Saga rodu z Lipowej 1. Miłość i wróżbyТекст

Читать фрагмент
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Нет времени читать книгу?
Слушать фрагмент
Saga rodu z Lipowej 1. Miłość i wróżby
Saga rodu z Lipowej 1. Miłość i wróżby
− 20%
Купите электронную и аудиокнигу со скидкой 20%
Купить комплект за 372,26 297,81
Saga rodu z Lipowej 1. Miłość i wróżby
Saga rodu z Lipowej 1. Miłość i wróżby
Saga rodu z Lipowej 1. Miłość i wróżby
Аудиокнига
Читает Joanna Domańska
230,49 216,66
Подробнее
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 1: Miłość i wróżby

Saga

Saga rodu z Lipowej 1: Miłość i wróżbyCopyright © 2001, 2019 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726166811

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

POCZĄTEK

Ziemia Kaliska, październik 1345

Jura podniósł gruby, sękaty kij i pogroził nim gromadzie.

– Stójcie! Sam to zrobię.

Zatrzymali się, bo choć pełni byli złości i to wściekłość przywiodła ich tutaj, czuli mores przed ciężką ręką kowala.

Stali półkolem, ledwie o dziesięć kroków, uzbrojeni w widły, kije, pałki i co tam kto miał pod ręką. Synowie sołtysa dzierżyli stary, ciężki ojcowski miecz. Nawet dzieci przybiegły z witkami. Dyszeli nienawiścią i strachem. Krzyczeli: Spalić czarowników!

Kowal podniósł dumnie głowę.

– Sam to zrobię – powtórzył. – I niech to spadnie na wasze dusze.

Odrzucił kij, śmiało podszedł do najbliższego z tłumu i wyrwał mu z ręki pochodnię. Potem wielkimi krokami zbliżył się do chaty. Śledzili uważnie każdy jego ruch. Może byli i tacy, którzy nie dowierzali, że ośmieli się podłożyć ogień, ale i oni czekali.

Jura otworzył drzwi i cisnął pochodnię do wnętrza chaty. Ledwie wycofał się o kilka kroków, dym już pokazał się w szparach ścian, potem zaczął przeciekać przez dach, aż wreszcie buchnął wysokim płomieniem.

Twarze zebranych łagodniały, w miarę jak pożar rozszerzał się i trzaskał. Wiedzieli, że wygrali i kowal nie zostanie tutaj. Nawet najbardziej zaślepieni nienawiścią widzieli wór, przygotowany do podróży, i zrozumieli, że już wygrali z przeklętym.

– Wynoś się! – powiedział ktoś, a tłum podchwycił głos z radosnym szumem.

Patrzyli, jak mocuje się z workiem, ale nikt nie śmiał podejść. Kowal zaś ani na chwilę nie opuścił sporego zawiniątka, które trzymał na lewym ramieniu. Wreszcie zarzucił wór na plecy, chwycił kij i wyprostowany stanął naprzeciw wszystkich.

Opuścili już wzniesione kije i pięści z kamieniami. Kowal się poddał, ale wszyscy, choć czuli siłę gromady, dobrze wiedzieli, jaki jest silny. Woleli patrzeć z daleka.

– Odchodzę – chrapliwie zawołał Jura i powtórzył swoją zapowiedź, jak gdyby chciał przekonać ich, że sam tak postanowił, że to nie oni zmusili go do porzucenia rodzinnego domu.

Odwrócił się do chaty, która była już jednym wielkim płomieniem, a po chwili raz jeszcze spojrzał na gromadę.

– Nie życzę wam szczęścia – cisnął. – Jeszcze tego pożałujecie!

Wtedy się poruszyli. Odpoczęli już po biegu na skraj wsi, widok ognia dodał im sił. Zamachali kijami, posypały się złorzeczenia i groźby.

– Idź precz!

– Nie chcemy tu czarowników!

– Wynocha!

– A choćby do piekła!

– Nawet się nie oglądaj!

Kowal splunął przed siebie z pogardą, a potem ruszył. Za krzykami od gromady poleciały patyki, kamienie, kępy zielska.

– Lucyperski pomiot!

– Przeklętnik!

– Czarcie nasienie!

Jakiś kamień dopędził go i boleśnie ugodził w ramię, akurat to, na którym trzymał zawiniątko. Syknął, ale nie przystanął i nie obejrzał się.

Szedł chyżo krętą ścieżką, która omijała pożółkłe zagony i wkrótce przez sosnowy lasek wywiodła go na pagórek. Tutaj zatrzymał się i spojrzał za siebie.

W dole leżała wieś, ukryta nieco za drzewami. Na jej krańcu dym wyznaczał miejsce, które niegdyś było domem.

– Nigdy! – powiedział z zawziętością. – Przenigdy nie stanie tu moja noga!

