Saga rodu z Lipowej 13: Śmierć wilkaТекст

0
Отзывы
Читать фрагмент
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Нет времени читать книгу?
Слушать фрагмент
Saga rodu z Lipowej 13: Śmierć wilka
Saga rodu z Lipowej 13: Śmierć wilka
− 20%
Купите электронную и аудиокнигу со скидкой 20%
Купить комплект за 373,64 298,91
Saga rodu z Lipowej 13: Śmierć wilka
Saga rodu z Lipowej 13: Śmierć wilka
Saga rodu z Lipowej 13: Śmierć wilka
Аудиокнига
Читает Joanna Domańska
231,34
Подробнее
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 13: Śmierć wilka

Saga

Saga rodu z Lipowej 13: Śmierć wilkaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2002, 2019 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726166934

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

WIESZCZEK

- Pokazać mu rozpalone żelazo!

Ponury, zarośnięty strażnik, który był pomocnikiem kata, a któremu niegdyś wyrwano język, skinieniem głowy odpowiedział na królewskie polecenie. Z paleniska wyjął żelazny pręt z końcem rozgrzanym do czerwoności. Podszedł do siedzącego na ziemi i powoli zbliżył żelazo do jego twarzy, żeby stary człowiek poczuł ciepło.

Król Jagiełło zbliżył się z drugiej strony.

– Gdzie moi synowie, Alabanie? – zapytał groźnie. – Gdzie moi synowie?!

Alaban, sławny wróż i wieszczek, rzucił się na kolana. Suchymi rękami o powykręcanych palcach próbował uczepić się królewskich stóp, ale strażnicy zatrzymali go na miejscu.

– Łaski, wielki królu! – zaskomlił. – Łaski! To już niedługo!

– Niedługo? – zapytał król. – Ostrzegałem cię, żebyś mówił prawdę, przepowiadaczu. Tylko prawdę. Obiecywałeś, a nie spełniło się nic z twoich obietnic. Dość tego! Wystarczająco długo już czekałem. Chcę prawdy, a nie bajania. I chcę synów!

Król był niezadowolony, bo już od dawna czekał na wywróżoną przez wieszczka odmianę. Któregoś dnia Alaban przyszedł i oznajmił:

– Gwiazdy wam niezwykle sprzyjają, wielki królu. Będziecie mieli wiele dzieci. Będziecie mieli wielu wnuków. Będziecie mieli wielkie królowanie.

– Kiedy? – zapytał król. – Kiedy to nastąpi?

– Niedługo, najjaśniejszy panie.

Dopytywał się potem jeszcze wielokrotnie. Wieszczek burczał coś pod nosem, ale dokładnej odpowiedzi nie umiał udzielić. Tymczasem czynił rozmaite sztuki. Wróżył z lotu ptaków, patrzył w gwiazdy. Prychał na miejscowych uczonych i wyśmiewał po cichu ich umiejętności, czym mu się zresztą odwdzięczali. Chodził w swojej długiej do ziemi, grubej szacie podobnej do koszuli, z wielgaśnym kijem w ręku, nie strzygł się i nie golił, nie dbając o długie siwe włosy i długą rozczochraną brodę.

– Gwiazdy żądają cierpliwości – powtarzał. – Cierpliwości.

Wreszcie król stracił cierpliwość. Osobiście udał się do izby Alabana, urządzonej w baszcie Wawelu. Kazał towarzyszącym mu ludziom wynieść z niej wszystko, wszystko do ostatniej rzeczy, wszystko co tylko wieszczek zgromadził przez te lata. Komnata, piękna, wygodna komnata, stała się ponura, zimna i pusta, a głos w niej pobrzmiewał smutnym echem.

– Żebyś mógł łatwiej myśleć – powiedział król.

A potem kazał rozgrzać żelazo.

– Niedługo. Już niedługo – drżącym głosem obiecywał Alaban.

ŻÓŁTE MLECZE

Czerwiec 1393

Na wysokim, lewym brzegu Narwi, na wprost miejsca, gdzie od wschodu wpadały do niej wody rzeki Supraśl, był gród Złotoryja, mający strzec tej części Mazowsza. Kończono przy nim prace, wzmacniając ziemne wały zwieńczone częstokołem.

Widać stąd było całą okolicę, dość płaską, słabo zalesioną, polną i podmokłą. Rudolf z Lansbergu, Niemiec w służbie księcia mazowieckiego Janusza, w koszuli tylko i w portkach, z brzozową witką w ręku, dwoił się i troił, poganiając robotników. Lada chwila spodziewał się księcia, który osobiście chciał zobaczyć postęp prac.

