyscy od naszego żelaza, powrócimy w chwale do domu.

Dowódcy byli zadowoleni, ich zdaniem wszystko przebiega¬ło zgodnie z planem. Armia zachodnia wyruszyła ostatniego dnia kwietnia z Dijon w Burgundii i przez Strasburg oraz Bawarię dotarła nad Dunaj, skąd popłynęła do Budy na spotkanie z oddziałami króla Zygmunta, a potem do Wiednia.

Zbierali się powoli, dopiero w lipcu zgromadzili się wszyscy ksią¬żęta i hrabiowie ze swoimi oddziałami i wreszcie można było powo¬łać radę wojenną. A było nad czym radzić, choćby nad tym, kto ma dowodzić tak ogromnymi siłami, obliczanymi na czterdzieści i więcej tysięcy ludzi.

Dowództwo najbardziej marzyło się tym, którzy z urodzenia mienili się największymi przywódcami chrześcijaństwa. Byli to hrabia de Nevers z Burgundii, bardzo zawistny o rycerską sławę, bo jeszcze sam takowej nie zdobył, dalej pyszny konetabl Francji, hrabia d’ Eu oraz wojowniczy marszałek Jean le Meingre zwany Boucicaut, sławny na cały świat z tego, że nigdy nie pokonano go w żadnym turnieju. Wszyscy młodzi, żądni przygód i rycerskiej sławy, pełni pogardy dla nieprzyjaciela, a przekonani o wyższości zachodniego rycerstwa nad innymi wojownikami. Był wśród dowódców tak¬że stary hrabia Enguerrand de Coucy, zięć angielskiego króla i jeden z najsławniejszych rycerzy całego świata, przydany młodym dla jego doświadczenia, o ile zechcieliby z tego korzystać, na co się jednak nie zanosiło.

Rej wodził hrabia de Nevers, mały, paskudny Burgundczyk, który trzystu swoich najbliższych kompanów i towarzyszy z własnej kiesy ubrał w jasną zieleń, a dla wygody wiózł ze sobą na dwudziestu czterech wozach namioty, łoża, zasłony, poduszki, złote talerze i kubki. On był właściwym wodzem krucjaty, każdy jego krok poprzedzali heroldowie ze złotymi trąbkami, każde jego słowo zapisywali skrybowie, taszczący z sobą księgi, żeby w nich utrwalić jego bohaterskie czyny.

Król węgierski Zygmunt innym dowódcom dorównywał wprawdzie pochodzeniem i wiekiem, bo nie miał jeszcze trzydziestu lat, ale nie mógł współzawodniczyć z tymi, którzy uważali się za przywódców całego chrześcijaństwa. Zygmunt Luksemburski utracił zresztą w oczach wielkich panów także i z powodu swojej ostrożności. Inaczej niż oni nie parł bezwarunkowo naprzód, radził czekać, obserwować, analizować meldunki szpiegów. Francuscy wodzowie wzruszali ramionami na takie zachowanie i nie szczędzili kąśliwych uwag.

– Postępując w ten sposób, dalibyśmy dowód, że się obawiamy pogan – mówili dumnie. – Nie godzi się okazywać strachu wobec kogoś tak nikczemnego, bo obrazilibyśmy naszego Boga, dla sławy którego walczymy.

Mikołaj z Lipowej poważnie obawiał się, że krucjata ugrzęźnie w Wiedniu, tak długo trwały targi o przyszłą sławę i łupy. Ale wreszcie ruszyli. Poszli na południe lewym brzegiem Dunaju, pod Oszawą przeprawili się na drugą stronę i szli dalej. Wolno, szeroko, niespiesznie. Wieczory spędzano na ucztach, tańcach, pijatykach i zabawach. Grała muzyka, pląsano, bawiono się, śpiewano, swawolono z niewiastami, których całe tabuny ciągnęły za armią lądem i rzeką. Zaopatrzenie dowożono statkami po Dunaju i nie brakowało ani najlepszych win, ani zamorskich przypraw. Na razie nie napotykali nieprzyjaciół i wśród krzyżowców rosło przekonanie, że na tym polegać będzie cała wyprawa – na wesołym pochodzie przez kraj podległy sułtanowi Bajazytowi.

