Saga rodu z Lipowej: Cień sułtanaТекст

Из серии: Saga rodu z Lipowej #16
0
Отзывы
Читать фрагмент
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 16: Cień sułtana

Saga

Saga rodu z Lipowej 16: Cień sułtana Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2002, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726166965

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

CZAROWNICA

Wiosna 1395

Pan Oset osobiście pilnował siewców na swoich polach, pierwszych tego roku i pierwszych w jego nowym majątku. Siewcy szli rzędem po roli, rzucając w ziemię ziarno z płócien, jakie mieli przed sobą.

– Równo! Równo, psiajuchy! – wołał Oset, konno podążając miedzą i pilnie bacząc, żeby praca była wykonana jak najlepiej. – Równo, bo każę oćwiczyć.

Dzień miał się ku końcowi, a Oset, choć spieszył się do domu, nie chciał roboty zostawić niedokończonej. Chodziło też o wrony, których wielkie stada pojawiły się ostatnio w Dolinie i należało roli strzec, bo gotowe były wybrać wszystkie ziarno.

Do tego zadania wyznaczył dwóch młodych pachołków, dzieciaków jeszcze, to należało do ich obowiązków. Starali się, jak mogli – wedle prawa. Bo najpierw obrobić trzeba na ziemi pańskiej, potem można pracować na swoich zagonach.

Praca postępowała jednak sprawnie, po zimowej bezczynności wszyscy aż się palili do roboty. Ale już jutro mieli zacząć siewy na swoim i dlatego trzeba było pilnować, żeby końcówka pracy dla dworu nie była wykonana niedbale, więc Oset nie szczędził krzyków ani ponagleń.

Kobieta siedziała w krzakach na skraju pola. Była brudna, odziana w łachmany, czarne włosy sterczały jej we wszystkie strony, wzrok miała dziwnie świdrujący i śliniła się, wypowiadając jakieś niezrozumiałe słowa. Nikt nie wiedział, skąd się wzięła, nikt nie zauważył, kiedy nadeszła. Może siedziała tu przyczajona, żeby rzucić czar albo urok.

Natychmiast odżyły obawy przed Wiedźmą z Biskupic. Po ubiegłorocznych doświadczeniach taki był strach przed urokami i czarownicami, że pachołkowie, którzy ją prowadzili do Osta, żegnali się co chwila znakiem krzyża, a nie dotykali kobiety, tylko wiedli ją, grożąc widłami i wystrzegając się popychania. Dotknięcie czarownicy mogło bowiem spowodować, że widły czy grabie zamienią się w węża albo ognisty kij, więc nikt nie chciał ryzykować.

– Czarownica, panie! – wołano z przestrachem. – Wiedźma!

– W ogień od razu ją dać!

– Wołać egzorcystę!

– Po co egzorcysta? Ubić na miejscu!

– Do rzeki!

– Co ty mówisz, głupi? Żeby wodę zatruła?

– Ukamienować! Albo jamę wykopać i zasypać.

– Z piachu się wygrzebie! Chyba, żeby jakimi wielkimi kamieniami przyłożyć...

Strach był ogromny i ludzie trzęśli się niczym liście na wietrze. Kobieta wyglądała jakby chodziła po polach od dawna, więc nie wiadomo, jakie czary zdążyła już rzucić i na kogo. Pachołkowie przygnali ją w pobliże miejsca, gdzie stał Oset, ale bali się za bardzo zbliżyć, więc zostawili ją samą, a ona usiadła na ziemi, śmiejąc się do siebie, mamrotała coś teraz i śpiewała pod nosem. Drapała się po całym ciele, posyłając stojącym groźne spojrzenia i spluwając w ich kierunku.

Wiedźmy z Biskupic nie widział nikt od późnego lata poprzedniego roku. Po egzorcyzmach, jakie w otoczeniu licznych duchownych i rzeszy wiernych odprawił uczony ojciec z Bolonii, nie zanotowano nowych strat, ale to wszystko, co złego wydarzyło się przedtem, było wystarczającą miarą nieszczęścia.