U stóp grodu, wzdłuż rzeki, po obu stronach drogi, leżała niewielka osada. Pędzono nią właśnie ku grodzkiej bramie małe stado bydła. Rudolf, mężczyzna niski, barczysty, z rudą brodą i bladymi oczami, zatrzymał się i przyglądał nadchodzącym. Wcale się nie spieszyli w ten skwarny dzień. A tyle jeszcze zostało do zrobienia.

– Już ja ich pospieszę! – mruknął do siebie i gestem przywołał pomocnika.

– Gotowe – oświadczył tamten. – Komnata przysposobiona jak należy, książę może zjechać choćby i zaraz.

Rudolf pokiwał głową, ale nie był zadowolony. Księciu łatwo było rozkazywać, choć nie wyłożył dość pieniędzy. Ludzie pracowali leniwie, stale należało popędzać, a postęp robót nie był taki, jak oczekiwał. Drzewo ściągano z daleka, dobrze, że chociaż kamieni w pobli¬żu nie brakowało.

O milę na północ od Złotoryi, na skraju zagajnika, za którym rozpościerała się rozległa łąka, cała pokryta jaskrawożółtymi mleczami, kto inny także z wielką niecierpliwością wypatrywał księcia mazowieckiego.

Kilkanaście koni stało pomiędzy drzewami, jeźdźcy zaś leżeli w zaroślach, znużeni długim czekaniem. Tylko jeden człowiek czuwał na skraju łąki, z natężeniem wpatrując się w pobliską drogę.

Miał na sobie zniszczony podróżny strój i gdyby nie miecz przy boku, nikt nie rozpoznałby w młodym mężczyźnie sławnego z dzielności Alberta von Neuburg, brata Zakonu Najświętszej Maryi Panny.

Stał oparty o drzewo, przesuwając palcami lewej ręki paciorki drewnianego różańca i poruszając ustami, odmawiał modlitwy.

Drugi już dzień czekali w zaroślach niczym wilki na zdobycz. Ludzie milczeli, bo nakazał im milczenie pod najsurowszą karą. Bali się spotkania z jakim oddziałem zbrojnym lub kimkolwiek z miejscowych, kto mógłby odkryć ich obecność w okolicy i w ten sposób uniemożliwić przeprowadzenie zasadzki. Na razie jednak los sprzyjał. Nie spotkali nikogo, więc nie spodziewali się, żeby w grodzie wiedziano o ich obecności.

Von Neuburg skończył dziesiątkę różańca, przeżegnał się i przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien zacząć następnej. Ale porzucił tę myśl, bo daleko w perspektywie drogi dostrzegł kurzawę i od razu wiedział, że oczekiwanie dobiegło końca.

Jakiś czas jeszcze patrzył przed siebie, żeby się upewnić. Ku grodowi podążało spiesznie kilku jeźdźców.

Brat Albert oderwał się od drzewa, schował różaniec w zanadrze i zawołał ku swoim:

– Wstawać!

Poznali po głosie, że chwila nadeszła, więc bez ociągania porwali się z trawy, chwytając broń i dosiadając wierzchowców. W pełnej gotowości czekali na rozkazy. Von Neuburg wsiadł na swojego konia i mając przy boku giermka, wyjechał ku skrajowi zagajnika.

– Nie wychylać się bez pozwolenia! – nakazał.

Nadjeżdżający byli już o pięćset kroków. Von Neuburg uważnie lustrował mały oddział. Tylko trzech miało ze sobą kopie i na tych trzeba było uważać, pozostałych kilku da się łatwo pokonać.

Ośmiu jeźdźców. Ten na przedzie, bez zbroi i kopii, to niewątpliwie książę Janusz Mazowiecki. Jeszcze tylko dwieście kroków i dojadą do zagajnika.

Brat Albert odwrócił się i dał ręką znak, żeby jego żołnierze rozdzielili się na dwie grupy, jak było wcześniej umówione. Ci zaś, znudzeni długą bezczynnością, aż się rwali do roboty i już wypełniali rozkazy, nie czekając na słowne wyjaśnienia.

Skinął ręką, by strzelcy, których miał tu kilku, wyszli nieco do przodu. Stanęli w rzędzie z przygotowanymi kuszami i wystrzelili prawie jednocześnie.

Niby grom uderzył w nadjeżdżających. Zakotłowało się na przedzie, oddział zatrzymał się gwałtownie, jakby trafił na niewidzialną ścianę. Ktoś padł z siodła, pod innym zwalił się koń, ktoś gwałtownie ściągnął wodze, a jadący za nim nie zdążył wyhamować i wpadł na poprzednika.

– Żywcem brać! – krzyknął brat Albert.

Wyskoczyli z lasu, otoczyli, rzucili sznurami, a dwaj jeźdźcy z przygotowaną siecią podjechali do księcia niczym podczas jakiejś zabawy. Nie zdążył nawet wyjąć broni, zajęty próbą opanowania konia i zaraz obaj zwalili się na ziemię.