Zawiniątko zakwiliło. Kowal odstawił kij pod drzewo, ostrożnie odwinął płótno i spojrzał w drobniutką, czerwoną buzię dziecka. Patrzyło na niego dwoje zapłakanych oczu – jedno niebieskie, a drugie brązowe.

Mężczyzna wyciągnął rękę ku tej twarzy, a wtedy malutkie usta chwyciły jego palec i zaczęły ssać. Płacz umilkł. Kowal opatulił dziecko na powrót i wziął kij do ręki.

– W drogę! – rzucił prawie wesoło. – W drogę! Przekonajmy się, jak wielki jest ten świat!

Szedł równym krokiem i jeszcze przed wieczorem trafił na ścieżki, na których nigdy nie był. Prowadziły do miejsc, o których ledwie słyszał, a nie spotkał nikogo, kto by pochodził stamtąd. Przyszłość rysowała się nieodgadniona, niejasna, czaiła się gdzieś hen za górami.

Kroczył naprzód, mocnymi stopami wystukując rytm. Patrzył przed siebie i tylko czasem sprawdzał, popatrując na słońce, czy zdąża w wybranym kierunku: na południe. Nie zauważał prawie niczego, co mijał: trawiastych pagórków, jesiennego lasu, stawów i strumieni, zwierząt i ptaków. Nie widział ani barw, ani kształtów. Widział tylko zajętą ogniem chatę i twarz kobiety, której ciało spłonęło wraz z jego domem.

MAYO

W październiku zaczął padać śnieg, a miał leżeć aż do niemrawej wiosny. Padał i padał, i po trzech dniach odciął osadę od ścieżek wiodących ku innym wioskom. Za śniegiem i siekącym wiatrem przyszedł mróz, a za nimi głód. Nastał ponury czas.

Ludzie szybko wyjedli wszelkie zapasy. W listopadzie gotowali już tylko żołędzie albo korę z drzew.

W grudniu wymarli starcy, oni byli najsłabsi. Ciała wyniesiono za opłotki i zostawiono w zaspach do czasu, aż pogoda pozwoli na pochówek.

Mężczyźni jak dawniej wyprawiali się o świcie do lasu, ale rzadko przynosili cokolwiek do jedzenia. I choć używali śnieżnych rakiet, nie ośmielali się wychodzić poza zasypane ścieżki i bali się oddalać od wioski, a dwaj śmiałkowie, którym udało się dotrzeć aż na zachodni skraj lasu, zamarzli tam którejś nocy. Ich ciała znaleziono dopiero w następnym roku, kiedy na łąkach pojawiły się kwiaty.

Kilka tygodni zrównało wszystkich we wsi, nie było już bogatych i biednych, bo nikt nie miał wystarczających zapasów żywności po dwóch latach nieurodzaju i powodzi. Nawet w domu sołtysa nie było co włożyć do garnka. Ludzie przestali się odwiedzać, przekonani, że nie warto chodzić do sąsiadów, u których nic nie pożyczą.

I wszyscy, jak ich było w osadzie osiemdziesiąt jeden osób, mężczyźni, kobiety i dzieci, modląc się o przetrwanie, złorzeczyli losowi. Później i tego zaprzestali. Siedzieli w swoich chałupach i tępo patrzyli na śnieg.

W chacie kowala ostatnią garść mąki zużyto na początku grudnia.

– Zginiemy – mówił Jura do żony.

– Będzie, jak ma być – odpowiadała łagodnie Miłka. – Przecież kiedyś Bóg odwróci od nas te klęski. Ale gdyby nawet przyszło nam umierać, niech tak się stanie. Bylebyś tylko mnie kochał.

Kowal chodził z innymi po lasach albo wędrował sam, osłabiony z głodu i przemarznięty. Czasami coś przynosił, ale częściej jedli to, co inni – wywar z szyszek albo rozgotowane drobne gałązki.

Głód stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Ludzie dawno już wystrzelali ptaki i wyłapali zające. Zjedli zapasy przechowywane na czarną godzinę, wszelkie suszone mięso, wędzone ryby, kaszę i orzechy. Nie myśleli o tym, co będzie za kilka tygodni, bo musieli żyć teraz. Rąbali lód na strumieniu, usiłując znaleźć ryby, godzinami bro-dzili w lodowatej wodzie, chorowali i marli.

Na dwa dni przed Bożym Narodzeniem w chacie kowala została tylko jedna ryba – długa ledwie na dłoń, a schwytana z narażeniem życia w przerębli na rzece.

– Jesteśmy bogaci – powiedziała ze smutnym uśmiechem Miłka rankiem dnia wigilijnego. – Dam dużo wody do kociołka i ugotuję zupę, która starczy nam na długo.