Kmiecie planowali nawet zmniejszenie stad, bo wiele wskazywa¬ło, że nie starczy paszy na zimę. Ludzie w obawie o przyszłość rodzin oddawali się długim modłom i nie szczędzili ofiar licząc, że choćby w ostatniej chwili Bóg zechce odwrócić nieszczęście.

Wszyscy też okazywali zdwojoną czujność, wszędzie tropiono ślady wiedźmy i zastanawiano się, gdzie też może się ukrywać. Niektórzy twierdzili, że zasypia na zimę niczym niedźwiedź, inni znowu powiadali, że zimą trudniej ją spotkać, bo w mroźnym powietrzu gorzej lata się na miotłach.

– Może jak bociany odlatuje do ciepłych krajów, bo w ciepłym powietrzu lepiej skrzydła rozprostować i przez ciepłe powietrze łatwiej się przebijać?

Dożynki wypadły mniej wesołe niż w poprzednich latach. Choć staranniej niż kiedykolwiek zebrano zboże z pól, podnosząc nawet pojedyncze ziarenka, gołym okiem widać było, że plony będą daleko niewystarczające. Najstarsi mieszkańcy Doliny nie pamiętali takich klęsk na polach. W dobrach Lipowej, Krasawy, Potoka i innych zebrano ledwie trzecią część tego, co zwykle i głośno mówiono już o klęsce głodu. Spodziewano się poważnych trudności na wiosnę, bo nigdzie nie zgromadzono tak wielkich zapasów, żeby można było patrzeć spokojnie w przyszłość i rzadko kto mógł o sobie powiedzieć, że jemu klęski nie zagrożą.

Ofiarność ludzka też zmniejszyła się wyraźnie. Ataki wiedźmy w czas zimowy ustały, ale ludzie w obawie o najbliższe miesiące troszczyli się przede wszystkim o swoje rodziny i swoje zagrody. Jeśli kto miał jaki towar na wymianę albo trochę gotówki, jechał daleko nawet, żeby kupić zapas zboża czy mąki. A żebracy, stale i wszędzie obecni w Dolinie, bywało marli z głodu, nie doczekawszy się jałmużny, przeganiani od drzwi do drzwi.

Byli i tacy w Dolinie, którzy choć ponieśli straty, nadal mieli pełne spichrze, jak choćby Mikołaj z Lipowej albo Oset z Dębowca. Obaj mogli nawet dać nieco chłopom na zimę pod zastaw przyszłych zbiorów. Postąpili tak za radą pani Hedwigi, która uważała, że jeśli chłopi nie przetrzymają, wiosną nie będzie kto miał robić na polach.

Ojciec Mikołaja krytykował nadmierną, jego zdaniem, dba¬łość o poddanych, usilnie namawiając zarówno syna jak i dawnego giermka do zachowania ostrożności oraz oszczędzania.

– Poprzednie lata były bardzo urodzajne – odpowiedział Mikołaj. – Zapasy powstały duże, czego więc mamy się obawiać? Jeśli będzie jeden gorszy rok, przetrzymamy bez kłopotu.

– A jeśli lat chudych nadejdzie więcej? – zapytał pan Jeno. – Czy nie powiada Pismo, że po latach tłustych nadchodzą lata chude?

– Powiada – zgodził się Mikołaj. – Macie rację, ojcze. Powinienem pomyśleć o zapasach.

– Skoro zepsuło się zboże na polach, może zepsuć się i w spichrzach – ostrzegał pan Jeno. – Lepiej, żebyś wystawił straż przed spichrzami i kazał dobrze ich pilnować. Jeśli nie jest to sprawka czarów, to na pewno uczynek niedobrego człowieka. Ten zaś, jeśli powa¬żył się uderzyć raz jeden, może swój atak powtórzyć. Nie wiem, kto to jest i dlaczego tak postępuje. Ale na pewno jest gotowy gnębić nas wszystkimi siłami, więc trzeba się bronić. Nawet jeśli któregoś dnia złapiemy ową czarownicę i nie będzie mogła już więcej szkodzić, nie¬łatwo odrobimy tak wielkie straty na polach i w oborach.