Nie padło ani jedno słowo, a już było po walce. Dwóch jeźdźców nie dawało znaku życia, inni leżeli już z więzami na rękach, a von Neuburg zatrzymał konia tuż przy sieci, w której plątał się stary ksią¬żę.

Kilka razy omawiali plan ataku, więc wszystko poszło bardzo sprawnie. Odprowadzono pojmanych do zagajnika, gdzie zaniesiono także poległych. Tylko na drodze pozostały głębokie ślady końskich kopyt, które strzelcy zacierali teraz gałęziami.

Księcia Janusza wyplątano z sieci, ale wcześniej, choć wrzący z wściekłości, zorientował się, że pułapka była zastawiona bardzo szczelnie.

– Nie wiecie, ktom jest! – krzyczał, próbując wyrwać się z rąk żołnierzy. – Głową zapłacicie za tę zbrodnię. Nie wiecie, na kogo się poważyliście!

Albert von Neuburg zszedł z konia, zbliżył się i ukłonił.

– Przeciwnie – powiedział po polsku. – Dobrze wiemy, kim jeste¬ście, szlachetny książę.

– Wiedzieliście i podnieśliście na mnie rękę na mojej własnej ziemi?

Był oburzony, niemal wściekły.

– Wy kto? – zapytał. – Bo to chyba z waszego rozkazania dokonano tego bestialskiego napadu?

– Jestem brat Albert von Neuburg.

– Brat? Brat zakonny? Krzyżak?

– Brat Zakonu Najświętszej Maryi Panny. Bo w mocy Zakonu się znaleźliście, szlachetny książę.

– To moja ziemia, nie zakonna – przypomniał Janusz. – A was za ten napad gardłem będą karać. Natychmiast dowie się o tym wielki mistrz i...

– Wybaczcie – von Neuburg nie pozwolił dokończyć. – Będzie lepiej, jeśli od razu wyjaśnimy sobie wszystko. Nie ma potrzeby, byście mnie straszyli wielkim mistrzem, bo to za jego zgodą czekałem tutaj na was.

– Mistrz dał pozwolenie na czyn tak haniebny? To rzecz niesłychana! Choć po zbrodniczym Konradzie nie mogłem spodziewać się niczego innego.

 

Książę ochłonął już nieco i wiedział, że sprawa przedstawia się poważnie. Stosunki Mazowsza z Krzyżakami nie układały się najlepiej. Pogranicze wciąż stało w ogniu, a książę wspierał zbrojnie dzia¬łania wojenne króla Jagiełły. I choć wielki mistrz co i raz zapewniał księcia o swojej przyjaźni, nic nie robił, żeby ukrócić zbrojne napady na mazowiecką ziemię.

– Czego chcecie wy i wasz mistrz? – zapytał.

– Dowiecie się – von Neuburg niespiesznie rozglądał się po swoich, którzy dokładnie powiązali już pojmanych i rzucili ich jednego obok drugiego na trawę.

– Okupu?

– Dowiecie się – powtórzył.

Potem zapewnił o swoim poważaniu i o tym, że tak dostojny jeniec będzie traktowany z należytym szacunkiem.

Książę Janusz splunął z pogardą.

– Dobij mnie, zbrodniarzu! – wycedził przez zęby. – Dobij mnie, tylko wcześniej nie zapomnij związać, ty tchórzu!

Von Neuburg pokręcił głową.

– Nie każę was wiązać, szlachetny panie. Nie ośmieliłbym się tego uczynić. Ale chyba widzicie, że jesteście w naszej mocy i na nic nie zda się jakikolwiek opór. Obiecajcie tedy, że na jakiś czas pogodzicie się z dolą jeńca, a zapewniam, niczego wam nie zabraknie.

Książę splunął powtórnie.

– Nigdy w życiu! – rzucił z mocą. – Nie daj Bóg, żebym obiecał ci cokolwiek poza śmiercią w męczarniach. Nie może taka sprawa pozostać bez zemsty, tak ludzkiej, jak i boskiej.

Brat Albert zacisnął usta.

– Próbowałem po dobroci – powiedział groźnie. – Teraz uprzedzam, byście zachowywali się jak na rycerza przystało. Przybyliśmy tutaj z zadaniem, które wypełniliśmy w połowie. I przysięgam wam, że drugą połowę też wypełnimy. A druga połowa to dostawić was w bezpieczne miejsce. Szlachetny wielki mistrz rozstrzygnie o waszym losie. Przysięgałem, że was dostarczę, żywego albo tylko waszego trupa. Mnie wszystko jedno, bo tak czy inaczej jesteście wrogiem Zakonu, a już najmniej człowiekiem nieżyczliwym, choć tyle was spotkało od nas dobroci i dowodów przyjaźni.