Uwierzyli w to i dowódcy, którzy nie musieli niczego robić, nawet zagrzewać ludzi do boju. Kiedy czasem napotykali małe oddziałki wroga albo umocnione punkty oporu, wodzowie zostawiali ich zdobycie ochotnikom, sami nie zawracając sobie tym głowy.

– Obudźcie nas, gdy spotkacie coś naprawdę poważnego – mówili.

Dwadzieścia tysięcy ludzi, otaczających króla Zygmunta – Węgrzy, ochotnicy z krajów niemieckich, z Polski i Czech, oddziały Krzyżaków i Szpitalników z Rodos, a także gromada innych, wśród których był i Mikołaj z Lipowej – trzymało się nieco na uboczu, tworząc jakby drugą armię, niedopuszczaną prawie do bliskiej komitywy ze sławnymi rycerzami Francji, Burgundii, Lotaryngii.

Wobec dotychczasowego niezakłóconego pochodu przywódcy krucjaty wyśmiewali uwagi węgierskiego Zygmunta i jego przestrogi przed bitnością Saracenów. Na razie ich wojskom nie przyszło spotkać się w polu z Turkami, bijali głównie słabo uzbrojonych Bułgarów, wśród których z rzadka tylko trafiali się Turcy. Małe zwycięstwa brali za wielkie triumfy, a te rosły w przechwałkach.

Zygmunt Luksemburski, który lękał się, że pokonanie sułtana Bajazyta nie pójdzie łatwo i sprawnie, był człowiekiem słabego charakteru i w milczeniu znosił wyrzuty dostojnych książąt, że brak mu odwagi i chęci. Kiedy jednak wprost pomówili go o tchórzostwo, musiał działać. Chcąc zatem udowodnić, że jest inaczej, podejmował forsowne działania wywiadowcze, był strażą tylną i zwiadem. Jego ludzie pełnili służbę dzień po dniu, wyprawiali się na długie i męczące podjazdy, stanowili ochronę wojskowych obozów, podczas gdy kierujący wyprawą leczyli się z pijaństwa. Dostojni dowódcy, co chwila kłócący się między sobą o słowa, zazdrośni o bohaterskie czyny i rycerską sławę, nawet nie słuchali meldunków zwiadowców. Marszałek Boucicaut zapowiedział zresztą, że każdy kto będzie głośno mówił o sile Turków i tym sposobem osłabiał ducha w chrze¬ścijańskich wojskach, straci uszy.

Była połowa września. Armia krzyżowców łatwo zdobywszy dawny bułgarski Widyń, stała teraz pod Oriachowem, silną twierdzą nad Dunajem, otoczoną potężnymi murami. Wyszli już z niej szeregami wojownicy tureccy i Bułgarzy, zhołdowani niedawno przez sułtana, a nad murami powiewały sztandary ze znakiem krzyża. W obozie chrześcijańskim głośno świętowano zwycięstwo.

***

– I cóż, panie Mikołaju? Nadal jesteście niezadowoleni? Zwycięstwo idzie za zwycięstwem!

Pan Świętosław herbu Łada, zwany Szczenię, zakurzony, w pogiętej nieco zbroi, przybiegł do namiotu Mikołaja z Lipowej, ustawionego na skraju obozowiska od zachodniej strony.

– No? – pytał roześmiany. – Teraz chyba nie powiecie, że to nieudana, źle dowodzona wyprawa!

 

Świętosław śmiał się i radował. Wprawdzie ataki prowadzone przez marszałka Francji załamały się i tylko interwencja Zygmunta uchroniła ich od klęski, ale przywódcy wyprawy zdawali się nie zwracać na to uwagi. Oblężeni w Oriachowie, przestraszeni wielko¬ścią i siłą krzyżowej armii, wkrótce sami poddali twierdzę. Król węgierski, na którego ręce trafił akt kapitulacji, przyrzekł im zachowanie życia i majątków.