O zmierzchu Jura wyszedł przed dom i wspiął się po zboczu pagórka położonego tuż obok chaty. Przed nim leżała cała wieś, prawie niewidoczna pod śniegiem, ciemna i ponura. Nie słyszał głosów ludzkich, nie widział ogni w chatach, tylko to ogromne, zimne, ciężkie, przygniatające niebo.

W ciszę wieczoru napłynęło nagle coś przerażająco smutnego, co dokuczliwie przenikało dreszczem ludzkie serca. Nad osadą niósł się przeciągły, niekończący się płacz. To dzieci umierały z głodu.

Wtedy go zobaczył. Trzydzieści kroków od chaty leżał w śniegu jakiś człowiek. Kowal zawahał się, czy podejść. Ale po chwili zbliżył się, a potem, chyba już nawet nie zastanawiając się nad tym, co robi, zaczął leżącemu nacierać śniegiem twarz i ręce.

Gdyby zdarzyło się to innego dnia, Jura nie pomyślałby może, żeby postąpić tak, jak postąpił. Człowiek był starcem, obcym w tych stronach, który najwyraźniej zasłabł podczas wędrówki. Nad pobrużdżoną twarzą sterczała kępa siwych włosów, a strój świadczył, że jest już bardzo długo w drodze. Kiedy otworzył oczy, kowala zdzi-wiło jego jasne, choć pełne bólu i zmęczenia spojrzenie. Nieznajomy miał wzrok młodego człowieka.

Jura wziął starca na plecy i zaniósł na próg swojego domu. Dawniej mógłby nieść daleko i trzy takie chuchra, ale teraz był wycieńczony i już po kilkunastu krokach z trudem stawiał nogi. Kiedy wreszcie zasapany posadził obcego pod ścianą, ten jęknął cicho, co wywołało zza drzwi Miłkę. Kobieta spojrzała na umordowane oblicze męża, a potem na nieznajomego.

– Jakiś obcy – wyjaśnił kowal. – Znalazłem go niedaleko. Idzie na tęgi mróz, nie można człowieka zostawić na noc.

– Wnieś go do domu – zgodziła się.

Jura wtaszczył zmarzniętego do izby, ułożył w pobliżu ognia. Ten dopiero po dłuższej chwili odzyskał świadomość na tyle, żeby się rozejrzeć. Zobaczył czystą skromną chatę i stół przygotowany do wieczerzy. Natychmiast wyciągnął do ognia suche ręce o powykrzywianych palcach.

 

– Witaj, gościu, kimkolwiek jesteś – powiedział kowal z westchnieniem.

Nieznajomy uśmiechnął się słabo, pochylił głowę w ukłonie, nie przestając pocierać zmarzniętych rąk. Miał na sobie szare znoszone ubranie i marne buty, a to, że nie zamarzł, zawdzięczał obszernemu płaszczowi z kapturem, w zupełnie jeszcze dobrym stanie.

Nie powiedział słowa, a tylko pociągnął nosem, bo zapach ryby unosił się w całym pomieszczeniu. Kowal bezradnie popatrzył na żonę: jak tu dzielić się taką małą rybą? Ale Miłka uśmiechnęła się uspokajająco.

– Zaproś gościa do wieczerzy – poleciła. – Mamy wprawdzie niewiele, ale w taką porę liczy się wszystko.

Stary usiadł do stołu zasłanego białym płótnem i trwał tam w milczeniu. Patrzył za to uważnie na ręce gospodyni, która zdjęła kociołek z paleniska, a potem ustawiła go obok na desce. Następnie rozlała zupę do glinianych misek i parujące naczynia postawiła na stole. Nieznajomy już wcześniej wyjął z cholewy buta drewnianą łyżkę i trzymał ją w pogotowiu.

Jedli wolno, rozkoszując się każdym łykiem i próbując znaleźć w zupie choć ociupinkę rozgotowanej ryby.

Kiedy skończyli, gość podziękował układnie i schował łyżkę.

– Ho, ho! To jednak umiecie mówić! – zawołał kowal zdumiony. – Już myślałem, że jesteście niemową.

Nieznajomy pokręcił głową przecząco, znowu usiadł przy ogniu, a potem poprosił, by zechcieli go przenocować.

Kowal nie był zachwycony, ale zgodził się, widząc przyzwalające spojrzenie żony.

– Sami widzicie, jak ciężko u nas z jadłem – uprzedził. – Słomę do spania mamy, ale o śniadanie sami będziecie musieli się zatroszczyć.