Było coś w głosie brata zakonnego, co kazało księciu zastanowić się nad dalszym postępowaniem. Von Neuburg robił wrażenie człowieka zdecydowanego na wszystko, gotowego do każdej podłości.

– Cóż dalej? – zapytał książę. – A moi ludzie?

– Ich także weźmiemy z sobą, choć nie o nich nam chodzi. Gdyby nie to, że mogliby wezwać pomoc, już teraz puścilibyśmy wszystkich wolno. Musimy ich jednak ciągnąć ze sobą, ale może zwolnimy gdzie po drodze. Wy jesteście naszym celem.

Książę usiadł, rękami podpierając siwą głowę.

– Jesteście młody, bracie von Neuburg – powiedział po chwili. – Nie wiecie, jak bywało dawniej i jak powinno być między rycerskimi ludźmi. Ale się dowiecie. Tymczasem nie straszcie mnie, bo nie tacy próbowali już na mnie przeprowadzić swoją wolę.

Brat Albert stanął naprzeciw księcia.

– Wiem, co o mnie myślicie i macie rację, że jestem nikim wobec potęgi Zakonu. Ale wyznaczono mi zadanie, a ja poprzysiągłem, że je wypełnię. I po raz wtóry przysięgam przed wami, że owo polecenie wypełnię dokładnie i do końca, nie bacząc na żadne przeszkody ani trudności. Słyszycie, panie? Na nic nie zważając. Jeśli mnie zmusicie, powiozę was jak tobół, za nic mając waszą książęcą godność. Tedy po rycersku proponuję, byście dali słowo, że nie będziecie próbowali uciekać i zastosujecie się do moich poleceń. Wtedy dam wam konia i nie każę wiązać. W przeciwnym wypadku...

Książę Janusz splunął z pogardą.

– Niedoczekanie, żebym dał słowo zbrodniarzowi.

Neuburg uśmiechnął się wąskimi wargami.

– Tedy odmawiacie?

– Prędzej ten las zamieni się w jezioro! Nie tylko odmawiam, ale dobrze zapamiętam, że mi to proponowałeś, człowieku. W stosownym czasie wezwę cię, żebyś z tego zdał rachunek.

Neuburg machnął ręką zniecierpliwiony.

– Dość! – przerwał, zapominając o należnym szacunku.

Odwrócił się do swoich i gestami wydał im rozkazy. Skoczyli gromadą na księcia, skrępowali ręce i nogi, w usta włożyli knebel. Brat Albert pochylił się nad tłumokiem, którym był teraz Janusz Mazowiecki, i powiedział z pogardą:

– Bóg decyduje o ludzkich losach, książę. A że go nie ma w tym pogańskim kraju, decyzje należą do mnie.

Brata Alberta von Neuburg czekała wielka nagroda. W Ragnecie stanął przed wielkim mistrzem i osobiście złożył mu sprawozdanie.

– Pochwyciłem księcia Janusza i jako jeńca przywiodłem do naszego zamku, gdzie kazałem dobrze pilnować. Zapowiedziałem, zgodnie z waszą wolą, że nie zostanie uwolniony wcześniej, nim zgodzi się na wasze warunki, szlachetny mistrzu.

Konrad Wallenrod uśmiechnął się zadowolony. Oto został upokorzony pyszny pan, urągający Zakonowi na każdym kroku. Janusz Mazowiecki jawnie okazywał przyjaźń polskiemu królowi i nie tylko posyłał mu trzystu kopijników na wyprawy, ale i sam w nich uczestniczył. A teraz znalazł się w mocy Zakonu. Trzeba tylko odpowiednio wykorzystać tę sytuację.

Rozradowany mistrz uściskał pana von Neuburg i nazwał go bohaterem. Brat Albert był szczęśliwy.

– Czy nie doznał jakowejś szkody albo znieważenia? – zapytał zaraz potem z niepokojem Wallenrod. – Nie godzi się, żeby był traktowany jak byle jaki jeniec. Trzeba więc zadbać, aby miał wszelkie wygody.

– Jest pyszny i pewny siebie – zauważył brat Albert. – Za nic ma Zakon i nie zamierza wyrzec się przyjaźni z owym dzikim Litwinem, który mieni się polskim królem.

– Zrobisz, jak rozkazałem – zmarszczył brwi Wallenrod. – Każesz go umieścić w ogrzanej izbie, dasz człowieka do posługi i zadbasz, żeby mu na niczym nie zbywało. Straży zaś zapowiesz surowo, żeby odnosiła się do jeńca z szacunkiem.

– Jak każecie, szlachetny mistrzu.

– Gdzie jest?

