Elf i dom strachówТекст

Автор:Marcin Pałasz
Из серии: To lubię
0
Отзывы
Читать фрагмент
Как читать книгу после покупки
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Okładka


Strona tytułowa
Marcin Pałasz
Elf i dom strachów

Ilustracje: Kasia Kołodziej


Strona redakcyjna

Marcin Pałasz

Elf i dom strachów

© by Marcin Pałasz

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje: Katarzyna Kołodziej

Korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-7672-653-3

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Prolog

Początek listopada był dokładnie taki, jak można się było spodziewać. Zimny wiatr chłostał ściany niedużego dworku, położonego malowniczo wśród drzew u stóp niewielkiego wzgórza. Dookoła wirowały ostatnie liście, które jeszcze wczoraj trzymały się uporczywie gałęzi.

Krótko mówiąc – poranek był wyjątkowo nieprzyjemny.

Dwie postaci ledwo majaczyły jednym z okien na ostatnim, drugim piętrze dworku. Bez słowa obserwowały niedużą sylwetkę, która dreptała żwirową drogą prowadzącą od dworku w kierunku odległej o kilkaset metrów ulicy. I mimo że ten ktoś ciągnął za sobą sporą walizkę na kółkach, to dreptał naprawdę szybko. Nie dało się uniknąć wrażenia, że po prostu ucieka.

– Gładko poszło – rzekła jedna z niewyraźnych postaci w oknie. – Myślałem, że wytrzyma ze dwie noce.

– Jakaś mało odporna – odparła druga postać bez większych emocji. – No, ale zaserwowaliśmy jej sporo mocnych wrażeń. Chyba dobiło ją to, co zobaczyła w łazience. Albo w korytarzu, obok schodów na piętro.

– Miałem plany na kolejną noc... Tyle atrakcji! A tu co? Zrejterowała.

– Używasz takich dziwnych słów. Mów „uciekła” i wystarczy.

– Dobra, uciekła. Ciekawe, kiedy przyjedzie ktoś nowy.

– A skąd ja mam to wiedzieć? Tak czy inaczej, próba generalna wypadła znakomicie.

Pierwsza postać zmierzyła drugą wzrokiem wyrażającym absolutne podekscytowanie.

– To będzie sukces! – wykrzyknęła. – Dworek odnowiony, znowu pojawią się w nim ludzie, a my możemy wreszcie...

– Straszyć – wyszeptała druga postać przejmująco, po czym diabolicznie zachichotała.

Oboje westchnęli jak na komendę i ponownie obrzucili wzrokiem osobę w zielonym, jesiennym płaszczyku, która mignęła na kolejnym zakręcie żwirowej drogi, już całkiem blisko szosy.

– No! – pierwsza postać zatarła dłonie. – Do roboty! Czeka nas jeszcze trochę przygotowań.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Dramatyczne wyznanie i seria dziwnych rozmów

Już wiecie, że mam na imię Elf [1] i jestem psem. Ale nie wiecie tego, co wyszło na jaw dzisiaj: jestem bardzo złym, okropnym i niedobrym psem, bo... bo skrzywdziłem mojego Dużego!!!

Duży to człowiek, którego bardzo kocham, oswajam i wychowuję. Teraz on udaje, że nic się nie stało i że nie gniewa się na mnie, ale ja dalej nie chcę wyjść spod biurka, tak okropnie mi wstyd.

No tak, ale nie wiecie, o co chodzi. Bo to było tak: Duży opowiadał mi bajkę, ja słuchałem z wielką przyjemnością. Obaj leżeliśmy na łóżku, ja przytulony do boku Dużego. Gdy słyszę jego głos, to robi mi się tak jakoś dziwnie dobrze, że czasem zapominam, że akurat chce mi się siku albo kupę. No i on tak gadał, mnie było dobrze, a potem przyszedł Młody, drugi, młodszy człowiek. Chwilę ze sobą rozmawiali, a ja wtedy poczułem, że czas najwyższy wyjść na dwór i zrobić, co trzeba, ale oni jakoś nie zwracali na mnie uwagi. Duży opowiadał coś Młodemu, tamten pachniał wyjątkowym podekscytowaniem i wydawał z siebie niepokojące okrzyki, a mnie się chciało i chciało, i to coraz bardziej...