Twierdzę zajęto więc przy dźwiękach mosiężnych trąb i rogów, przy waleniu w bębny i okrzykach. Ważniejszych mieszkańców wzięto w niewolę, a tylko tureckich dowódców natychmiast wybito, bo cóż warte jest życie poganina?

Pan Świętosław odrzucił na ziemię hełm i skoczył ku ogniowi, jaki niedawno rozniecił Linus, giermek Mikołaja. Gość rwał rękami niedopieczone jeszcze mięso, napychał nim sobie usta, od czasu do czasu klepiąc się po blachach na piersi.

– Jestem strasznie głodny. Bitewny zapał zawsze tak na mnie dzia¬ła, że zjadłbym, ile tylko widzę przed sobą – usprawiedliwiał się.

Mikołaj nie brał udziału w walkach pod Oriachowem, bo z grupą dowodzoną przez króla węgierskiego powrócił właśnie z dalekiego patrolu, szukającego głównych sił tureckiego wojska.

– Częstujcie się – zachęcił teraz. – Podaj chleba, Linus.

Giermek zmieszał się.

– Nie wiem, czy jeszcze co zostało, panie – tłumaczył się niezręcznie.

– Nie ma? Przecież widziałem rano, że statki przypłynęły.

– Przypłynęły. Pobiegłem zaraz po zapasy, ale mąka już wyszła, zostało tylko wino. No i niewiasty przyjechały...

Linus przeżegnał się ukradkiem.

– Żołnierze pilnowali – dodał wyjaśniająco na spojrzenie Mikołaja. – Ale zobaczyłem niemało. Francuzi i Burgundowie znowu wszystko zabrali dla siebie. Nasze podjazdy mało co przywiozły, bo w okolicy nie bardzo już jest co zabierać.

– A widzicie – wtrącił się Świętosław. – Gdybyśmy nie zdobyli miasta, brakło by nam zapasów.

– Prawda – zgodził się Mikołaj. – Niepokoi mnie tylko to rozprzężenie w obozie. Jeśli szybko nie trafimy na prawdziwą walkę, będzie niedobrze. Już co poniektórzy uciekają, a reszta rzadko trzeźwieje. Gdyby, nie daj Boże, sułtańskie wojska uderzyły znienacka, żywa noga by nie uszła.

W obozie pod Oriachowem stanęli blisko siebie sami znajomi. Mikołaj z Lipowej, Jordan z Wojcieszowa, Świętosław Łada, zwany Szczenię, stary Jan z Kamieniowej, Wawrzyniec Buk z bratem Firlejem i kilku innych. Tylko Gotard z Brzezin przepadł gdzieś na początku wyprawy, ale podobno widziano go w szeregach francuskich.

Króla Zygmunta otaczało wielu weteranów ubiegłych wojen. Nie brakowało takich, którzy pozostając między sobą w nieprzyjaźni, na czas wyprawy zawarli rozejm, bo mieli przed sobą wspólnego wroga, z jakim teraz chcieli się zmierzyć.

Dawnych swoich przeciwników spotkał w tym obozie i Mikołaj z Lipowej. Któregoś dnia pośród karnego oddziału Zakonu Najświętszej Maryi Panny, przysłanego tu przez wielkiego mistrza, zobaczył Alberta von Neuburg. Dawny brat Albert był teraz zwykłym zakonnym sługą, człowiekiem w skórzanym kaftanie, z niewiadomych powodów noszącym na głowie końską uzdę i żelazne wędzidło pomiędzy zębami. Mikołaj nie zapomniał butnego Krzyżaka, a i brat Albert rozpoznał swojego wroga. Niepewnie pozdrowił go gestem dłoni, na co pan z Lipowej odpowiedział podobnym skinieniem. Teraz znajdowali się w jednej armii.

Daleko więcej radości miał Mikołaj ze spotkania z Janem z Tymbarku, którego namiot poprzedniego dnia stanął przypadkiem tuż obok.

Rozpoznali się od razu. Mikołaj z Lipowej wrócił właśnie z patrolu, gdzie w sto koni bezskutecznie szukali Turków, zmęczony długą jazdą zsiadł z wierzchowca i zmierzał do swojej kwatery, kiedy drogę zastąpił mu jakiś rycerz. Był średniego wzrostu, smukły, na czoło spadał mu siwy kosmyk.