– W Angerburgu. Towarzyszących mu ludzi, kiedy byłem już pewny, że nie ucieknie, kazałem wypuścić. Oni rozniosą wieść, kogo pojmaliśmy.

– Dobrze – Wallenrod machnął dłonią, nie wiadomo czemu nagle rozdrażniony. – Niech skruszeje trochę, zanim się z nim rozmówię. Ty tymczasem zadbaj, żeby rozkazy wprowadzono w życie.

– Będzie, jak sobie życzycie, mistrzu – skłonił się von Neuburg. – Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość. Rychło możemy się spodziewać żądań od książąt, królów i samego papieża, domagających się uwolnienia jeńca. Jeśli nasz plan ma się udać, musimy być nieczuli na te prośby.

– Nie ma obawy, bracie Albercie – mistrz aż zatarł ręce z zadowolenia. – Cierpliwość jest trudną cnotą, ale bardzo skuteczną. Na razie będziemy wszystkiemu zaprzeczać. Przynajmniej póki książę nie podpisze dokumentów i nie złoży nam przysięgi na wierność.

KROLEWSKIE ZAJĘCIA

Król Władysław Jagiełło stał u stóp Wzgórza Wawelskiego i z zadartą głową oglądał wyniki trudu mistrzów murarskich, pracujących nad przebudową zamku.

Niepokoje ostatnich lat wyciszały się, ale nigdy dość bezpieczeństwa, więc król wydał rozkaz podwyższenia murów obronnych, rozbudowy oraz wzmocnienia baszt i wież. Kazał także przebudować sam zamek, bo dotychczasowe pomieszczenia wydawały się za ciasne i za skromne na potrzeby rozrastającego się dworu, goszczącego stale mnóstwo ludzi z rozmaitych krajów, książąt, posłów, dostojnych uczonych, artystów. Dwór tętnił życiem, ledwo na noc uspokajał się nieco gwar, rwetes i ruch.

Jagiełło tęsknie poglądał ku Litwie, a i tam zdawało się, że najtrudniejszy okres minął i nadszedł czas pokoju, trzeba więc było zająć się sprawami królestwa. I trzeba było coś zrobić ze skarbami, jakie przed kilku laty przywiózł do Krakowa. Owe legendarne skarby to był warunek, jeden z warunków, uzyskania korony. Król był dojrzały w latach i mądry. Zamiast roztrwonić wszystko na rozrywki, przebudowywał zamek. Dla siebie, dla pani Jadwigi, dla swoich synów, których miał nadzieję jeszcze się doczekać.

Za przykładem króla poszli i inni. Dostojnicy kościelni, biskupi, kanonicy, panowie królestwa kazali na wzgórzu wyburzać stare drewniane i niewygodne domy, a budować nowe, z kamienia i cegły, przestronniejsze, wyższe, wygodne. Wzgórze stało się jednym wielkim placem budowy.

Od strony zamku nadchodził kanclerz Zaklika. Spieszył się, podbiegał, najwyraźniej miał coś ważnego do przekazania. Dojrzał króla w tłumie dworzan i skierował się wprost do niego, z daleka ukłonem prosząc o natychmiastowe posłuchanie. Jagiełło zostawił swoje otoczenie i skinął na kanclerza, aby się zbliżył.

– Mój Zaklika – powiedział, marszcząc brwi. – Po twojej minie widzę, że mnie nie uradujesz. Nie jestem zadowolony, że stale przynosisz mi liche wieści.

Kanclerz skrzywił się z powodu przygany. Jemu też było przykro, że wciąż musi przedstawiać królowi niepomyślne wiadomości.

– Zechciejcie wybaczyć, najjaśniejszy panie – sapał z wysiłku po zejściu z góry. – Zechciejcie wybaczyć, ale to pilne. Przybyli posłowie króla węgierskiego...

Jagiełło machnął ręką.

– Nie dziś – powiedział stanowczo. – Wkrótce ruszam w objazd kraju, więc może w drodze znajdę dla nich nieco czasu.

– Ale Turcy, miłościwy panie! – wołał Zaklika przejęty. – Turcy! Pokonali Bułgarów, a teraz zagrozili Węgrom. Wasz dostojny szwagier, król węgierski Zygmunt, przysłał poselstwo i...

Jagiełło niecierpliwie wzruszył ramionami.

– Chwilowo mam swoje zajęcia – odpowiedział. – Dotyczą mojego królestwa i Litwy. Jeśli znajdę wolną chwilę, posłucham, jak sobie radzą Węgrzy. Czy nie planowałeś udać się ze mną do Wielkopolski? Bardzo dobrze. Pogadamy po drodze. Także i o Węgrach.

Kanclerz uległ.

– Skoro tak sobie życzycie, miłościwy panie. Ale jest coś jeszcze...