No i wtedy Duży chyba oprzytomniał, zerwał się z łóżka i wypowiedział magiczne słowo: „IDZIEMY”...! A ja z radości dostałem szału, skakałem na niego (tak jak zwykle, no, może ciut bardziej), skomlałem z uciechy (też tak jak zwykle), ale czułem, że rozpiera mnie tak potężne uniesienie, że musiałem zrobić coś więcej. Wiedziałem, że szczekać w domu nie za bardzo wolno, wyć tym bardziej, więc miotałem się chwilę w tym szale, aż w końcu – zupełnie znienacka dla samego siebie – zrobiłem coś strasznego.

Z radości ugryzłem Dużego w tyłek.


– ...i wtedy Elficzek poleci na Księżyc taką specjalną Elficzkową rakietą – opowiadałem, patrząc w orzechowe oczy ukochanego, czworołapego przyjaciela wtulonego w mój bok. – I wyląduje na Księżycu, i pozna takie księżycowe elficzki, które tam mieszkają, a one od razu wybiorą go królem! I zrobi tam porządek, na tym Księżycu, i pozna księżycową elficzkową królewnę, a ona od razu się zakocha w moim Elficzku. Ale potem Elficzek zatęskni za swoim człowiekiem tutaj, na Ziemi, i wsiądzie do rakiety, i przyleci z powrotem... A pańcio tak się będzie cieszył, że znowu zobaczył swojego kochanego, dzielnego Elficzka...

– Ty naprawdę jesteś nienormalny – rozległ się znienacka głos Młodego gdzieś nad moją głową.

Drgnąłem, zachłysnąłem się i uniosłem wzrok. Było to cokolwiek trudne, jako że leżałem na swoim rozkładanym narożniku w jakiejś niemożliwej pozycji, z głową wykręconą pod dziwnym kątem.

Elf sapnął z niezadowoleniem i trącił mnie łbem w ramię. Odruchowo go podrapałem, ale on odepchnął dłoń i znowu mnie trącił.

– Widzisz? – zapytałem z wyrzutem Młodego, który po wygłoszeniu swojej niespodziewanej uwagi stał nad nami i patrzył na nas wytrzeszczonymi oczami. – On nie chce miziania, tylko chce, żebym dalej mu opowiadał.

– Chcesz mi wmówić, że on lubi bajki?! – spytał Młody ze śmiertelnym zdumieniem. – Przecież...

– No to spójrz – burknąłem gniewnie, znowu drapiąc Elfa za uchem. Ten ponownie odtrącił moją rękę i zamruczał. Spojrzałem mu w oczy i oparłem głowę na ramieniu. – A potem razem polecimy Elficzkową rakietą, tym razem na Marsa, a tam to dopiero będą przedziwne elficzki...! Całe zielone, z antenkami i dwoma ogonami...

Elf westchnął błogo i ułożył się wygodniej, zasłuchany w moje słowa.

Młody osłupiał.

– Wy obaj jesteście dziwni – zawyrokował w końcu. – Prawie tak, jak ta potworna pogoda. Jest zimno!

– Początek listopada – mruknąłem, podnosząc się wreszcie z łóżka ku wyraźnemu niezadowoleniu Elfa. – Czego innego oczekiwałeś? Kwiatków na rabatach i motylków za oknem?

Usiadłem na brzegu materaca, szukając kapci. Te bajki trochę za dużo czasu nam zajęły, trzeba przecież wyjść z psiakiem na dwór...

– A, właśnie – przypomniałem sobie nagle. – W poniedziałek wyjeżdżam, przez dwa dni zostaniecie z Elfem sami.

Młody skrzywił się, zdejmując plecak i rzucając go w stronę drzwi do swojego pokoju. Wtedy ja się skrzywiłem, a on – widząc to – pokazał mi język.

– Posprzątam przecież – mruknął. – Dokąd się wybierasz?

– Do Jasiennika – odparłem z lekkim wahaniem. – Chociaż w sumie nie wiem, czy jechać...

Mój syn nagle zastygł i przyjrzał mi się uważniej.


– No już – rzekł ponaglająco. – Mów, o co chodzi. Co tam jest? Spotkanie w sali gimnastycznej z tysiącem uczniów?

Mimo woli zachichotałem, bo uwaga była słuszna. Chyba niczego innego pisarze bardziej nie lubią, niż tak zwanych „spędów”, kiedy to dyrekcja zarządza spotkanie z uczniami całej podstawówki. Nie pomaga nawet nagłośnienie, bowiem nie sposób poprowadzić spotkania mającego zainteresować czytelników w tak różnym wieku. Inaczej się mówi przecież do pierwszaczków, opowiada im się o księżniczkach, wróżkach i tak dalej... Słysząc to, nastolatki myślą sobie: „Co ja tu, u licha, robię?!”; z kolei mówiąc językiem tych starszych, najmłodsi momentalnie tracą koncentrację i rozwalają całe spotkanie.