– Nie będę zawadzał – zapewnił gość. – Odpocznę odrobinkę i pójdę dalej. Bardzo wam jestem wdzięczny, że mnie przygarnęliście. Szedłem cały dzień i chyba zgubiłem drogę, o zmroku zupełnie nie wiedziałem, w którą stronę mam iść. Przed wieczorem wydało mi się, że widzę chaty waszej wsi, ale zaraz potem ściemniło się i już nie odnalazłem ścieżki. Chcąc oszczędzić drogi, szedłem na przełaj, aż zaspy mnie zatrzymały. Błąkałem się, licząc, że trafię do wioski choćby po szczekaniu psów.

– Myliliście się – przerwał kowal. – Tu nie ma psów. Wszystkie już dawno zjedliśmy.

Nieznajomy pokiwał głową.

– Dlatego ich nie słyszałem. Gdybyście mi, gospodarzu, nie wyszli naprzeciw, zamarzłbym z pewnością.

Spojrzenie miał szczere, patrzył na nich z przyjaźnią i współczuciem.

– Tak – powiedział. – Głód to straszna rzecz, wiem o tym dobrze. Tym bardziej wam dziękuję, że mnie przygarnęliście. Może będę umiał się odwdzięczyć.

– Dajcie spokój – machnął ręką Jura. – Prawdę mówiąc, czy zostaliście na śniegu, czy siedzicie w naszym domu, to wszystko jedno. Zupa, którą jedliśmy, była ostatnia. Została już tylko słoma i śnieg.

Kowal nie miał ochoty opowiadać o wszystkich zmartwieniach, jakie ostatnio przeżyli, o oczekiwaniu, bólu i zawiedzionych nadziejach. Po co. I tak gość pójdzie sobie albo zemrze razem z innymi.

Wskazał nieznajomemu kąt, w którym ten mógłby się ułożyć, a gość skwapliwie skorzystał z zaproszenia. Umościł się na słomie, przykrył płaszczem i wkrótce spał snem sprawiedliwego.

– No cóż – powiedział Jura do żony. – Nie wygląda na zbója, ale lepiej bądźmy ostrożni.

– Nie trzeba – uspokajała Miłka. – Wiem na pewno, że to tylko stary, zmęczony człowiek. Nie bójmy się. Może Bóg policzy nam, że go przygarnęliśmy.

Kowal uśmiechnął się do niej i przytaknął, ale całą noc spał czujnie, stale nasłuchując, czy obcy aby nie szykuje im jakiejś przykrej niespodzianki. Kilkakrotnie słyszał, jak stary mamrocze przez sen, ale nie próbował podnosić się z posłania. Jura zasnął jednak nad ranem, kiedy był już pewny, że żona przejęła wartę.

Nieznajomy spał aż do popołudnia. Wtedy dopiero otworzył oczy. Kiedy ich zobaczył, jak siedzą po drugiej stronie ognia, przytuleni do siebie i rozmawiają szeptem, by go nie zbudzić, uśmiechnął się przyjaźnie.

– Nie ma lepszego lekarstwa od snu – powiedział, podnosząc się z posłania. – Czuję się zupełnie zdrowy.

Wstał i od razu zaczął się zbierać do drogi. Szło już na wieczór i wędrówka poprzez śniegi nie wydawała się bezpieczna, ale kowale milczeli. Gdyby został, czym by go ugościli?

Starzec usiadł jeszcze na chwilę przy stole i sięgnął po woreczek, który miał przy pasie. Rozwiązał go i wyjął kilka monet. Bez słowa położył je przed gospodarzem.

Kowal nie dotknął pieniędzy, a tylko pochylił się, żeby lepiej obejrzeć srebro.

– Widziałem już takie blaszki – mruknął. – Tutaj na nic się zdadzą. Bo co niby miałbym z nimi robić? Ugotować na wieczerzę?

– To zapłata za gościnę – nieznajomy wykonał dłonią zachęcający gest.

– Nie chcemy zapłaty – Jura pokręcił głową. – Niech będzie tak, jak być powinno. Byliśmy wam radzi. Przyjęliśmy pod dach i tyle. Gdybyśmy mogli, dalibyśmy kąt na dłużej. Ale nie możemy. Więc prosimy was grzecznie, gościu, byście ruszyli swoją drogą.

Stary pokiwał głową, schował pieniądze do sakiewki, wstał i pokłonił się nisko gospodarzom.

– Bardzo wam dziękuję.

Założył płaszcz i skierował się ku drzwiom. Ale zachwiał się i byłby upadł, gdyby kowal nie podbiegł i nie podtrzymał go.

– Słabiście jeszcze – powiedział gderliwie. – Gdzie wam iść w taką pogodę. Zostańcie pod dachem do rana. Niedługo będzie ciemno i znowu ścieżkę zgubicie.

Stary usiadł na ławie, trzymając dłonie na podróżnym kosturze.

– Czy padał śnieg? – zapytał niespodziewanie i powtórzył: – Czy od wczoraj padał śnieg?