Jagiełło westchnął ciężko.

– Mój Zaklika – powiedział z naganą. – Panowie zapewniali mnie, że jeśli uczynię cię kanclerzem, będę miał wiele spraw ułatwionych. A tymczasem nie ma dnia, żebyś nie przychodził do mnie z czymś, co sam powinieneś załatwić.

– Robię, co mogę, najjaśniejszy panie. Ale przecież gdy chodzi o księcia Janusza Mazowieckiego...

Ton króla zmienił się natychmiast.

– Co z nim?

– Pojmany przez Krzyżaków.

– Co takiego?!

– Jak słyszeliście, miłościwy panie. Właśnie przybył goniec i dlatego ośmieliłem się przerwać wasze zajęcia.

Wiadomość była tak nieoczekiwana, że król Jagiełło natychmiast zmienił swoje plany.

– Wracajmy na zamek – polecił. – A ty, Zaklika, nie trać czasu i opowiadaj, co o tym wiadomo.

– Przyjechał Rudolf z Landsbergu, dowódca załogi zamku w Złotoryi. Księcia Janusza pojmano w drodze do grodu. Wedle świadków tego haniebnego wydarzenia książę jest żywy, choć pobito ludzi, co stanęli w jego obronie. Pan Rudolf twierdzi, że nie była to samowola, ale raczej rozkaz kogoś wysoko postawionego w Zakonie, może nawet samego mistrza. Wyraźnie był rozkaz, żeby księcia brać żywcem.

– Chwała Bogu, że nie posunęli się do gorszej zbrodni – westchnął Jagiełło, gestem wzywając pachołka, by przyprowadził królewskiego konia, żeby monarcha nie musiał osobiście wdrapywać się stromą drogą na Wawel.

– A syn księcia? – zapytał.

– Jeszcze nic nie wie. Kazałem go wezwać, ale chciałem byście sami rozstrzygnęli, czy i co mu powiedzieć.

– Dobrze – pochwalił król.

Konno piął się na Wawel, mając u boku jedynie kanclerza i tylko z nim ruszył do komnaty, gdzie zamierzał przyjąć posłańca z Mazowsza. W wielkiej pustej sali pracowali jeszcze stolarze, których teraz kanclerz wyprawił za drzwi. Monarcha przysiadł właśnie na ławie, kiedy przez straże przedarł się ku niemu jedenastoletni chłopak, jasnowłosy, przejęty i przestraszony.

– Czy to prawda, najjaśniejszy panie? – wołał od progu. – Czy to prawda, że mojego ojca schwytano w niewolę i nawet nie wiadomo, czy żyje?

Król Jagiełło z naganą spojrzał na kanclerza.

– Nikt jeszcze nie wie... – przedrzeźniał. – Nikomu nie mówiłem...

– Nie mówiłem, miłościwy panie – zaklinał się kanclerz. – To ten posłaniec musiał wszystko wypaplać.

– Pewnie, pewnie – król był mocno niezadowolony. – Tak czy inaczej, chyba będziemy musieli poważnie porozmawiać, mój Zaklika.

Po czym zwrócił się do chłopaka, który przyklęknął przed ławą.

– Siadaj, chłopcze – polecił, klepaniem wskazując miejsce obok siebie. – Siadaj, słuchaj i ucz się. A nie płacz czasem, choćby nie wiem, co się zdarzyło. Łzy nie przystoją władcy, jak i nie powinien on objawiać wszystkim swoich uczuć i myśli.

Chłopak otarł twarz wierzchem dłoni.

– No, znacznie lepiej – uśmiechnął się Jagiełło. – Poproś posłańca, panie Zaklika.

 

Rudolf z Landsbergu wszedł tylko nieco otrzepany z kurzu drogi, z wyraźnymi smugami brudu na czerstwej twarzy, nisko kłaniając się przed majestatem.

– Wybaczcie, najjaśniejszy panie, że przynoszę niedobre wieści.

– Do rzeczy – przykazał król.

– Krzyżacy pojmali mojego pana, księcia mazowieckiego Janusza i uwieźli go w nieznanym kierunku.

– Czy to pewne?

– Niestety, to najpewniejsze, najjaśniejszy panie. Pozwólcie, żebym przedstawił wszelkie okoliczności tego nieszczęścia.

– Przedstawcie – skinął monarcha. – Zważajcie tylko, że siedzi tu obok mnie jego jedyny syn.

Książę Janusz, syn księcia Janusza, przygryzł wargi i zacisnął pi꬜ci, gestem głowy odpowiadając na ukłon rycerza.

– Wszystko w porządku, miłościwy wuju – zapewnił z godnością dorosłego. -Wysłuchamy wszystkiego w spokoju.