Tym razem jednak nie o to chodziło.

– Bo sam już nie wiem – zacząłem niepewnie. – To znaczy, ja nie wierzę w takie rzeczy, ale Marlena przyrzekła, że to prawda, i od razu stamtąd uciekła. Niedawno.

Młody milczał przez chwilę, usiłując zrozumieć moje słowa. Chyba nie bardzo mu to wyszło, bo usiadł na podłodze naprzeciwko mnie i głęboko westchnął.

– Więc teraz powiedz to tak, żeby moja tępa łepetyna też to pojęła – przewrócił oczami. – Dasz radę?

Nie byłem pewien.

Zaczęło się od tego, że rano odebrałem telefon od mojej nieocenionej agentki z informacją, że mam zaproszenie do biblioteki w Jasienniku, i czy mogę przeznaczyć na to jeden z kilku dni, które miałem wolne. Wiedziała doskonale, że wyjazdów ostatnio mam mnóstwo i już od dawna cieszyłem się na ten tydzień w domu. Rozważyłem wszystkie za i przeciw, na mapie sprawdziłem, że ów Jasiennik jest bardzo blisko, bo niecałe sto kilometrów od Wrocławia, a w dodatku miałem tam spędzić zaledwie jedną noc – z poniedziałku na wtorek. We wtorek raniutko spotkanie z dziećmi, a potem powrót do domu.

 

Więc się zgodziłem.

Godzinę później zadzwoniła bibliotekarka z Jasiennika, bardzo ucieszona perspektywą spotkania. Dziwnie zrobiło się dopiero w momencie, gdy omawialiśmy szczegóły przyjazdu i przyszło do ustalenia miejsca noclegu.

– Bo wie pan, panie Marcinie – rzekła nagle niepewnym głosem – Jasiennik to malutka miejscowość, tu żadnego hotelu nie ma, no chyba że dojedzie pan raniutko, ale musiałby pan wstać o czwartej, żeby zdążyć do nas na ósmą... Bo my tu tak z boku, w Górach Złotych, droga wąska i kręta, długo się jedzie nawet z Kłodzka. Mógłby pan nocować w Kłodzku...

Wstawanie o czwartej nad ranem wydało mi się czymś dostatecznie okropnym, by ze zgrozą się otrząsnąć.

– Więc może w Kłodzku... – zacząłem, ale pani Ania mi przerwała.

– Bo tu u nas jest, co prawda, pensjonat, to znaczy niedługo dopiero mają go otworzyć, ale już jedna pani tam nocowała, też przyjechała do nas na spotkanie niecałe dwa tygodnie temu, miała tam spędzić dwie noce, ale po pierwszej uciekła i był kłopot, by znaleźć jej miejsce na kolejną noc. I z Kłodzka musieliśmy ją odbierać, sama po nią jechałam...

– Uciekła?! – zdumiałem się, prostując się w fotelu. – A kto to był?

Bibliotekarka wymieniła nazwisko autorki, którą – jak się okazało – znałem doskonale. Przesympatyczna, rzeczowa, mądra kobieta. W dodatku pisząca świetne książki dla najmłodszych.

– No przecież nie uciekła na widok myszy czy karalucha – rzekłem odruchowo. – Nie ona, głowę daję...!

– Nie chodziło o karalucha – odparła pani Ania, nagle ściszając głos. – Wie pan, nam się wydaje, że tam, w tym dworku, było coś... coś innego. Coś strasznego.

Chwilę trawiłem tę informację.

– Nie mówi pani chyba o jakichś duchach czy zmorach? – spytałem wreszcie z rosnącym rozbawieniem. – Bo jeśli tak, to ja się ich nie boję. Śmiało może mi pani rezerwować nocleg.

W słuchawce na długą chwilę zapadło milczenie.

– No, dobrze – westchnęła bibliotekarka dziwnie posępnie. – Ale żeby pan potem nie mówił, że nie ostrzegałam...

Gdy zrelacjonowałem Młodemu tę rozmowę, spojrzał na mnie z potępieniem.

– I co? – spytał, kręcąc głową. – Nie pojedziesz dlatego, że pani Marlena prawie wyskoczyła z kapci, bo zdawało jej się, że coś tam usłyszała?

– Poczekaj – uniosłem dłoń. – Bo ja potem zadzwoniłem do Marleny...