Mikołaj miał jeszcze hełm na głowie, ale tamten poznał go widać po znaku herbowym na tarczy. Ukłonił się lekko i skrzyżował ręce na piersiach.

– Czy mnie poznajecie, panie?

Mikołaj zdjął hełm i oddał ukłon.

– Poznaję was, Janie z Tymbarku.

– Kiedyś... – zaczął przybyły. – Kiedyś gotów byłem was wyzwać na pojedynek i zabić, ale dziś raduję się, widząc was tutaj w dobrym zdrowiu.

Przed laty Jan z Tymbarku był po słowie z Hedwigą córką Janosza, stanął z nią nawet przed ołtarzem i tylko przypadek sprawił, że ślubu nie było.

– Kiedyś przyjąłbym wyzwanie – odpowiedział Mikołaj. – A dziś raduję się, widząc was tutaj i jeśli nie pogardzicie, ofiaruję wam go¬ścinę w moim namiocie.

Podali sobie ręce, jakby nie byli dawniej rywalami o serce tej samej niewiasty, i Jan z Tymbarku poszedł do namiotu Mikołaja.

Kiedy giermek Linus pomagał panu rozdziać się ze zbroi, umyć w misie, a potem podał skromny posiłek, Jan z Tymbarku wypytywał o nowiny z Doliny, wspominając wspólnych znajomych. Sam był blisko króla Zygmunta, od lat należąc do jego zaufanych dworzan. Od niego dowiedział się Mikołaj o zeszłorocznych bitwach z Turkami i o sposobach walki uprawianych przez Saracenów.

– Lękam się o naszą wyprawę – mówił cicho Jan z Tymbarku. – Nie wolno lekceważyć Saracenów. Są niczym rozdrażnione osy, przed którymi nie ma innego ratunku, jak ucieczka do wody.

Mikołaj z Lipowej, już doświadczony w licznych wyprawach, wzbogacony jeszcze w opowieści i przestrogi ojca, był podobnego zdania. Uważał, że nawet duża siła, jaką teraz mają krzyżowcy, ale nieudolnie dowodzona, może okazać się niewystarczająca, kiedy wyprawa trafi na zwarte oddziały Bajazyta. Tymczasem dowódcy krucjaty w ogóle nie wierzyli w istnienie sułtańskiej armii.

– Oni biorą te małe oddziałki za wszystko, czym dysponują Saraceni – martwił się Jan z Tymbarku. – Sam słyszałem, jak hrabia de Nevers obliczał, że do tej pory znieśliśmy już dwie piąte wszystkich sił sułtana. Najpoważniej są przekonani, że same wieści o zdobyciu Widynia i Oriachowa spowodują, że Turcy w strachu opuszczą Nicopolis. Ale wierzcie mi, to nie jest twierdza łatwa do zdobycia. Byłem tam przed laty, wiem, co mówię. A my przecież nawet najmarniejszych machin nie mamy.

Nie rozmawiali o przeszłości. Jan z Tymbarku tylko raz jeden zapytał o Hedwigę, a usłyszawszy, że została żoną Mikołaja, pokiwał głową.

– Od początku tak powinno być – przyznał spokojnie. – Ona była wam przeznaczona, to pewne. Ja oddaliłem tylko chwilę waszego spotkania.

Sam nie był żonaty z powodu dawnego ślubu, złożonego przed laty, według którego zobowiązał się przede wszystkim do walki z niewiernymi. Gwarzyli długo w noc, a kiedy kilka dni później wyprawa przesunęła się pod białe mury Nicopolis i stanęła wokoło nich wielkim obozem, Jan z Tymbarku kazał rozbić swój namiot w bezpośredniej bliskości namiotu rycerza z Lipowej.

– Muszę was trochę pilnować – śmiał się do Mikołaja. – Pani Hedwiga nie darowałaby mi, gdybym nie ochronił ojca jej bliźniaczych chłopców.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?
Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»