Zimą, kiedy ustały ataki wiedźmy, nieco o niej zapomniano. Nie o niej samej, ale o możliwych z jej strony niebezpieczeństwach. Tu i tam opowiadano co prawda o wydarzeniach z poprzedniego roku, o zatrutych studniach, plonach zniszczonych wprost na polu, padłych zwierzętach, stogach, co zapalały się same, chorobach, piorunach i gradobiciu, niesłychanym w poprzednich latach. Ale z czasem, gdy nie widać było nowych nieszczęść, Wiedźma z Biskupic powiększyła zastęp istot niemal legendarnych, nieprawdziwych, bo była w końcu wiedźmą miejscową, tutejszą, więc prawie własną i nie brakowało śmiałków przechwalających się, że sobie z nią łatwo poradzą.

– Krzyżem wystarczy przeżegnać.

– Wodą święconą pokropić.

– Wypowiedzieć odpowiednie modlitwy.

I choć nadal przebąkiwano, że niebezpieczeństwo w każdej chwili może powrócić, tak naprawdę nikt już chyba w to nie wierzył. Łatwiej było ufać, że wyniosła się w inne okolice, zostawiając w Dolinie zniszczone pola i wioski.

Ale gdy nastała pora wiosennych prac polowych, stare lęki oży¬ły i nie było chyba nikogo, kto nie myślałby o możliwym powrocie wiedźmy i kto w związku z tym nie modliłby się, nie odczyniał uroków, nie prosił Boga o pomyślność i ochronę przed gniewem czarownicy.

I tak to wszystkie niedawne obawy znowu nabrały siły.

Oset przeżegnał się, dotknął dłonią piersi, gdzie pod ubraniem miał srebrny krzyżyk, ale przy swoich ludziach nie mógł okazać strachu.

– Ty kto? – zapytał, podjeżdżając, choć konia zatrzymał w bezpiecznej odległości.

Kobieta nie odpowiedziała. Śmiała się tylko, pokazując nierówne zęby, popiskiwała niczym szczeniak albo pluła wokół niespodziewanie, rzucając przy tym słowa, które mogły być groźbami. Ale, jak dotąd, nikogo nie powaliła spojrzeniem, nikogo nie zamieniła w kamień, nikogo nie oślepiła.

Oset odwrócił się do swoich.

– Czy kto zna tę niewiastę?

Odetchnęli wszyscy, kiedy wystąpił jakiś starszy chłop i oznajmił, że wie, kto ona jest.

– To szalona, panie. Żadna tam czarownica. Należy do Zrębic, gdzie mieszkała w chacie po ojcu. Nazywa się Nastka. Miała dziecko, zmarło czy się utopiło, nie wiem dokładnie. Jakiś czas kręciła się po wioskach, ale odpędzali ją zewsząd, bo dziwnie się żywi, pono żaby je i węży nawet się nie brzydzi...

Kobieta zrozumiała chyba tę wypowiedź, bo nagle przysiadła, skuliła się w sobie i zaczęła podskakiwać, naśladując sposób poruszania się żaby.

– Tak, tak! – wołała, śmiejąc się.

A potem ułożyła usta i zaczęła syczeć niby wąż.

 

– Tak, tak! – powtarzała, najwyraźniej zadowolona.

Oset z wdzięcznością po raz wtóry dotknął krzyża pod ubraniem. Nie była to czarownica, a po prostu szalona niewiasta, co popadła w obłęd i żyje teraz po lasach niby dziki zwierz.

– Zostawcie ją – rozkazał sługom. – To nie jest czarownica. Przecież to tylko szalona Nastka.

Odstąpili niepewni, choć też zadowoleni, że napotkana okazała się jedynie szaloną dziewczyną, wariatką, a nie prawdziwą wiedźmą. Ktoś coś jeszcze zażartował, wzięli widły, pałki i kije, zbierali się do powrotu, bo było już po robocie, słońce zachodziło i spieszyli się do domów.

– Zostawcie ją – powtórzył Oset. – A jeśli któremu tam zbywa chleba, niechaj jej rzuci kawałek. Bo kto to widział, żeby węże i żaby zajadać. Pfu!