Rozmowa była dość krótka. Po serdecznym powitaniu i kilku chwilach bardzo luźnej rozmowy, zadałem konkretne pytanie o jej pobyt w Jasienniku. I w tym momencie Marlenę najwyraźniej zatkało.

– O Boże – rzekła w końcu jakimś dziwnym, zdławionym głosem. – Już wiesz? I czemu pytasz?

– Bo jadę tam w poniedziałek.

– Tylko, broń Boże, nie nocuj w pensjonacie Pod Wzgórzem – przerwała mi, co nie było w jej stylu. – Marcin, ja cię proszę. Lubię cię i szanuję, i nie chcę, byś przeżył to, co ja!


– Ale powiedz mi, CO tam się stało?! – wykrzyknąłem ze śmiertelnym zdumieniem. Ten głos i te słowa tak bardzo nie pasowały mi do roześmianej i opanowanej na co dzień Marleny, dorosłej, rozsądnej kobiety, żony naukowca i matki dwójki dzieci. – Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że tam naprawdę...

– A właśnie że tak! – przerwała mi ponownie. – Tam naprawdę straszy. Wierz sobie, w co chcesz... Ja też aż do tamtej nocy nie wierzyłam w duchy. I nie, nie przyśniło mi się to, nie miałam koszmaru, to się po prostu działo. Bladym świtem uciekłam z tą piekielną walizką na kółkach, nie chciałam budzić pani Ani tak wcześnie prośbą o to, by po mnie przyjechała. Marcin, nie nocuj tam...

Młody, po wysłuchaniu relacji z tej rozmowy, zastygł z zabawnie otwartą buzią.

– No, nie żartuj! – wykrzyknął w końcu, gdy umilkłem. – I co?!

– Właśnie nie wiem! – zdenerwowałem się. – Ja też nie wierzę w nadprzyrodzone zjawiska, to znaczy chętnie oglądam sobie programy w stylu Łowcy duchów i tak dalej, no ale to jest telewizja! A ta mi mówi, że przeżyła to naprawdę!

Elf, siedzący obok mnie, znowu wydał z siebie cichy jęk, co uświadomiło mi, że naprawdę najwyższy czas z nim wyjść.

– Poczekaj – powstrzymał mnie Młody, gdy chciałem się podnieść. – Pojedziesz?

– No, pojadę – westchnąłem głęboko. – Może faktycznie przenocuję w Kłodzku.

Mój syn zmarszczył brwi i zaczął czochrać swoje włosy, które w ostatnich miesiącach znacznie urosły. To był znak, że wpadł na jakiś pomysł. To znaczy, nie długość włosów, ale czochranie. Poczułem lekki niepokój.

– Coś ty znowu wymyślił? – spytałem z obawą.

Uniósł brwi i pokręcił głową.

– Muszę popracować nad swoją mową ciała – mruknął. – Za dobrze rozpoznajesz, o czym myślę. No więc właśnie: ostatnio często nie było cię w domu...

Momentalnie dopadły mnie wyrzuty sumienia. Fakt, każda wiosna i jesień to czas wyjazdów, a mną targały wtedy sprzeczne emocje: Młody radzi sobie pod opieką rodziny, beze mnie... Teraz, co prawda, był już na tyle duży, że zostawał sam z Elfem, ale nie zmniejszało to mojego poczucia winy. Ależ zawód sobie wybrałem...!

– Wiesz, że muszę... – zacząłem ze skruchą, ale ten niespodziewanie machnął ręką.

– Wiem, wiem – uciął. – Nie o to chodzi. Praca to praca, ja przecież kiedyś tam też zacznę pracować. Ale, skoro już tak często wyjeżdżasz, to może tym razem... pojechalibyśmy razem? Co ty na to?

Propozycja uderzyła mnie niczym taran, trafiając prosto w moje nadwerężone komórki mózgowe.

– Ale że... razem? – bąknąłem w osłupieniu. – Tam, do Jasiennika?!

– Właśnie tak – odparł z satysfakcją, wygodniej opierając się o regał z książkami. – Ostatnia okazja do wspólnego wyjazdu trafiła się nam w wakacje; nie mówię, było interesująco, ha!

Odruchowo zerknąłem na bok Elfa, gdzie pod warstwą sierści ukryta była nie tak dawno zagojona blizna, i aż się wzdrygnąłem na samo wspomnienie owych wakacyjnych przeżyć.

– ...a na spotkaniu autorskim z tobą to sam już nie wiem, kiedy byłem – ciągnął Młody. – A w tym Jasienniku będzie takie „dwa w jednym”, i wspólny wyjazd, i spotkanie! A może i coś więcej? No?

