Elf i skarb wuja LeonaТекст

Автор:Marcin Pałasz
Из серии: To lubię
0
Отзывы
Читать фрагмент
Как читать книгу после покупки
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Okładka


Strona tytułowa
Marcin Pałasz
Elf i skarb wuja Leona

Ilustracje: Kasia Kołodziej


Strona redakcyjna

Marcin Pałasz

Elf i skarb wuja Leona

© by Marcin Pałasz

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje: Katarzyna Kołodziej

Korekta: Lidia Kowalczyk, Aneta Kunowska, Joanna Pijewska

Wydanie II w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-7672-488-1

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Łukaszowi z Las Węglas

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Tego jeszcze nie było

Cześć!

Mam na imię Elf [1], jestem psem i od ponad roku wychowuję moich ludzi. To właśnie oni zabrali mnie z takiego miejsca, które nazywa się „schronisko”, i zamieszkałem razem z nimi w ich domu. Od tej pory ich wychowuję, chociaż – nie wiedzieć czemu – czasem twierdzą, że to oni wychowują mnie. Mnie! Ha, dobre sobie!

To ja ich nauczyłem, że na spacer wychodzi się co najmniej trzy razy dziennie. I to nie na piętnaście minut dookoła bloku, ale na chociaż godzinę za jednym razem! Myślę, że dzięki mnie moi ludzie – czyli Duży i Młody – nabrali trochę kondycji. Zwłaszcza Duży. Na samym początku sapał, gdy wchodziliśmy na nasze drugie piętro. Teraz już nie sapie, a nawet wbiega po dwa schodki naraz. Ja tak nie umiem, kurczę.

Nauczyłem ich też, że pies (czyli ja!) potrzebuje dobrego jedzenia. Chociaż wczoraj to Duży zrobił mi tak niemiłą niespodziankę, że ojoj. Czegoś takiego się po nim nie spodziewałem.

Bo wiecie, on czasem wyjeżdża na te swoje „spotkania”. Z jakimiś czytelnikami. Nie wiem, kim oni są, ale mam nadzieję, że kiedyś ich poznam. Należy mi się to jak psu kość! Chodzi o to, że ja okropnie tęsknię za tym moim Dużym, gdy go z nami nie ma. Tak to już jest, że pies wybiera sobie z rodziny jednego człowieka jako Tego Najważniejszego, rozumiecie? Inni też są ważni, ale ten jeden jest najważniejszy. I za nim najbardziej się tęskni. Jakoś tak się stało, że po przyjeździe ze schroniska najbardziej pokochałem Dużego. Wprost do niemożliwości! I sami powiedzcie: jakim cudem właśnie on zrobił mi tak okropną rzecz, w dodatku tuż po przyjeździe ze swojego kolejnego wyjazdu na „spotkania”?!

A było tak: Duży wrócił, postawił te wszystkie ogromniaste torby w przedpokoju, a do tego kilka reklamówek. Jedna z nich pachniała wyjątkowo apetycznie, no ale najpierw trzeba było się przywitać, prawda? Przyniosłem mu wszystkie ukochane zabawki, potem przewróciłem go na kanapę i solidnie poprawiłem mu fryzurę jęzorem. Młody tarzał się razem z nami, ale nie merdał. Zawsze mi go szkoda, wiecie? Bo nosem czuję, że Młody też się cieszy, gdy Duży wraca do domu z tych swoich wyjazdów, no ale nie ma jak tego okazać. Głupio tak żyć bez ogona, prawda? Niby mógłby Dużemu też wylizać fryzurę, ale ludzkie języki są dużo krótsze niż psie, więc może dlatego tego nie robi. Biedni są ci ludzie, ech...

No a potem, gdy już było po powitaniu, poszedłem sprawdzić te reklamówki. Wyszedłem z założenia, że jeśli po powrocie w jednej z nich jest coś tak oszałamiająco pięknie pachnącego, to na pewno jest to dla mnie. Bo przecież Duży mnie kocha, prawda? Więc zjadłem to dość szybko, tak na wszelki wypadek. Następnego dnia rano poszliśmy jak zwykle na spacer, a niedługo później na trawniku zaczęła mnie gonić MOJA WŁASNA KUPA...!!!