Śmiali się, aż któryś znalazł przy pasie skórkę razowca i rzucił kobiecie wprost do stóp. Nastka skoczyła jak zgłodniały pies, padła na kolana, na czworakach wąchała chleb, popychała go nosem, mamrotała coś, chichotała, śliniła się. Śmiali się głośno, raptem wszyscy odprężeni i zadowoleni, że uniknęli niebezpieczeństwa. Sposób jej zachowania spodobał im się, był zabawny i choć wielu z pracujących czuło głód, bo wieczornej porcji chleba jeszcze nie zjedli, sięgali za pazuchy bądź do pasa, wydobywali pożywienie i rzucali je na ziemię, żeby się móc napatrzyć, jak szalona traktuje jadło, jak je węszy, jak próbuje językiem, jak przy tym prycha, jak się śmieje.

– Dość tego! – rozkazał Oset w końcu i dał znak do powrotu.

Szalona Nastka została na czworakach, nad kupką chleba, którą zrobiła sobie z tego, jej rzucono.

– Tak, tak! – powtarzała sepleniącym głosem, w którym było zadowolenie pomieszane ze zdziwieniem. – Tak, tak!

Oset wrócił do domu w dobrym nastroju, rozbawiony żartami chłopów oraz własnej czeladzi. Zadowolony, że strach okazał się płonny, opowiedział wszystko żonie.

Chciał ją rozbawić, bo czuła się ostatnio nie najlepiej i przemy¬śliwał nawet, czy nie powinien poszukać dla niej rady u jakiej znachorki. Ku jego zaskoczeniu pani Roksana nawet się nie uśmiechnꬳa, a popadła w jeszcze większe przygnębienie.

– Puściłeś ją wolno? – zapytała zdziwiona. – Nie chcę się wtrącać w twoje sprawy, ale nie uczyniłeś dobrze. Ileż to szkód wyrządzi¬ła w Dolinie czyjaś złe wola! Nie ma miejsca, gdzie by nie zanotowano straty! A ty puszczasz kobietę, która ani chybi jest czarownicą. I to kiedy! Właśnie teraz, kiedy ja... kiedy ja...

Zaskoczony Oset przystanął.

– Co ty? – zapytał z niepokojem.

Pani Roksana zaczerwieniła się nagle i opuściła wzrok.

– To jeszcze nie jest nic pewnego – powiedziała cicho.

– Nic pewnego? – powtórzył. – Ale czy to znaczy, że ty...

Podskoczył i porwał żonę na ręce.

– Moja ty! – zawołał rozradowany. – Czemuś wcześniej nic nie mówiła?

– Nie byłam pewna – schowała twarz na jego ramieniu. – I wła¬ściwie dotąd pewna nie jestem, ale chyba będziesz miał następcę...

Oset śmiał się, tańczył po izbie, nie wypuszczając żony z ramion. Gdy ją wreszcie postawił, ostrożnie, zadyszany, ale szczęśliwy, gotów był wypełnić natychmiast każde jej polecenie i każdą prośbę.

– Przegoń tę kobietę – poprosiła Roksana. – W ten sposób naprawisz swoją nieostrożność. To może być czarownica. Na pewno wszystkie te straszne nieszczęścia to jej zasługa.

I dodała przerażona:

– Boże mój, przecież to może być sama Wiedźma z Biskupic! Jeśli tego natychmiast nie zrobisz, może zaszkodzić naszemu dziecku.

Kiedy ból dopadł panią Roksanę, pana Osta nie było we dworze. Służba podniosła panią z podwórza i doprowadziła do izby, a pani Roksana znaczyła drogę swoją krwią.

Oset wrócił pod wieczór. Pani leżała w pościeli blada i wymizerowana, służebne odkładały do koszyka kolejne płaty zakrwawionego płótna.

– Mówiłam – wyszeptała pobladłymi wargami. – Mówiłam, żebyś przepędził tę czarownicę.

I zapadła w omdlenie.