– Nie – odparł zdziwiony Jura. – Nie padał, ale zaspy leżą, jak leżały. Zgubicie się.

– Zamyśliwałem wrócić kawalątek – zdradził nieznajomy, z natężeniem wpatrując się w twarz gospodarza. – Nie powiedziałem wam, że ociupinkę dalej, za wsią, przy ścieżce, którą tu przyszedłem, zostawiłem coś. Nie znam wprawdzie okolicy, ale chyba trafiłbym po swoich śladach, jeśli ich jeszcze nie zasypał śnieg.

– Ale po co wam wracać? Przecież mieliście iść na południe, a teraz chcecie iść do miejsca, skąd przyszliście? Co takiego zostawiliście, że warto narażać życie?

– Sarna – powiedział stary.

Nie zrozumieli od razu, a kiedy pojęli, zastygli w zdumieniu i nieoczekiwanej nadziei.

– Co takiego? – zapytał kowal, pewny, że się przesłyszał.

– Sarna – powtórzył gość. – Dobrze usłyszeliście. Jadło. Dużo jadła. Trzeba tylko pójść i przynieść. Sam chyba nie dam rady. Jest ciężka. Może wy moglibyście...

Jura rzucił się natychmiast do kąta, założył długie buty, futrzany kubrak i płaszcz z kapturem.

– Przecież widzieliście, jak cierpimy z głodu! – powiedział z wyrzutem. – Czemu ani słowem nie wspomnieliście o tym wczoraj?

– Zgubilibyście się w lesie po nocy – stary był pewny tego, co mówi. – Miałem do jednego nieszczęścia dokładać inne? Poza tym lękałem się, że zechcecie od razu jeść...

– Chcemy jeść – potwierdził kowal. – Musimy jeść, jeśli chcemy przeżyć.

– Ale nie możecie – stwierdził stary z naciskiem. – Nie możecie wziąć do ust ani kęsa, jeśli nie chcecie natychmiast zachorować i pomrzeć. Przynieście mięso, a ja wam powiem, jak postąpić.

– Słyszałem, że głodujący, który naje się nagle za dużo, umiera – przyznał kowal, zniecierpliwiony, że go zatrzymują. – Prawda, że nie przejadaliśmy się w ostatnim czasie.

– Nasz gość ma rację – powiedziała Miłka pojednawczo. – Zrób, dokładnie, jak mówi. On chce nam pomóc

Patrzyła z ożywieniem, jak mąż zakłada kaptur na głowę i bierze z kąta kij.

– Idź dokładnie po śladach – przypomniała. – A gdybyś nie znalazł mięsa, wracaj szybko do ognia. Pójdziemy rano. Nie chcę, żebyś się zgubił. W taki mróz rychło można zamarznąć na śmierć, a przecie samej nie chcesz mnie chyba zostawić.

A kowal już wychodził, niecierpliwy i pełen niepokoju. Może dzikie zwierzęta znalazły sarnę? Może przysypał ją głęboki śnieg? Może kto inny ją odkrył i już dawno zabrał?

– Nie bójcie się – uspokajał gospodynię stary. – To niedaleko i kowal wkrótce wróci. Nastawmy dużo wody, żeby ugotować mięsiwo, bo domyślam się, że zechcecie podzielić się z mieszkańcami wioski.

– Tak, tak, macie rację.

Miłka z pewnym jeszcze niedowierzaniem zakrzątnęła się koło paleniska i nie umiała ukryć radości, kiedy niedługo potem kowal powrócił, dźwigając na ramionach zamarzniętą sarnę. Jeszcze nie mógł uwierzyć, że wybawienie leżało ledwo kilkaset kroków od ich domu.

– To cud – powtarzał, zaczerwieniony od mrozu, z soplami lodu zwisającymi z wąsów. – Prawdziwy cud.

Tuż przed progiem rzucił ciężar na śnieg i obaj ze starym zajęli się zaraz oprawianiem zwierzęcia. Pocięli mięso na wielkie kawały, oczyścili, podzielili na stosowne porcje i jedną włożyli do kociołka. Pozostałe ułożyli w śniegu, zachowując też oddzielnie wnętrzności, z których da się jeszcze wykorzystać to i owo.

Potem siedzieli przy ogniu i słuchali miłego bulgotania wody w kociołku. Dopiero późnym wieczorem, kiedy mięso całkiem się rozgotowało, Miłka napełniła miski.

– Powoli – ostrzegał stary. – Powoluśku. Dziś napijemy się tylko wywaru. Jutro będzie można pozwolić sobie na więcej.

Chuchając i dmuchając, przystawili miski do ust i pili, sapiąc z zadowolenia. Jura wyciągnął rękę po kolejną porcję, ale stary się sprzeciwił.

– Rano – orzekł. – Dopiero rano.