– Jeśli to ma być takie „więcej”, jakie zaliczyliśmy podczas wakacji, to ja serdecznie dziękuję – burknąłem, otrząsając się z niesmakiem. – Nie życzę sobie.


– A jeśli faktycznie będą tam duchy? – rzekł Młody zachęcająco. – No? Dzieciaki podobno od dawna proszą cię, byś napisał horror, a ty nic...

– Jakie nic? – oburzyłem się. – Próbowałem!

– Ale ci nie wyszło – uciął kategorycznie. – Popełniłeś kolejną przekomiczną książkę, nie było w niej nic strasznego. Upiór z Jasiennika może cię zmotywować, a ja tam, na miejscu... będę robił notatki.

Westchnąłem i potrząsnąłem głową.

– Młody, masz szkołę – rzekłem stanowczo. – Przecież nie możesz...

– Daruj sobie! – jęknął żałośnie. – W zeszłym tygodniu byłeś na wywiadówce! I co sam potem powiedziałeś?

– No, co takiego? – speszyłem się. – Bo nie bardzo pamiętam...

– Na widok moich stopni i po rozmowie z wychowawczynią byłeś „pozytywnie wstrząśnięty”! Sam to tak określiłeś! I powiedziałeś, że należy mi się solidna nagroda za to, że tak się przykładam do nauki!

– No dobrze! – zdenerwowałem się. – Nagroda nagrodą, wybierz sobie coś...

– Wybieram wyjazd z tobą – zakomunikował złośliwie i z wyraźną uciechą. – Koniec, kropka. I nocujemy tam, Pod Górami.

– Pod Wzgórzem – poprawiłem go odruchowo, po czym jęknąłem. – A niech coś trafi te moje nieopatrzne obietnice! Muszę to przemyśleć.

– Tu nie ma o czym myśleć – zakomunikował z wyższością, podnosząc się zwinnie z podłogi. – Tu trzeba działać. Miernik K2, aparat do zdjęć w podczerwieni, kamery termowizyjne...

– Oszalałeś! – zdenerwowałem się, również wstając. – Niby skąd?!

– Poszukam. Też oglądam Łowców duchów, myślałeś, że nie? To ja poszukam, a ty idź wreszcie z psem, biedak nie może się doczekać. A ty siedzisz tu i tylko gadasz...

Aż zabulgotałem z oburzenia nad tą złośliwą uwagą, ale faktycznie – Elf jęczał coraz żałośniej.

– No co? – zwróciłem się do niego, wpatrzonego we mnie jak w obrazek. – Co, Elfie? Idziemy!


Szał radości przewyższył to, co działo się zazwyczaj. Piszczał, skomlał, skakał, a gdy schyliłem się, by włożyć buty, znienacka... ugryzł mnie w tyłek! Podskoczyłem i wydałem z siebie nieartykułowany okrzyk, Młody dostał ataku dzikiego śmiechu, a przerażony swoim postępkiem Elf schował się momentalnie pod biurko.

Udało mi się go stamtąd wywabić dopiero dobry kwadrans później za pomocą solidnego kawałka kiełbasy krakowskiej, choć ciągle, idąc przy mnie, starał się nie patrzeć mi w oczy.

Inspirujące spotkanie i nagła decyzja

Odciągnąłem Elfa od śmietnika, który – jak na mój gust – stanowczo zbyt mocno intrygował naszego psa. Potem zatrzymałem się i zerknąłem na róg budynku, w którym mieszkaliśmy. Elf przysiadł, zerknął wreszcie na mnie i zamerdał niepewnie ogonem.

– Chwilkę, Elfie – mruknąłem uspokajająco. – Zaraz przyjdzie...

Nie zdążyłem dokończyć, gdy zza rogu wypadła znajoma postać, pospiesznie dopinając na sobie jesienną kurtkę.

– Czekajcie! – wrzasnął Młody, widząc nas z daleka. – Idę z wami!

– Wiem! – odkrzyknąłem radośnie. – Przecież na ciebie czekamy!

– Skąd wiedziałeś? – zdumiał się, zatrzymując się obok. – Nie mówiłem, że...

– Nie musiałeś – uspokoiłem go, ruszając w stronę górki. – Znam cię na tyle, by wiedzieć, że na pewno nie usiedzisz w domu, gdy możesz dalej ze mną o tym gadać i nakręcać mnie na kolejne zwariowane pomysły.

Prychnął z oburzeniem, ale zaraz twarz mu się rozjaśniła.