Oset krzyczał ze zgrozy i rozczarowania, klął służbę, w bezsilnej wściekłości kopał sprzęty i tłukł pięścią każdego, kto nawinął się mu pod rękę.

– Moje dziecko! – pytał. – Co z dzieckiem?!

Służba z ponurymi minami kręciła głowami i nie było nikogo, kto potrafiłby udzielić mu jakiegokolwiek pocieszenia. Zdobyła się na to tylko jedna ze starszych niewiast.

– Jeszcze nie wszystko stracone – próbowała pocieszać. – Módlcie się do Boga, bo tylko on może...

Oset chwycił broń, wypadł z domu, dosiadł konia i popędził przed siebie na złamanie karku.

– Śmierć czarownicy! – krzyczał na całe gardło.

Starostę holsztyńskiego powiadomiono na drugi dzień. Giermek Linus, służący jego synowi Mikołajowi, przyjechał z tą wiadomością z Lipowej i najpierw przekazał ją pani Alenie.

– Pani Roksana poroniła – oświadczył. – Wszyscy mówią, że to wina tej Nastki, takiej czarownicy, co chodzi po polach. Miał ją jakiś czas temu pan Oset w swoim ręku, ale puścił wolno. I jeszcze kazał chleba dać.

Giermek był oburzony i smętnie kiwał głową nad losem państwa z Dębowca.

Pani Alena zmówiła modlitwę i zaraz poszła z nowinami do męża. Pan Jeno wysłuchał wszystkiego ze zmarszczonymi brwiami.

– Jeśli choć część z tego się potwierdzi, pójdzie na stos.

Pani Alena przeżegnała się.

– Linus mówi, że to ona zapewne jest ową Wiedźmą z Biskupic, która sprowadziła na wszystkich tak wiele nieszczęść. Ludzie Osta odszukali Nastkę w lesie i trzymają ją teraz pod strażą.

– Chcieli ją ubić od razu – wyjaśnił giermek. – Ale pan Oset zabronił się zbliżać i nakazał czekać na sąd. Dlatego po was przyjechałem.

– Rozsądnie postąpił – pochwalił pan Jeno. – Trzeba wiedzieć, jak obchodzić się z kobietą podejrzaną o czary, żeby jakiej szkody nie doznać.

Sam jednak miał wątpliwości.

– Widziałem ją – powiedział później do żony. – Trudno uwierzyć, żeby to ona była Wiedźmą z Biskupic. Chodzi po polach znacznie dawniej niż pierwsze szkody, jakie widzieliśmy. To szalona kobieta, która nie potrafi mówić. Nie wydaje mi się, żeby była czarownicą. Jest tylko głupia i przez wszystkich odtrącona.

Pan Jeno uśmiechnął się smętnie.

– Czasami – westchnął. – Czasami chciałbym być zwykłym kowalem, jak dawniej...

Pani Alena dotknęła ramienia męża.

– Wierzę, że wszystko zrobisz jak najlepiej – powiedziała. – Bóg ci w tym pomagaj. Wiem, że postąpisz, jak ci dyktuje serce. I wiem, że nie poniechasz obowiązków, choćby były ciężkie.

Nastkę trzymano w pobliżu dworu, w jamie ziemnej, przykrytej gałęziami, przy której postawiono krzyż, żeby bronił innych przed jej czarami. Jamy pilnował uzbrojony w pikę pachołek, ale stał w oddaleniu, wystraszony, wielce niezadowolony i nieszczęśliwy z takiej służby.

Pan Jeno kazał uwięzioną wywlec z dołu i uwiązać u drzewa, a sam miał ją wstępnie przesłuchać.

Siedziała, drapała się, popiskiwała, przewracała oczami. Starosta nie był pewny, czy w ogóle rozumie, co się do niej mówi. Sama Nastka nie umiała mówić, nikt nie wiedział też, czy coś do niej dociera. Wciąż tylko trzepała rękami, związanymi teraz łańcuchem, i nie było nikogo, kto mógłby rozumieć cokolwiek z tego, co wykrzykiwała.

Pan Jeno podszedł do niej sam, ale zatrzymał się o dobre pięć kroków.