Jak pięknie błyszczały oczy Miłki, ogarniającej wzrokiem promieniejącą zadowoleniem twarz męża.

– Błogosławieństwo przyszło razem z wami, gościu – powiedziała. – Teraz, kiedy mamy co jeść, i wy nie musicie spieszyć się w dalszą drogę. Mężczyźni odżyją, nabiorą sił na wyprawy i na pewno nie będą już wracać z lasu z pustymi rękami. A was puszczę dalej dopiero kiedy wydobrzejecie.

– Dziękuję z całego serca – stary był zadowolony z zaproszenia. – Nie śmiałem prosić o tak wielką przysługę.

– Przysługę to wy nam wyświadczyliście – poprawił kowal. – Rzeknijcie nam swoje imię, byśmy wiedzieli, z kim przyszła do nas ta dobra nowina.

– Wołają mnie Mayo. Pochodzę z małej wioski, która leży bardzo daleko na południu. Wiele lat byłem w świecie, a teraz wracam do swoich. Chcę ich zobaczyć, zanim umrę.

Jeszcze tego samego wieczora kociołek i dobrą nowinę rozniósł kowal sąsiadom i przez kilka najbliższych dni cała wieś siorbała zupkę, błogosławiąc nieznajomego, który zabłądził akurat do ich wioski i przyniósł ocalenie.

Już trzeciego dnia mężczyźni ożyli, poczuli się silniejsi i na nowo podjęli myśliwskie wyprawy. Odtąd chodzili w las każdego dnia, zawsze prawie wracając ze zdobyczą. W dodatku mróz zelżał, ścieżki stały się łatwiejsze do przebycia.

– Sprawiliście cud – mówił z uznaniem sołtys, który z innymi odwiedzał chatę kowala. – Wy i owa sarna odwróciliście od wsi zły los.

– To nie cud – uśmiechał się Mayo. – To kowal i jego żona, którzy mnie przygarnęli, choć sami mieli tylko małą rybkę, odmienili wasze życie. Bo dobro zwykle w dobro się obraca. Gdyby nie wzięli mnie do siebie, nie powiedziałbym im o sarnie. Zamarzłbym i może nikt o tym mięsie by się nie dowiedział. Kto wie, czy dożylibyście lepszych dni.

– To jednak cud – upierał się sołtys i zapewniał, że gdyby Mayo trafił tamtego wieczora do innej chaty, do którejkolwiek chaty we wsi, w każdej zostałby przyjęty równie gościnnie.

Zmieszał się zaraz, kiedy stary popatrzył na niego przenikliwie, jak gdyby wiedział, że komora sołtysa nigdy nie była tak pusta, jak innych mieszkańców osady.

– Cud, który wrócił nam życie – mówili ludzie.

I tak było. Znowu gospodarze zaczęli krzątać się w swoich obejściach, jak dawniej można było usłyszeć dziecięcy śmiech i głośne nawoływania mężczyzn, niosące się nad osadą. Po kilku dniach i kowal postanowił wrócić do roboty. Zaraz rano zabrał się do odgarniania śniegu wokoło szopy, gdzie urządził kuźnię. Właśnie rozpalał ogień, kiedy pojawił się Mayo.

– Mógłbym wam pomóc – zaproponował – Nie chciałbym jeść darmo. Kiedyś zajmowałem się podobnym zajęciem.

Kowal obrzucił spojrzeniem drobną postać gościa.

– To ciężka robota – powiedział. – Wymaga siły, nie dalibyście rady.

– Na coś się jednak przydam – upierał się Mayo. – Choćby do pilnowania ognia.

Aż do wiosny Mayo pracował w kuźni, gdzie Jura kuł narzędzia dla mieszkańców osady. Roboty nie było za wiele, ale obaj lubili przebywać w kuźni. Mayo mówił trochę o sobie i uważnie słuchał opowieści kowala. Sam okazał się bardzo użyteczny, bo choć stary, umiał pokierować pracą innych tak, żeby była wykonana szybko i dokładnie. Ludzie ze wsi dowiedzieli się, że zna się na ciesielstwie, wyplataniu koszy i innych zajęciach. Kiedyś pokazał też, że nie jest mu obca sztuka sporządzania łuków.

 

Po kilku tygodniach wieś prawie zapomniała o niedolach z początków zimy. I kowal znowu gwizdał przy palenisku.

– Jesteście szczęśliwym człowiekiem – powiedział Mayo.

Jura wyprostował się, odłożył narzędzia. Wszystko, co mówił Mayo, trafiało zwykle w sedno sprawy.

– Chyba macie rację – stwierdził po chwili zastanowienia. – Przetrwaliśmy najtrudniejszy czas, sami to mówiliście. Miłka patrzy za mną jak za dawnych młodych lat. Wiosną przyjadą obcy ludzie po mój towar, bo trzeba wam wiedzieć, że przed porą głodu cieszyłem się w okolicy sławą tęgiego kowala. Mam dach nad głową i stra-wę w garnku. No i was do pomocy.