Chwilę później jednak, kiedy poznano już szczegóły porwania, a posłańca odprawiono, żeby odpoczął, Janusz młodszy rozpłakał się otwarcie.

– Ja proszę, Wasza Królewska Mość! Błagam was o pomoc dla mojego ojca!

Jagiełło łagodnie pogłaskał chłopca po głowie.

– Zrobimy wszystko, co do nas należy – zapewnił. – Natychmiast wyślemy listy z żądaniami do wielkiego mistrza Wallenroda i natychmiast powiadomimy wszystkich naszych krewnych, przyjaciół i wasali, żeby wystąpili z podobnymi listami w swoim imieniu. Uczynię też kilka innych potrzebnych działań, o których teraz nie mogę ci powiedzieć.

– Co to znaczy, Wasza Królewska Mość? Czy to pomoże mojemu ojcu?

– Nie wiemy, co może pomóc, ale musimy spróbować wszystkiego.

A potem, choć byli sami w komnacie, przyciszył głos i zapytał:

– Czy potrafisz dochować tajemnicy, chłopcze?

– Tak, miłościwy wuju. Jeśli zechcecie mi coś powierzyć, będę milczał jak grób.

– Rządzenie księstwem czy królestwem jest trudną sztuką. Trzeba się jej długo uczyć. Wszyscy mówią, że jesteś pojętny, a i sam to zauważyłem. Teraz przyszedł na ciebie czas próby i musisz wyjść z niej zwycięsko. Właśnie jak dorosły, odpowiedzialny rycerz i człowiek. Patrz więc i ucz się.

– Tak, miłościwy wuju.

– W rządzeniu trzeba czasem sięgnąć do sposobów tajnych, skrytych, znanych mało komu. Służą do tego ludzie, których nazywamy szpiegami. Bardzo dobrych szpiegów mają Krzyżacy, choć powiada się, że nie ma lepszych od tych, jakimi dysponuje turecki sułtan. Ale i ja mam swoich ludzi, którzy donoszą mi o tym, co dzieje się na ziemiach zakonnych. To od nich dowiemy się więcej o losie twojego ojca. I przysięgam ci, chłopcze, że nakażę im, aby w sprawie twojego rodzica mieli jak największe staranie.

Janusz rozpłakał się znowu.

– A jeśli będzie za późno? – zapytał z niepokojem. – Jeśli mojego ojca zgładzono w tajemnicy albo otruto jak księcia Henryka?

Król pokręcił głową.

– Nie, mój mały – rzekł z przekonaniem. – Tak się na pewno nie stało. Nie można wykluczyć zbrodniczych zamiarów krzyżackich, ale nie sądzę, żeby miały się już teraz spełnić.

– Ale skąd to wiecie, najjaśniejszy panie? Niczego takiego nie powiedział ów rycerz Rudolf, posłaniec ze Złotoryi. Czy przybył także jaki inny goniec?

– Nie, chłopcze. To coś, co podpowiada mi mój rozum. Myślę, że gdyby napastnicy chcieli zgładzić księcia, zrobiliby to już na miejscu zasadzki. A wtedy ja i być może inni jego krewni powiedlibyśmy wielką wyprawę przeciw Zakonowi. Bo choć państwo krzyżackie jest duże i silne, nie dałoby pewnie rady wszystkim naraz. I oni dobrze o tym wiedzą. Nie pokonali Litwy, nie pokonaliby wojsk moich, mazowieckich, litewskich, ruskich i innych. Więc jestem spokojny o życie twojego ojca. Natomiast owi zbóje, co go napadli na drodze, nie zrobili tego dla zabawy ani dla małego zarobku. Prawdopodobnie liczą na coś więcej. Może chcą, aby zrzekł się księstwa.

– Mój ojciec nigdy tego nie zrobi! – żarliwie zapewnił Janusz.

– Też tak myślę. Książę jest w trudnej sytuacji, ale i jednocześnie w łatwej. Nie może oddać władzy, bo przecież jesteś ty jeszcze i gdyby Mazowsze chcieli zająć Krzyżacy, udzieliłbym ci pomocy. Twój ojciec nie może też wyrzec się przyjaźni ze mną i przejść na sojusz z Krzyżakami, dokładnie z tego samego powodu. Ten powód to ty.

– Z mojego powodu? – zdziwił się Janusz. – Co to znaczy?

– Bo jesteś moim umiłowanym gościem – uśmiechnął się Jagiełło. – I moim zakładnikiem, mój chłopcze.

– Zakładnikiem?

– A jakże. Przynajmniej tak to wygląda z krzyżackiej strony. Zatem nie obawiajmy się o życie twojego ojca, a pomyślmy, jak mu można dopomóc.

Zaraz po rozmowie z młodym księciem mazowieckim Jagiełło polecił wezwać kilku panów na pilną naradę i trwała ona aż do końca tego dnia.