– Niewiasto – zapytał. – Czy jesteś Nastka?

– Tak, tak – pokrzykiwała i tak samo odpowiadała na każde zadane pytanie.

– Mieszkasz gdzieś w Bukowym Lesie? W szałasie? Jaskini? Chacie?

– Jesteś czarownicą? Czarownicą, która rzuca uroki i przywodzi do zguby innych?

– Czy w ogóle wiesz, o czym mówię? Czy rozumiesz, co ci grozi, jeśli przyznasz się do czarów?

– Komu zaszkodziłaś w jaki sposób? Rzuciłaś urok, zatrułaś?

– Tak, tak! – powtarzała Nastka.

Pan Jeno westchnął i odszedł. Oset czekał na wynik wstępnego przesłuchania, cały roztrzęsiony.

– A nie mówiłem? – wołał. – To prawdziwa czarownica. To sama Wiedźma z Biskupic!

Inni też tak uważali, ale pan Jeno nie był taki prędki w wyciąganiu wniosków.

– Kawał drogi stąd do Biskupic i do lipowskich pól – zauważył. – A Wiedźmy dawno już w naszej okolicy nie widziano.

– Cóż znaczy odległość dla czarownicy? Na miotle przeleci raz dwa.

Oset był roztrzęsiony, bo pani Roksana nadal nie czuła się dobrze.

– Co zrobicie, panie starosto? – pytał niespokojnie.

– To, co nakazuje prawo – odparł pan Jeno. – Odstawimy ją do miasta. Będzie proces i wyrok.

– I stos? – upewniał się Oset.

– I stos.

PRÓBA WODY

Starosta Jeno nakazał odwiezienie pojmanej kobiety do Holsztyna, gdzie miała być sądzona pod zarzutem uprawiania czarów. Niespodziewanie napotkał na opór.

– Stać! – zawołał ktoś histerycznie wysokim głosem. – Zabraniam! Zabraniam do Holsztyna!

Pan Jeno odwrócił się i zobaczył niskiego, grubego księdza, który pojawił się nagle w rosnącym tłumie gapiów. Mimo wczesnej pory było ich już pełno, ludzi różnych stanów, przybyłych z ciekawości, ale przede wszystkich po to, żeby upewnić się co do wykonania kary na sprawczyni ich nieszczęść. Stali teraz koliskiem, w bezpiecznej odległości, ale pilnie baczyli na wszystko, co się dzieje.

Wołającym okazał się ksiądz Hubert, niedawny lipowski pleban, przegnany osobiście przez pana z Krasawy. Teraz przyjechał pospiesznie na spienionym koniu. Ludzie starosty próbowali go zatrzymać, wedle dawnego rozkazu, który zabraniał mu pokazywać się w pobliżu ziem pana Jeno.

Przedarł się jednak przez tłum i stanął przy jamie. Kłaniał się teraz z udawanym, bo przesadnym szacunkiem. Poznał już siłę i moc pana na Krasawie, ale miał w oczach zawziętość człowieka, który wciąż myśli, jak pomścić doznane zniewagi.

Krzyczał, groził i szarpał się ze strażnikami.

– Ja jestem tu najważniejszy! – wołał. – Tylko ja mogę rozstrzygać w tej sprawie, bo to mnie mianował biskup inkwizytorem. Słyszycie? Tylko ja!

Pan Jeno, wielce niezadowolony z jego obecności, nie mógł jednak nie zwracać uwagi na jego krzyki, zwłaszcza, że ksiądz Hubert wydobył z zanadrza dokument i wymachiwał nim nad głową.

– Nie do Holsztyna! – wrzeszczał. – Ja tak rozkazuję, ja inkwizytor!

Starosta kazał sprawdzić dokument, więc Mikołaj z Lipowej obejrzał pergamin z pieczęcią, a potem skinął głową.

– To dokument krakowskiego biskupa Piotra Wysza, napisany jego własną ręką. Ksiądz Hubert został mianowany głównym inkwizytorem.

Pan Jeno splunął.