– To czego wam brakuje?

– Brakuje? – na czole Jury pojawiła się bruzda. – Jak to brakuje?

– Brakuje – Mayo pokiwał głową. – Możecie mi powiedzieć, przecie przekonaliście się, że jestem wam życzliwy.

Kowal popatrzył w oczy pomocnika, a potem rzekł cichym, zdławionym głosem:

– Sami się chyba domyśliliście, za czym tęsknimy od lat i co jest zmartwieniem naszego życia. Bo niby mamy wszystko. Tylko potomka nam brak. Los nie był łaskawy...

A potem niespodziewanie rozpoczął opowieść o swoim życiu.

– Będzie niedługo piętnaście lat, jak tu siedzimy z Miłką. Wcześniej służyliśmy u innych ludzi. Przyszedłem na swoje, dopiero kiedym mógł wprowadzić żonę pod dach.

Znali się od dziecka. Poznali dawno, ledwo odrośnięci od ziemi. Na tratwie płynącej po wielkiej rzece Noteć. Utonęli wszyscy – ojcowie, bracia, zwierzęta, dobytek. Na ląd fale wyrzuciły tylko ich dwoje – jego i Miłkę. Szli długo lasami, aż któregoś dnia trafili do osady, gdzie ich przygarnęli dobrzy ludzie. Tam on został uczniem kowalskim, a z czasem i mistrzem, Miłka była służebną we dworze wielkiego pana. Potem odeszli.

– Obiecałem Miłce, po tamtym strasznym wydarzeniu, że zbuduję dla niej dom. Spełniłem, com obiecał, a ona pokochała mnie, jak tylko kobieta może pokochać mężczyznę.

Tego wieczora Mayo ujął ręce kowala i jego żony.

– Któregoś dnia i wasze najskrytsze marzenie może się ziścić.

Jura uśmiechnął się niepewnie.

– Przywykliśmy, że wasze słowa się spełniają. Ale akurat co do tego mamy niewielką nadzieję. Widać nie jest nam pisane.

Mayo sięgnął do swoich woreczków i wydobył z jednego płaski, zupełnie czarny kamień. Włożył go w dłonie kobiety, zaciskając na nich swoje ręce.

– Włóżcie to do pościeli – powiedział z tajemniczym uśmiechem. – I o nic mnie więcej nie pytajcie. To tylko kamień. Na pewno nie zaszkodzi.

Miłka posłusznie spełniła polecenie, udając że nie widzi wzruszenia ramion, jakim jej mąż dał wyraz niedowierzaniu. Prosili już rozmaitych uczonych ludzi o pomoc, dopełniali przeróżnych obrzędów. Wkładali do łoża zioła zebrane o północy albo figurkę małego człowieka, uczynioną z wielkanocnego chleba. Okadzali dom dymem wypędzającym nieżyczliwe moce, skrapiali pościel święconą wodą. Odbywali sześciotygodniowe posty, po których żarliwie modlili się, wedle ściśle określonego porządku, do świętego Idziego i świętej Doroty,

Z czasem przestali wierzyć, że to coś da, choć nie mogli wyzbyć się żalu i pewnej zazdrości wobec innych. Ta zazdrość w ostatnich miesiącach przemieniła się w ulgę, kiedy zdali sobie sprawę, że nie mogliby wyżywić dziecka. Ale kiedy tylko pojawił się Mayo, a z nim odmiana na lepsze, znowu zaczęli marzyć o potomku.

Kowalowi niełatwo było zachować spokój między ciągłą nadzieją a rozczarowaniem. Z jednej strony wierzył w obietnicę starego, z drugiej bał się zaufać mu ze wszystkim. Przychodziło to tym trudniej, że tylko Jura widział, jak Mayo w jednej chwili potrafił przemienić się ze starego człowieka w kogoś, kto zdawał się mieć moc rozkazywać nawet żywiołom.

Stali na przykład któregoś dnia wieczorem przy dębie na skraju wsi. Było cicho, prawie głucho. Kowal sapał, bo ciągnęli na saniach wielki kloc drzewa do kuźni i zatrzymali się dla odpoczynku.

Nagle Mayo dał znak, by zachowali milczenie. Podniósł głowę i nasłuchiwał chwilę. A potem kilkakrotnie zaklaskał w ręce.

– Co robicie? – zdziwił się kowal.

Mayo uśmiechnął się nieco zmieszany, jak ktoś przyłapany na dziwnej, niezrozumiałej, może nawet wstydliwej czynności.