Zrobiłem kupę i chciałem sobie pójść, ale od razu poczułem, że coś jest nie w porządku. Kupa szła za mną, złowrogo przemykając w trawie. Zdenerwowałem się i zacząłem iść szybciej, ale kupa nadążała bez problemu. To było okropne! W końcu w panice zacząłem biec, ale kupa mnie goniła, podskakując!!! A ten potwór – Duży, zamiast mi pomóc i jakoś zamordować tę straszliwą kupę, po prostu się śmiał! Usiadł na trawie i śmiał się tak, jak chyba jeszcze nigdy wcześniej!

Nigdy mu tego nie wybaczę.

Chyba.


Tego jeszcze nie było – część druga

– Sam sobie wziął i pojechał – burczał pod nosem Młody, ustawiając w lodówce słoiki z przetworami domowej roboty, które przywiozłem z podróży. – Od Międzyzdrojów po Gdańsk jeździł sobie bez nas, widzisz, Elfie? Ty się poważnie zastanów, czy on naprawdę nas kocha...

– Zdaje się, że gdy ostatni raz wspólnie byliśmy nad morzem, ukradziono pensjonat, w którym mieliśmy mieszkać – zauważyłem z lekką melancholią. – No a Elf prawie stracił wtedy życie. Nie mów tylko, że tęsknisz za takimi wrażeniami?

Pies leżący u naszych stóp zamerdał uprzejmie, gdy w rozmowie padło jego imię. Jednakże nie odrywał wzroku od wnętrza lodówki, stojącej teraz otworem.

– Skąd ty to wszystko wziąłeś? – zdziwił się Młody, wyciągając z torby podróżnej kolejne dwa słoiki. – I co to w ogóle jest, to coś?

Zerknąłem i uśmiechnąłem się błogo.

– Marynowana papryka – oświadczyłem z dumą. – W jednej z bibliotek pracuje przesympatyczna pani, której w tym roku wszystko wyjątkowo obrodziło w ogrodzie. No i dostaliśmy prezenty. I pozdrowienia dla ciebie. I dla Elfa też! Mamy jeszcze zielone pomidory, trzeba z nimi coś zrobić.

– Też marynowane?

– Nie, surowe. Możemy je przyrządzić tak jak w tytule tamtej książki, pamiętasz?

– Smażone zielone?

– Właśnie! – zatarłem ręce. – Ale to jutro. Słuchaj, widziałeś gdzieś kabanosy?

– Marynowane?!

– Zwariowałeś? – popukałem się w czoło. – Normalne, wędzone. Przepyszne, mówię ci! Kupiłem przed samym wyjazdem z Gdańska w takim małym sklepie z ekologiczną żywnością. Suche, chrupiące, przewiązane sznureczkiem... Niebo w gębie!

– Nie widziałem – Młodemu rozbłysły oczy, bo dobre kabanosy cenił chyba tak samo, jak ja. – Gdzie są?

– Przecież właśnie o to pytam... Były w którejś reklamówce.

– Nie były – oświadczył kategorycznie. – Może zostawiłeś w aucie?

– Niemożliwe, wziąłem wszystko!

Coś mnie tknęło. Chwilę przebierałem w stosie reklamówek na podłodze i w końcu znalazłem jedną pustą, z logo owego ekologicznego sklepu.

– Tu były – rzekłem, spoglądając na syna podejrzliwie. – Tylko nie mów, że sam wszystkie zeżarłeś!

Spojrzał na mnie z takim wyrzutem, że od razu pożałowałem swoich słów.

– Może jestem żarłoczny ponad miarę – zaczął ponuro – ale na pewno nigdy bym...

– Dobrze już, przepraszam – przerwałem mu ze skruchą. – W takim razie gdzie są te przeklęte kabanosy?

Chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, a potem obaj jednocześnie spojrzeliśmy w dół. Psia fizjonomia wyrażała absolutną niewinność. Elf uniósł wzrok, przejmie zamerdał ogonem, po czym wstał i podejrzanie szybko oddalił się do pokoju, gdzie grzecznie położył się na swoim legowisku.

– No to już wiemy, gdzie podziały się nasze kabanosy – westchnąłem i zacząłem zbierać z podłogi puste reklamówki. – Mam tylko nadzieję, że mu nie zaszkodzą.

– Włóż te reklamówki do jednej – rzekł Młody ponuro, zerkając w stronę pokoju. – Wrzucę je do pojemnika na plastik, gdy wieczorem pójdę z nim na spacer... Ty, słuchaj! Ale ten nasz wspólny wyjazd jest aktualny, tak?