– Ale te pięć minut wystarczyło mi, by znaleźć polski sklep z rzeczami, jakich potrzebujemy! – wykrzyknął z zapałem, nieświadomie przyspieszając kroku.

Elf, widząc to, również przyspieszył, machając ogonem.

– Mają i miernik K2, i kamery na podczerwień, które się ustawia i potem na laptopie ogląda obraz...

– I co jeszcze? – spytałem łagodnie.

– I kamery termowizyjne, bo wiesz, że duchy powodują zmiany temperatury, pojawiają się takie „zimne punkty”...

– I zapewne ten cały sprzęt doślą nam w ramach wcześniejszego gwiazdkowego prezentu, tak? – zauważyłem z zadumą. – No popatrz, co za dobrzy ludzie!

Aż przystanął i wlepił we mnie pełen oburzenia wzrok, ale potem trochę się zmieszał.

– No... – odchrząknął i pogrzebał butem w żwirze. – To znaczy, nie że za darmo, ale... Ale mają krótkie terminy realizacji! Doślą na piątek!

– Wróćmy do kwestii podstawowej – rzekłem trzeźwo. – Czyli że nie za darmo. Ile to wszystko kosztuje?

Rozpaczliwie rozczochrał sobie czuprynę.

– K2 to trzy... trzy...

– Trzydzieści złotych? – podsunąłem z nadzieją.

– Trzy... sta dziewięćdziesiąt – wydusił z siebie. – Prawda, że niedużo? Myślałem, że z tysiąc!

Złapałem się za głowę.

– Zwariowałeś – stwierdziłem sucho. – Mów dalej.

Jego ponure spojrzenie starczyło za komentarz.

– Kamera na głowę – bąknął, zerkając na mnie niepewnie – przydaje się podczas eksploracji nieznanych pomieszczeń... Tysiąc złotych...

Zakrztusiłem się, po czym popukałem się w czoło.

– Nie będziemy eksplorować korytarzy średniowiecznego zamku, tylko nieduży dworek! Mowy nie ma o kamerach na głowy. Dalej?

– To znaczy, że miernik weźmiemy? – ucieszył się znienacka. – Bo przy mierniku nie powiedziałeś, że mowy nie ma...

– Powiedziałem, że zwariowałeś, na jedno wychodzi. Co tam jeszcze?

– Zwykła kamerka stacjonarna night vision, bezprzewodowe połączenie z komputerem. Pięćset złotych... Ale jeśli bierze się dwie, to wychodzi tylko osiemset!

 

– Fantastyczna promocja! – wykrzyknąłem, wznosząc wzrok ku niebu. – Ach, nic, tylko brać! Młody, po co my o tym mówimy? Sam dobrze wiesz, jak stoimy z kasą. Wakacje i leczenie Elfa trochę nas wypompowały...

Trochę jakby oklapł. Mimo entuzjazmu, umiał myśleć, potrafił nieźle liczyć, a przede wszystkim doskonale wiedział, że mam rację.

Długą chwilę szliśmy obok siebie, zatrzymując się jedynie wtedy, gdy psisko zdecydowało się zaszczycić swoją uwagą kolejny krzaczek lub słupek.

– Dlaczego on wybiera akurat ten konkretny słup albo drzewo? – spytał nagle Młody dość markotnym tonem. Widać było, że usiłuje oderwać myśli od sprawy upiornych akcesoriów na wyjazd.

Pytanie było jednak na tyle ciekawe, że buzia mi się rozjaśniła.

– Widzisz, że zawsze najpierw obwąchuje? – spytałem i, nie czekając na jego odpowiedź, ciągnąłem: – A potem albo siusia, albo idzie dalej. To zależy od tego, co wywącha.

– Czyli od gatunku drzewa, czy jak? – zdziwił się Młody nieufnie. – Albo rodzaju farby na słupku?

– Nie! Od tego, czy uzna za stosowne odpowiedzieć na wiadomość od innego psa.

– Ty naprawdę zwariowałeś – stwierdził z przekonaniem już drugi raz tego dnia. – Jaką znowu wiadomość?!

Obruszyłem się.

– Wiesz, ile pies jest w stanie wyczuć po zapachu zostawionym na takim słupku, gdzie siusiał inny pies?! Wie na przykład, czy to był pies, czy suka. Wie, czy był młody, czy stary...

– Naprawdę?