Król był bardzo zmartwiony. Odżyły podejrzenia, głośne przed kilkoma miesiącami. Ledwo pół roku wcześniej zginął otruty książę Henryk, przyrodni brat księcia Janusza. Snuto domysły, że mogła to zrobić jego świeżo poślubiona małżonka, litewska księżniczka Anna Ryngałła, ale powszechnie o zbrodnię oskarżano Krzyżaków. Henryk był bowiem zwolennikiem polskiego króla i to on wywiódł w pole dostoj-ników krzyżackich. Sprytnie przedarł się w czas wojenny przez ich ziemie i doprowadził do pogodzenia się księcia litewskiego Witolda z królem polskim, co zaowocowało porozumieniem wymierzonym przeciw Zakonowi. Czy zatem nie mieli oni powodów, żeby usunąć księcia Henryka? A jeśli posunęli się do zbrodni w tym przypadku, czy nie są zdolni pójść dalej i próbować usunąć kolejnego księcia mazowieckiego?

Całe szczęście, że jedyny syn Janusza przebywał pod królewską opieką na Wawelu.

– Krzyżacy rozpuszczają wieści, że pojmą każdego z przyjaciół króla polskiego i litewskiego księcia Witolda – przedstawiał królewskiej radzie wieści kanclerz Zaklika. – Ogłaszają, że ich nie wypuszczą, aż dostojni jeńcy nie poprzysięgną sojuszu z Zakonem. Trzeba nam zatem rady, jak postąpić w tej sytuacji.

Król Jagiełło milczał, gdy bliscy mu panowie żywo zastanawiali się, jak należy skutecznie działać i co mają podpowiedzieć władcy.

Jedni radzili układy, pisma i obietnice wysokiego okupu, inni zaś proponowali zbrojnie najechać ziemie zakonne i w ten sposób zmusić Krzyżaków do wydania księcia Janusza.

– Trzeba szybko pisać listy – podpowiadał wojewoda Spytek z Melsztyna. – Do wszystkich. Do krzyżackiego mistrza i kapituły, do królów i książąt, i prosić ich o wstawiennictwo. Ten gwałt musi się odbić echem w całym chrześcijańskim świecie. Panowie zakonni nie ważą się na zbrodnię na oczach wszystkich. A my zyskamy na czasie.

Teraz dopiero przemówił król Jagiełło.

– Od tego właśnie zaczniemy. I poproszę najjaśniejszą panią, żeby napisała stosowny list do Ojca Świętego.

Dał znak, że naradę uważa za zakończoną i panowie odchodzili, kłaniając się nisko. Pozostał tylko kanclerz, siedzący u królewskiego boku z zasępioną twarzą.

– Mój Zaklika – westchnął król. – Trzeba, żebyś dokładnie pouczył swoich szpiegów. Musimy wiedzieć, jaki jest los księcia. Gdzie go trzymają, kto go pilnuje i tak dalej. Sam wiesz najlepiej.

– Oczywiście, miłościwy panie – podniósł się kanclerz. – Zdobycie tych informacji będzie wymagało czasu i wysiłku, więc pozwólcie, że i ja odejdę.

– Czy po drodze możesz uprzedzić najjaśniejszą panią, że pragnę z nią mówić bez zwłoki?

– Tak, miłościwy panie. Sądzę, że o tej porze znajdziemy ją w skryptorium.

W skryptorium było zimno, chłód ciągnął od nowo wybudowanych murów, a nie istniało tu żadne ogrzewanie. Od czasu do czasu któryś z kopistów wstawał ze stołka, robił po izbie kilka kroków, rozgrzewając ramiona, albo tarł zgrabiałe palce.

W pomieszczeniu były dwa wąskie i wysokie okna. Po obu stronach pierwszego stały po dwa drewniane pulpity, przy których pracowali kopiści zwani katedralisami. Przy drugim oknie znajdowały się dwa inne, nieco większe pulpity. Jeden zajmował mistrz Piotr, młody jeszcze, ale zdolny iluminator, malujący piękne obrazy w księgach i cieszący się szczególnymi względami królowej. Drugi zajmowała sama pani Jadwiga, która z ciekawością ogląda¬ła niedawno wykonaną pracę i szeptem wymieniała uwagi z siedzącą obok niewiastą.

– Miałeś rację, mistrzu – powiedziała teraz, podnosząc głowę znad księgi. – Warto było poczekać na zakończenie dzieła. Wykonałeś wspaniałą robotę.

Iluminator z zadowoleniem zatarł ręce, których końce palców pobrudzone były jeszcze farbami. Właśnie rano skończył ilustrowanie księgi i wreszcie mógł powiadomić królową, która od tygodni oczekiwała na zakończenie pracy.

Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»