Zmęczony podróżą i wytrącony nieco z równowagi nagłą utratą kabanosów nie od razu skojarzyłem, o czym mówi mój syn.

– Dokąd...? – spytałem niepewnie. – Jaki znowu wyjazd?

– Odwołany? – przeraził się Młody, zamierając z ostatnim słoikiem marynowanej papryki w dłoni. – No jak to jaki? Tamten, na te twoje spotkania i odczytanie testamentu!

To mnie lekko otrzeźwiło.

– Ależ oczywiście, że aktualny! – uspokoiłem go pospiesznie. – Jedziemy za dwa dni, tak jak było w planie.

Młody zastygł w dziwnej pozycji, wpatrzony we wnętrze lodówki.


– Jeszcze nigdy nie byłem świadkiem publicznego, uroczystego odczytania czyjegoś testamentu – oznajmił rozmarzony. – To jak w filmach, no nie? Będzie ten, no... notariusz, tak?

– Notariusz – kiwnąłem głową. – A teraz zamknij wreszcie tę lodówkę, bo lada chwila wyzionie ducha, a że jest całkiem nowa, to byłoby trochę szkoda...

Kolejną podróż mieliśmy już odbyć wspólnie – Elf, Młody i ja. Kilka miesięcy temu dostałem zaproszenie na serię czterech sierpniowych spotkań z młodymi czytelnikami w okolicach Konina, co mnie bardzo ucieszyło: ekipę z tamtejszej biblioteki znałem doskonale, zaś nocować mieliśmy nie w kolejnym bezdusznym hotelu, tylko w dużym, pięknym domu w Krepinie, który dyrektorka tamtejszej biblioteki odziedziczyła niedawno po swoim wuju.

– Ale tego domu już jej nie zabiorą, tak? – upewnił się Młody, podnosząc się z kucek i zamykając drzwi lodówki. – Bo to głupio by trochę było, przyjechać na miejsce i nie mieć gdzie mieszkać...

 

– Nie zabiorą – roześmiałem się, włączając czajnik bezprzewodowy. – Ten testament w ogóle składał się z dwóch części: pierwsza z nich, taka ogólna, została odczytana tuż po śmierci tego wuja. Pani Małgosia była jego jedyną żyjącą krewną i dostała dom, w którym wuj mieszkał do końca życia. Duży, piękny dom, naprawdę okazały...

– A druga część testamentu?

Zamyśliłem się, bo i mnie ta sprawa intrygowała.

– Druga część testamentu ma zostać odczytana dokładnie dwudziestego trzeciego sierpnia w samo południe – oznajmiłem, unosząc brwi. – I nikt nie ma zielonego pojęcia, co zawiera. Z tego powodu będziemy tam nie tylko my i pani Małgosia z rodziną, ale także paru krewnych...

– Mówiłeś, że z rodziny wuja żyje tylko ona ?

– Członków rodziny jej męża – poprawiłem się. – Przyjadą tam albo już są. Może mają nadzieję coś dostać, a może są po prostu ciekawi? Nie wiem. Tak czy inaczej, ten cały dom... a w zasadzie pałac, kurczę – jest naprawdę przepiękny, słowo daję!

– Widziałeś go?

– Tylko na zdjęciach – uniosłem dłoń. – Na żywo zobaczymy go razem. Ale i na zdjęciach robi wrażenie. Wuj w ogóle podobno był dość ekscentryczną postacią i miał bardzo ciekawe życie. Służył w Legii Cudzoziemskiej, wyobrażasz to sobie?

– Kiedyś czytałem coś o Legii Cudzoziemskiej – rzekł Młody niepewnie. – To taka prywatna armia do wynajęcia, tak?

Zmarszczyłem brwi.

– Teraz nie całkiem tak to wygląda – odparłem w końcu, drapiąc się po głowie. – Ale kiedyś i owszem. W ogóle legia ma długą tradycję, piękny kodeks honorowy... co nie zmienia faktu, że dawniej znajdowały w niej schronienie różne podejrzane typy, którym palił się pod nogami grunt w ich ojczystych krajach. Jasne, że nie była to reguła, a wyjątki; teraz jednak podobno legia przykłada bardzo dużą wagę do pozytywnej weryfikacji jej nowych członków. Więc ten wuj Leon...