– No pewnie! Węch to najważniejszy psi zmysł. Wiesz, że są takie psy, które potrafią wyczuć nowotwór u chorych? Lepiej niż testy laboratoryjne! Więc co to dla Elfa wyczuć psa czy sukę, młodego lub starego, małego czy dużego...

– No, tu już przesadzasz! – zdenerwował się Młody. – Zapach siuśków powie mu o wzroście innego psa?!

– Nie zapach – ucieszyłem się. – Po prostu duży pies siusia wyżej, a mały niziutko.

Zatkało go na moment, a potem się roześmiał. Ulżyło mi.

– Ty, popatrz, a Elf zawsze podnosi nogę tak wysoko, jakby szpagat chciał zrobić! – zauważył nagle. – Może chce wydać się wyższy? Żeby potem inny pies bardziej go szanował?

To mi wcześniej do głowy nie przyszło i zerknąłem na syna z uznaniem. Faktycznie, nasze psisko Elfisko zadzierało tylną łapę tak, że nie powstydziłby się tego najlepszy rosyjski baletmistrz! A tu proszę, takie proste wytłumaczenie!

– O Boże...! – kwiknął nagle Młody i wykonał krok, jakby chciał schować się za mną. – Pani Celina!

Mimo woli jęknąłem.

Pani Celina była znajomą z sąsiedniego bloku, poznaną oczywiście dzięki psom. Właścicielka miniaturowego, czarnego sznaucerka – o stosownym imieniu Rocky – w zasadzie była sympatyczna... jednak, zazwyczaj, do czasu. Rozmowy z nią były do zniesienia jedynie na krótką metę, gdyż jej styl bycia i mówienia były tak afektowane, że ciarki przechodziły.

Spłoszony, rzuciłem okiem w bok, sprawdzając, czy nie da się aby uciec, udając, że jej nie widzimy, ale było za późno.

– Elficzek! – pisnęła pani Celina i trzy sekundy później stała przy nas.

Rocky obwąchiwał Elfa, Elf obwąchiwał Rocky’ego, a ja miałem ochotę obwąchać cokolwiek, co znajdowałoby się, na przykład, kilometr dalej.

– Dzień dobry, pani Celinko – rzekłem uprzejmie. Młody, zza mnie, również burknął coś, co zabrzmiało jak w miarę przyzwoite powitanie. – Skąd pani wraca?

Pytanie było logiczne, gdyż w jednej dłoni dzierżyła smycz swojego psiaka (model flexi, luksusowy – wysadzany kryształkami), w drugiej zaś dźwigała jakąś potężną siatkę, w której było spore pudło.

– Ach! – wykrzyknęła, przewracając oczami. – To poidełko dla mojego puńcia-psiuńcia, takie elektryczne, wie pan, natlenia wodę i ją chłodzi, ma taki malutki wodospad. Cudo, zaiste!

– Zaiste zapewne – mruknąłem, ogłuszony nieco wodospadem. – To... to cudownie. A my...


– A pana ostatnio dawno nie widziałam! – odstawiła siatkę z pudłem i figlarnie pogroziła mi upierścienionym paluszkiem. – Oj, nieładnie tak! Zapewne jakiś wyjazd, czyżby rekreacyjny? Bo wie pan, my z mężem i puńciem-psiuńciem też wyjeżdżaliśmy, w październiku... Cypr i Rodos, i jeszcze krótka, niezobowiązująca wizyta w Aleksandrii. Mieliśmy odwiedzić jeszcze tę absolutnie oszałamiającą Dolinę Królów, ale puńcio-psiuńcio bardzo wyraźnie dał nam do zrozumienia, że nie lubi upałów, więc zdecydowaliśmy się na odrobinę wcześniejszy powrót. A panowie gdzie byli?

– Dziś rano w Biedronce, po ziemniaki – mruknął Młody. – A potem Elf ugryzł ojca w tyłek.

Aż zakaszlałem po tym dramatycznym wyznaniu i odruchowo pomacałem się po pośladku, który już mnie wcale nie bolał, bo to było takie naprawdę symboliczne ugryzienie. Wręcz uszczypnięcie. Moim zdaniem, bardziej z radości aniżeli z irytacji spowodowanej opóźnieniem wyczekiwanego spaceru.

– Wyjazdy były typowo zawodowe, pani Celinko – odchrząknąłem. – Jak mniemam, nie uda mi się jeszcze w tym roku uskutecznić kolejnego wyjazdu rekreacyjnego...

Minutę później, gdy upiorna pani Celinka oddaliła się wraz z puńciem-psiuńciem i wodospadem, Młody spojrzał na mnie z gniewnym zainteresowaniem.