– Niech robi swoje – powiedział, nie odwracając się i odszedł, zanim zdyszany duchowny przybiegł do miejsca, gdzie dotąd stali.

Tak więc ksiądz Hubert, główny inkwizytor krakowskiej archidiecezji, poprowadził odtąd sprawę zatrzymanej Nastki.

Na jego rozkaz przyprowadzono ją zaraz z wielkim hałasem nad strumień, bo ludzi gromadziło się coraz więcej, a każdy chciał na własne oczy zobaczyć to wszystko, co się wydarzy.

Ksiądz Hubert był w swoim żywiole. Z oczami pałającymi gniewnym blaskiem stał naprzeciw tłumu, prowadził modlitwy, a potem wygłosił wstępne oskarżenie.

– Ta oto niewiasta, znana pod imieniem Nastki, oskarżona jest o uprawianie czarów i rzucanie uroków. Dość zeznań zebrano w jej sprawie. Dość, żeby inkwizytor biskupi zarządził próbę wody. Tedy ją zarządzam. Tutaj i teraz.

Nastała cisza, bo choć spławianie czarownic zdarzało się i w przeszłości, tych którzy widzieli to na własne oczy, nie było wcale tak wielu, a każdy chciał zobaczyć. Ludzie liczyli też, że skoro właśnie Nastka jest ową groźną Wiedźmą z Biskupic, ustaną sprowadzone przez nią na Dolinę klęski i nieszczęścia. Klaskali więc z zadowolenia, krzyczeli, walili kijami o ziemię.

– Na śmierć! – wołano. – Na śmierć!

Przyprowadzono Nastkę, wiodąc za koniec łańcucha, który oplatał jej ręce. Śmiała się głośno, pokazywała różowy język, rozglądając się na boki, jakby zupełnie nie rozumiała powagi sytuacji. Kiedy przestawała na chwilę i podnosiła wzrok, wszyscy wokoło natychmiast odwracali głowy, bojąc się, że i teraz może rzucić urok albo zaczarować.

Ksiądz Hubert kazał żołnierzowi związać jej nogi, a potem przyprowadzić skrępowaną nad sam brzeg rzeczki.

– Będzie wykonana próba wody – oznajmił głośno i z namaszczeniem. – Próba wody, która wykaże, czy prawdziwe są oskarżenia wobec tej kobiety.

Zamilkł i przez chwilę sycił się ciszą, jaka zapanowała, i władzą, jaką miał w ręku, a ręka ta była teraz podniesiona do góry. Nieznośnie długo trzymał dłoń wzniesioną wysoko, zbyt długo chciał się napawać władzą. Napięcia nie wytrzymała Nastka, która nie wiedziała, czego od niej chcą. Nagle przerwała ciszę, rozchichotała się, a był to chichot zaraźliwy. Ktoś stojący niedaleko nie umiał się powstrzymać i także się roześmiał, a po nim śmiać się zaczęli inni i śmiali się dalej, nawet kiedy Hubert dał znak, a strażnik jednym pchnięciem w plecy strącił związaną kobietę do rzeki.

 

Od razu poszła na dno jak kamień, a jeszcze towarzyszył jej śmiech, który urwał się nagle, dopiero gdy woda zabulgotała, a chwilę później Nastka niespodziewanie wypłynęła na powierzchnię.

Ksiądz Hubert podszedł do brzegu i nie protestował, kiedy biegnąc i popychając się wzajemnie, zbliżyli się też i gapie. Wszyscy stali i patrzyli uważnie, co stanie się dalej. Nastka wypłynęła, wyraźnie widać było, jak łachmany oblepiają jej ciało, ale to ciało nie tonęło. Unosiło się teraz na powierzchni i wolniutko, razem z leniwym nurtem, przesuwało się w dół rzeki.

– Oto dowód! – wołał Hubert, puszczając się małymi krokami wzdłuż brzegu za płynącą Nastką. – Oto dowód jej winy!

Zakrzyknęli wszyscy z uznaniem i potwierdzeniem. Bo nie trzeba być inkwizytorem ani uczonym, żeby wiedzieć, że związany człowiek nie może unosić się na wodzie. Nie może pływać, jeśli nie pomagają mu nieczyste siły. A Nastce najwyraźniej pomagały.