– Tak miał na imię? – przerwał mi Młody z niedowierzaniem, odwracając się od kubków z herbatą, które właśnie zalał wrzątkiem. – Leon? Naprawdę?

– A co w tym dziwnego? – zdumiałem się. – Piękne, stare imię. I wcale nie tak zapomniane, bo całkiem niedawno podpisywałem książkę dla jednego Leona. Który wcale nie miał dziewięćdziesięciu, a tylko dziewięć lat!

– Podpisywałeś też jednemu Dżejsonowi – mruknął Młody kąśliwie, chichocząc pod nosem. – Gdybyś dał mi na imię Dżejson, chyba wytoczyłbym ci proces po osiągnięciu pełnoletności.

– I dlatego masz na imię Tomasz, a nie Dżejson – odparłem z humorem. – Bo wiesz, tak naprawdę chciałem dać ci na imię Dżastin, ale przeraziła mnie wizja odszkodowania, które musiałbym ci kiedyś zapłacić...

Gdy skończyliśmy się śmiać, jeszcze chwilę pogadaliśmy o wszystkim i o niczym, potem Młody poszedł na wieczorny spacer z Elfem, a ja wreszcie się porządnie wyspałem.

Następnego dnia, podczas porannego spaceru, okazało się, że sznureczek po kabanosach sprawił Elfowi pewne problemy. Mianowicie psiak się załatwił na trawniku, ja już podchodziłem z woreczkiem na odchody, gdy wtem Elf zamarł. Podejrzliwie obejrzał się za siebie i zrobił dwa kroki do przodu. Wtedy dostrzegłem, że za nim, w trawie, też się coś porusza. Przyjrzałem się uważniej i ze zdumieniem ujrzałem... jego własną kupę, która posłusznie podążała w ślad za psem na czymś, co po chwili rozpoznałem jako ów nieszczęsny kabanosowy sznureczek. Jego jeden koniec tkwił w kupie, a drugi w Elfie. Co pies zrobił krok, kupa pełzła za nim...

Śmiałem się tak, że aż poczułem się w końcu winny, podczas gdy mój biedny pies uciekał przed goniącą go Straszliwą Kupą, skamląc i popiskując. W końcu opanowałem się i pomogłem biednemu Elfowi, choć – już po wszystkim – spojrzał na mnie dziwnie ponuro, prychnął i demonstracyjnie poszedł obwąchiwać pobliskie krzewy.

Ot, psia (nie)wdzięczność...!


Gwiazdor w pałacu

– Ach, więc to jest nasz bohater! – bibliotekarka, czyli Małgosia, ku mojemu zdumieniu usiadła na podjeździe swojego wielkiego domu, by przywitać się z Elfem. – Ależ ty jesteś piękny! Po prostu gwiazdor! Och, no nie mogę... dzieci będą zachwycone! Jak to dobrze, że wzięliście go ze sobą!

– Dzień dobry – rzekł niepewnie Młody, stając obok mnie. Niby mówił do Małgosi, ale wzrok miał wlepiony w budynek za podjazdem. I wcale mu się nie dziwiłem, gdyż ja również byłem lekko wstrząśnięty.

– Małgosiu, to jest przecież pałacyk, a nie zwyczajny dom! – wykrzyknąłem w końcu, kręcąc głową. – Mój Boże...!

– Oj tam, od razu pałacyk – machnęła ręką, drugą delikatnie drapiąc po brzuchu Elfa, który leżał przed nią na plecach, najwyraźniej wniebowzięty. – Elfie, ależ ty jesteś fajny! I w sumie zupełnie taki, jak wyobrażałam sobie po przeczytaniu książki... No co, Elfiku? Kto to tu przyjechał do mnie? Bohater książkowy, tak? A nie będziesz strzelał fochów, hę? Bo ja tu nie mam czerwonych dywanów, wiesz...

Nie mogłem się nie uśmiechnąć. Fakt, nie tak dawno temu ukazała się moja pierwsza książka o Elfie i z miejsca zjednała sobie serca czytelników – i tych najmłodszych, i tych trochę starszych, ale również, co nieco mnie zdumiało, tych zupełnie dorosłych!

– Niech pani mówi, co chce, ale to JEST pałac – oświadczył znienacka Młody, robiąc krok do przodu. – I ja jestem, proszę wybaczyć, wstrząśnięty.