– Wydawało mi się... – powiedział. – Chyba mi się zdawało, że słyszę, jak w górze rzeki ryby zbierają się do drogi. Trzeba, żeby jutro ludzie wyszli z koszami i sieciami.

Kowal wzruszył niedowierzająco ramionami, ale rankiem obszedł sąsiadów i w kilku, zaopatrzeni w sieci i kosze, a także siekiery do kruszenia lodu, ruszyli nad strumień. I tak jak niedawno jeszcze płakali z głodu i żalu, rozbijając lód, teraz krzyczeli z radości na widok ławicy ryb.

Innym razem Mayo kazał kowalowi, by powiedział mieszkańcom osady, że zbliżają się stada ptaków i aby poszli w wyznaczone miejsca z łukami. Przynieśli wtedy żonom wiele mięsa. W dzień, kiedy tęgi mróz wprost zapierał oddech, Mayo przepowiadał na następny gwałtowne ocieplenie i odwilż, a ci, którzy z lenistwa nie odśnieżyli obejść, omal nie potopili się w swoich chatach.

– To czarownik – zaczęli mówić ludzie we wsi. – Tylko czarownik umie sprowadzać ryby i ptaki.

Sam Mayo śmiał się, kiedy Jura powtarzał mu takie gadki.

– To bajki – mówił. – Bajki. Toć nie ma czarowników.

Ludzkie gadanie jednak nie ustało, a przeciwnie – wzmogło się nawet, kiedy Mayo bardzo udatnie poskładał nogę synowi sołtysa, którego przygniotło drzewo na wyrębie, szczególnie zaś kiedy wyleczył ze złośliwej gorączki matkę i jej małe dziecko, przeznaczone już prawie do pochówku.

Któregoś kwietniowego dnia, kiedy mieszkańcy wioski zapomnieli już o ciężkiej zimie, a kowal krzątał się akurat w kuźni, Mayo oświadczył nagle:

– Odchodzę, gospodarzu.

Właśnie poprzedniego ranka dotarł do osady wysłannik królewskiego starosty. Mówił, że szykuje się wojna, i nakazał wykuć wielką liczbę grotów do włóczni i oszczepów. Przywiózł też od razu część zapłaty, w towarach i w srebrze. Kowal, wielce uradowany zamówieniem, już zabierał się do roboty, kiedy Mayo powiedział:

– Odchodzę.

Jura westchnął ciężko.

– Spodziewałem się. Od tygodni czekałem z niepokojem, że mi to powiecie. I boję się, że wasze postanowienie jest ostateczne.

– Już na mnie czas, gospodarzu.

– Dokąd pójdziecie?

– Tam, dokąd szedłem, zanim zatrzymałem się u was. Na południe. Do Białej Doliny.

– Wspominaliście, ale jakoś nigdy nie chcieliście opowiedzieć, jak tam jest. Czy to daleko?

– Jestem już stary i dla mnie wszędzie jest daleko – roześmiał się Mayo. – Dla młodego, silnego człowieka pięć, może sześć dni drogi. Dla mnie znacznie więcej. Dlatego trzeba, żebym się pospieszył.

– Smutno mi, że nas opuszczacie, choć od początku nie kryliście swoich zamiarów. Polubiliśmy was, a i pożytek był z was wielki dla osady. Po co właściwie tam idziecie? Ktoś czeka?

Stary Mayo pokręcił głową przecząco, bardzo poważny i skupiony. Podszedł do kowala i spojrzał mu głęboko w oczy.

– To ja będę czekał.

– Wy? Na kogo?

– Na was, kowalu. Albo na waszego syna. Albo na was obu. Pamiętajcie, od dębu przy waszej chacie trzeba iść wprost na południe. Biała Dolina. Zapewniam was, że waszemu synowi nie zabraknie w niej niczego. Zawsze będzie miał tam dość napitku i jadła.

Jura milczał, jak gdyby nie rozumiał słów do niego skierowanych. Odwzajemnił uścisk starego, ale powiedział:

– Tyle już lat czekamy, to i dalej możemy czekać na naszego syna. Jeśli jest prawdą, co mówicie, że się urodzi i dorośnie, dlaczego miałby iść w świat, a nie zostać tutaj, żeby być nam podporą na starość?

– Zrobicie, jak zechcecie – stary zdjął już skórzany fartuch, a spod desek w kącie wygrzebał swój niewielki podróżny tłumoczek, wcześniej już widać przygotowany.

– Do niczego was nie przymuszam – powiedział. – Mówię tylko, jak powinniście postąpić, kiedy postanowicie stąd odejść. Idźcie tam, do Białej Doliny. Wdzięczność ludzka jest krucha jak cienki lód i pęka pod byle dotknięciem. Sami się o tym przekonacie. A teraz żegnajcie, kowalu. Zachowam was we wdzięcznej pamięci.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?
Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»