Widzieli, jak wypluła wodę, która dostała się do jej ust, a zaraz potem usłyszeli znowu jej chichot. Płynęła już pięćdziesiąt czy więcej kroków i nic nie wskazywało na to, żeby się miała utopić. Gdyby się teraz utopiła, jeszcze bardziej świadczyłoby to o jej winie, bo każdy wie, że sprawiedliwy człowiek od razu idzie na dno.

– Dowód! – krzyczał ksiądz Hubert. – Wszyscy widzieliście dowód!

Zgromadzili się na brzegu i czekali, bo ciało Nastki spływało nadal z nurtem, ale było coraz bliżej lewego brzegu i nikt nie miał wątpliwości, że wkrótce tam dopłynie. Kilku pachołków czy kmieci skoczyło z drągami, zamierzając płynącą znowu skierować na środek rzeki, ale ksiądz zabronił.

– Nie wolno! – krzyczał. – Nie wolno! Ona teraz nie wasza, tylko moja. Należy do Kościoła! I Kościół wymierzy jej karę. Nie ważcie się łamać prawa w mojej obecności. Prawo mówi, że czarownicę, która przy pomocy diabelskich sztuczek uniknęła śmierci w rzece, należy dostarczyć do sądu, a ten podda ją szczegółowym badaniom i orzeknie spalenie na stosie.

Ludzie z drągami cofnęli się, a zbrojni starosty wyłowili czarownicę z wody i wyciągnęli ją na brzeg. Kiedy tak leżała tworzą do ziemi na trawie i piasku, jej ramionami wstrząsały dreszcze, nie wiadomo od chłodu czy tylko od śmiechu.

– Beczkę! – rozkazał ksiądz Hubert. – Dajcie beczkę!

Przytoczono zaraz wielką bekę przywiezioną niedawno z Dębowca i w niej umieszczono czarownicę, przykrywając naczynie. Biegli inkwizytorzy ostrzegali bowiem, żeby czarownicy nie pozwolić chodzić stopami po ziemi, bo od ziemi może ona ponownie nabrać mocy i należało jej to uniemożliwić. A ksiądz Hubert był biegłym inkwizytorem.

Beczkę załadowano na wóz zaprzężony w woły, który ruszył ku Częstochowie w otoczeniu gawiedzi, wśród okrzyków, pogwizdywań i pogróżek.

Ksiądz Hubert otarł rękawem pot z czoła i podbiegł do pana Jeno z Krasawy.

– Bardzo dziękuję, panie starosto – mówił zasapany – żeście przybyli na wezwanie i schwytali czarownicę. Teraz zawieziemy ją na sąd do Częstochowy. Zechciejcie ogłosić wszędzie, że zbierane są skargi i zeznania przez siedem dni od dzisiaj o czarach i urokach, jakich dopuściła się ta niewiasta, a potem...

Pan Jeno uciszył księdza gestem ręki.

– Synu – zwrócił się do Mikołaja. – Czy możesz powiedzieć ode mnie kilka słów temu człowiekowi?

Ksiądz Hubert aż poczerwieniał na taką zniewagę w obecności tylu ludzi rozmaitych stanów, ale nie miał odwagi zaprotestować.

– Powiedz mu, że za nic mam jego pochwały, uznanie czy podziękowania – przekazał zimno pan Jeno. – Powiedz mu, że jeśli wykonał swój obowiązek, niech się wynosi z mojej ziemi.

Mikołaj zwrócił się w stronę księdza i chwycił go za ramię, bo ten skulił się nagle i chciał uciec.

– Zostańcie – zażądał. – Mam wam coś do powiedzenia w imieniu mojego ojca.

Ksiądz Hubert próbował się wyrwać.

– Sam słyszałem.

– To dobrze – zmarszczył brwi Mikołaj. – To dodam jeszcze, żebyście nigdy nie odważyli się zwrócić do pana starosty bezpośrednio. Albo do mnie. A teraz precz!

Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»