– A co mam wybaczyć? – zdumiała się Małgosia.

– Jedno słowo, którego nie użyłem – odparł Młody z godnością. – Ale samo cisnęło mi się na usta.

– I bardzo dobrze, że się powstrzymałeś – mruknąłem pod nosem, otwierając bagażnik auta. – Jeszcze by tego brakowało, żebyś rozpoczął rozmowę od wyrazów niecenzuralnych...

– Wy naprawdę zachowujecie się wobec siebie tak jak w tej książce! – wykrzyknęła Małgosia, wstając, co najwyraźniej nie bardzo spodobało się Elfowi. – No, wariaci po prostu...!

– To po prosty MY – zakomunikował życzliwie Młody, biorąc z moich rąk większą z dwóch toreb. – Gdzie mam to zanieść?

– Do pałacu – zachichotałem, spoglądając mimo woli na Małgosię. Potem jednak przystanąłem i rozejrzałem się dookoła. – Małgosiu, naprawdę brak mi słów... Co za piękny dom! A ten teren dookoła!

Istotnie, teren był olbrzymi. Najwyraźniej niegdyś był to dobrze utrzymany park z wieloma starymi drzewami, między którymi plątały się ścieżki, malowniczo niknące wśród krzewów lub pod wierzbami nisko zwieszającymi gałęzie. Widać było ślady starych klombów, gdzieniegdzie mrugało wodne oczko... Teraz jednakże wszystko to było dość zaniedbane, zieleń z całą pewnością od dawna nie była przycinana, a nawet dróżki zdążyły zarosnąć trawą i kwiatami. Mnie to jednak nie przeszkadzało; zawsze wolałem parki wyglądające trochę dziko od tych ułożonych pod linijkę, gdzie każda trawka jest równiutko przycięta i wszystko ma swoje zaplanowane przez architekta zieleni miejsce.


Jedynie droga prowadząca od bramy do domostwa była dobrze utrzymana, wysypana żwirem i zabezpieczona granitowymi krawężnikami. Sam podjazd zataczał wielkie koło u stóp schodów, prowadzących do pałacyku; schody na dole były bardzo szerokie i stopniowo zwężały się ku górze, gdzie – za niedużym podestem – znajdowały się masywne, wyglądające na bardzo ciężkie drzwi z pociemniałego ze starości drewna.

Zwróciłem też uwagę na szyby: pięknie błyszczące w kilku oknach na parterze, a „zmęczone” i przykurzone w pozostałych oknach parteru oraz we wszystkich na pierwszym piętrze, jak również w małych okienkach w dachu, gdzie prawdopodobnie mieścił się strych. Całość miała co najmniej dwadzieścia metrów szerokości – budynek naprawdę był okazały i według mnie z pewnością zasługiwał na miano pałacyku!

Kimże był ów wuj, oprócz tego, że służył w Legii Cudzoziemskiej?!

Obiecałem sobie solennie, że przy najbliższej okazji wypytam Małgosię i jej rodzinę o wszystko: i o historię domu, i o historię wuja...

– A tu ktoś chyba ognisko palił? – dobiegł z tyłu głos Młodego.

Odwróciłem się i ujrzałem, że stoi na sporym, kolistym placu zaraz za podjazdem. Placyk był wyłożony kamiennymi płytami, które na brzegach zaczynały zarastać płożące się rośliny. Pośrodku placyku widniała nietypowa, wysoka może na trzy metry kolumna, również wykonana z kamienia. Młody stał przy niej, wpatrując się w kamienne podłoże, które było porządnie osmalone i pokryte jakby sadzą.

– Ognisko, tutaj? – zdziwiłem się, robiąc kilka kroków do przodu.

Elf, widząc to, od razu się poderwał i pomknął w stronę mojego syna.

– To... to nie było ognisko – odchrząknęła Małgosia jakby z zakłopotaniem. – Tutaj było chyba stanowisko startowe rakiet wuja Leona...

– Co takiego?! – Młody w ułamku sekundy znalazł się obok nas, wybałuszając oczy. – Jakich rakiet?

Mnie też rakiety nieco zdziwiły, a jednocześnie poczułem się bardzo zaciekawiony – wszak kiedyś studiowałem astronomię, a wszelkie rakiety, loty kosmiczne i tak dalej wciąż bardzo mnie interesowały. Nie podejrzewałem co prawda, by tajemniczy wuj Leon zdołał stworzyć cokolwiek, co osiągnęłoby orbitę okołoziemską, ale odpalenie czegokolwiek, co poleciałoby choć na kilometr w górę, zasługiwało już na całkowity szacunek.

– No, rakiet – westchnęła Małgosia. – Od jakichś pięciu, sześciu lat zaczął się tym bardzo interesować. Powiedział, że ma w domu coś strasznego, co najlepiej byłoby wystrzelić daleko w kosmos. Naprawdę! Ale wtedy już lekko dziwaczał i wszyscy uznaliśmy, że to początki alzheimera albo coś w tym stylu... Jednak gdy jego pierwsza rakieta wystartowała i wzniosła się na ponad trzy kilometry, uznaliśmy, że to jednak nie alzheimer.

– Rakieta była na paliwo stałe czy ciekłe? – zainteresował się Młody rzeczowo. – Bo te paliwa mają inny impuls właściwy, wie pani...

Małgosia, wyglądająca na lekko wstrząśniętą, wybałuszyła oczy i przeżegnała się odruchowo. No tak, mój syn również interesował się astronautyką...

– A skąd ja mam to wiedzieć? Nie znam się na tym kompletnie! Wiem tylko tyle, że po piątej czy szóstej próbie do wujka przyjechało wojsko i mieli tu jakąś bardzo poważną rozmowę. Zdaje się, że jego ostatni latający produkt wylądował na poligonie trzydzieści kilometrów stąd, a wojsku nie bardzo się to spodobało...


– Wcale się nie dziwię – mruknął Młody i błyskawicznie rozczochrał sobie włosy swoim zwyczajem. Tym razem jednak nie bardzo mu to wyszło, gdyż całkiem niedawno znacząco skrócił tę swoją pieczołowicie pielęgnowaną płową szopę na głowie. – Pewnie wojskowe radary namierzyły któryś kolejny start i w końcu wiedzieli do kogo przyjechać. Bo wie pani, takie starty to trzeba zgłaszać wcześniej, żeby nic nie trafiło, broń Boże, w jakiś przelatujący samolot...

– Albo w wojskowy poligon – dodałem z humorem, kręcąc zarazem głową z podziwu dla wuja Leona. – Niesamowite, czego on dokonał! Skoro to coś poleciało aż na trzydzieści kilometrów, to musiał to być całkiem niezły sprzęt!

– I zbudował dla tego czegoś niezłe stanowisko startowe – dorzucił Młody, spoglądając w stronę kamiennych płyt i takiejże wieży startowej.

– A nie, to tutaj było od zawsze! – wykrzyknęła Małgosia, spoglądając w tym samym kierunku. – Ale diabli wiedzą, do czego to kiedyś służyło.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi domu i stanął w nich ktoś bardzo, ale to bardzo wysoki. Facet mógł mieć co najmniej dwa metry wzrostu i był przeraźliwie chudy. Na oko ciut młodszy ode mnie, miał dziwnie pociągłą twarz, błyszczące z daleka bladoniebieskie oczy i cienkie, zaciśnięte usta. Tuż za nim stał młodzieniec, mniej więcej w wieku Młodego, podobny do faceta. Czyżby ojciec i syn?

– Krzysztof! – ucieszyła się Małgosia, również go dostrzegając. – Marcinie, to jest Krzysztof, brat mojego męża. I jego syn Marceli...


– Dzień dobry – rzekł facet nadzwyczaj miłym barytonem, schodząc po schodach i wyciągając do mnie dłoń. – Dobrze, że się zjawiliście, bo Małgosia już miała czarne wizje, że wylądowaliście na drzewie w lesie...

– Czy to zwierzę musi mnie wąchać? – spytał nagle Marceli, z odrazą spoglądając na Elfa, który z wyraźnym zainteresowaniem obwąchiwał jego łydkę. – To znaczy, oczywiście, dzień dobry. Witam obu panów. Jestem Marceli, ale nie bardzo przepadam za obwąchiwaniem mnie przez zwierzęta, których nie znam wystarczająco dobrze.

 

– Dzień... dobry – wydukał Młody, z osłupieniem patrząc na Marcelego. – Ja jestem Tomek. Elfie, chodź tutaj, natychmiast przestań go wąchać...!

Pies z wyraźnym żalem porzucił łydkę chłopca i wrócił do nas. Młody, dla odmiany, podszedł do niego, choć nadal był trochę wstrząśnięty.

– Hej, Marcel! – rzekł, wyciągając dłoń do syna pana Krzysztofa. – Fajnie, że jesteś, bo już się bałem, że tu sami dorośli będą, no ale, widać, mam szczęście, bo jesteś ty...

Marceli przyglądał mu się z nieodgadnioną miną i zmarszczonymi brwiami. Jego ojciec zaś, jak również Małgosia, najwyraźniej z zaciekawieniem czekali na rozwój sytuacji.


– Taki początek znajomości nie wróży raczej niczego dobrego – oświadczył Marceli, cofając dłoń. – Postaraj się zapamiętać, że na imię mam Marceli, a nie Marcel. Jednakowoż skoro już tak mnie nazwałeś, to zapewne z czystej niewiedzy. Poza tym nie interesują mnie rozrywki typowe dla dzisiejszych nastolatków, więc jeśli liczysz na wspólne rozgrywki w jakieś sieciowe gry, to srogo się zawiedziesz. Tymczasem muszę się pożegnać, gdyż w moim pokoju czeka na mnie wyjątkowo interesująca lektura.

Po tych słowach ja i Młody zostaliśmy na podjeździe z szeroko otwartymi ustami, zaś chłopiec prychnął, wszedł po schodach i zniknął we wnętrzu pałacyku, zamykając za sobą drzwi.

– Co... co to było? – wydusiłem z siebie, wlepiając wzrok to w pana Krzysztofa, to w Małgosię.

– Marceli – odparła ta z uciechą, klepiąc mnie po ramieniu. – Egzemplarz jeden na sto tysięcy, głowę daję. Gdybym go nie znała osobiście, w życiu bym nie uwierzyła, że coś takiego jest możliwe.

– To nie moja zasługa – rzekł ponuro pan Krzysztof, życzliwie biorąc ode mnie jedną z toreb podróżnych. – Muszę chyba trochę dokładniej przyjrzeć się naszemu listonoszowi...


Tym razem pojechaliśmy gdzieś wszyscy razem!

Nie to, żebyśmy nigdy nie jeździli razem; najczęściej jednak były to wypady do lasu, gdzie ja biegałem, pilnując moich ludzi, a oni zbierali coś, na co mówili „grzyby”. Po powrocie do domu robili z nich dziwnie glutowatą potrawę, która im najwyraźniej bardzo smakowała. Ja jednak nigdy nie miałem okazji jej spróbować. Nawet garnka nie dawali mi wylizać, wyobrażacie sobie?!

Teraz jednak jechaliśmy całkiem długo. Moi ludzie chyba docenili, że przez ostatni rok przyzwyczaiłem się trochę do jazdy samochodem i już nie wymiotuję za każdym razem. Pewnie dlatego nie dostałem przed wyjazdem tej gorzkiej tabletki.

Gdy już dojechaliśmy na miejsce, byłem po prostu wniebowzięty! Słuchajcie, tu mieszkają jacyś bardzo fajni ludzie! Jedna człowieczka od razu zaczęła mnie chwalić i głaskać, i miziać po brzuchu, i po jej zapachu czułem, że naprawdę mnie lubi, a nie tylko udaje. Poza tym dookoła jest park, i to nie taki, do którego przychodzą inni ludzie ze swoimi psami, tylko taki całkiem prywatny! O psia matko! Mój niezawodny psi nos powiedział mi od razu, że wśród drzew są i owszem, różne zwierzątka, w tym też takie, których zapachów nie znałem. Zapachu innych psów jednak nie wyczułem. W sumie trochę szkoda, przydałby się jakiś kumpel...

Jeden z tych ludzi tutaj jest dziwny. Pachnie trochę jak chłopiec, czyli taki ludzki szczeniak. Tak jak Młody, rozumiecie? Gdy podbiegłem, żeby go obwąchać i się przywitać, zaczął mówić dziwnym głosem. Tak jakby mnie nie lubił. A przecież jego zapach mówił mi coś zupełnie innego!

Niczego nie rozumiem. Ale sądząc po ilości bagażu, jaki moi ludzie zabrali ze sobą, pobędziemy tu jeszcze jakiś czas, więc pewnie zdążę się zorientować, o co chodzi...

Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»