– Wiesz, że tobie rzuca się na mózg, gdy z nią rozmawiasz? – rzekł oskarżycielsko. – Zaczynasz mówić jak ona!

– I co ja na to poradzę?! – jęknąłem. – Ona tak działa na ludzi! Inni też tak przy niej mają, sam to zauważyłem!

– Trzeba cię zaszczepić, bo te objawy są wręcz niesmaczne – zawyrokował, spojrzał na mnie i obaj ryknęliśmy śmiechem. – Albo może ona wydziela jakieś promieniowanie, więc obłożę cię lodem przed każdym spacerem, podobno lód zatrzymuje nawet promieniowanie kosmiczne...

Nagle zamarł, gibnął się w miejscu i spojrzał na mnie roziskrzonym wzrokiem.

– Wiem! – wrzasnął tak, że Elf wskoczył w krzaki, które akurat obwąchiwał. – Wiwat pani Celina, to ona mnie olśniła! Lód!

– Matko Boska – rzekłem ze zgrozą, wyciągając psa z krzaków i starając się dać mu do zrozumienia, że Młody jednak nie oszalał. – Jaki znowu lód?!

– Przecież zbieramy na nową lodówkę – szepnął z absolutną błogością w głosie. – Mamy kasę! A ja mam odłożone ze cztery stówki, też dorzucę.

No tak, lodówka.

Nasza własna dawała coraz częściej do zrozumienia, że dobiega kresu swego zasłużonego żywota, aczkolwiek jeszcze działała. Młody stwierdził dwa miesiące temu, że jeśli już mamy kupić nową, to niech będzie przyzwoita, taka z wyświetlaczem, jakimś programowaniem i automatem robiącym lód w kostkach. Nie byłem tylko pewien, czy miała również śpiewać i odkurzać – nie miałbym nic przeciwko funkcji odkurzania.

Tak czy inaczej, zakup droższego modelu wiązał się ze znacznie dłuższą gwarancją, więc skłonny byłem na to przystać. Od tamtej pory wrzucaliśmy wszelkie finansowe nadwyżki do pudełka po butach opatrzonego napisem „LODÓWKA”, oklejonego starannie ze wszystkich stron szarą, szeroką taśmą. To na wypadek, gdyby któremuś z nas przyszło do głowy uszczknąć coś ze środka pod wpływem głupiego impulsu.

– Ile tam jest? – spytałem niepewnie, ruszając przed siebie. – I najważniejsze, co zrobimy, jeśli nasza stara lodówka wyzionie ducha, a na nową nie będziemy mieli?

Niecierpliwie machnął ręką.

– Ja już o tym zdążyłem pomyśleć – rzekł z dumą. – Kupimy najlepsze, na co nam wystarczy, a potem, gdy wrócimy z tego Jesionu...

– Jasiennika...

– Jasiennika, nie przerywaj mi – zezłościł się. – No, więc kiedy wrócimy, to ty to wszystko wystawisz na Allegro. Masz tych pozytywnych komentarzy tyle, że głowa boli, więc sprzeda się bez problemu! I nawet gdy stara lodówka wybuchnie i wejdzie na orbitę okołoziemską, to będziemy mogli kupić nową!

Zawahałem się.

– Ale sprzeda się ze stratą, bo już używane...

– No to niech i tak będzie! – wykrzyknął, a oczy miał jak gwiazdy. – Te moje cztery stówki będą rekompensatą!

Ciężko westchnąłem. Jednakże takie poświęcenie, jak oddanie swoich oszczędności na poczet ewentualnych strat spowodowanych używaniem sprzętu, przemówiło do mnie.

– Dobra, niech ci będzie – oznajmiłem z ciężkim sercem. – Głowę jednak dam, że nakupimy tych wykrywaczy i kamer, pojedziemy tam i guzik uda nam się znaleźć, a nie żadne dowody na istnienie duchów.

Gdybym wiedział, jak bardzo się mylę, prawdopodobnie zamówiłbym przed wtorkowym spotkaniem nocleg we Władywostoku, byle być dalej od owego upiornego Jasiennika...


Nasz wieczorny spacer był jakiś dziwny. To znaczy, Duży i Młody ciągle gadali – w ogóle nie rozumiem, jak można tyle czasu gadać i gadać, nie zwracając uwagi na wszystkie fajne rzeczy, które leżą dookoła! I kawałek kanapki na trawniku, i coś innego, o czym może lepiej nie będę mówił, bo ludziom to jakoś chyba nie bardzo smakuje.

Chodzi jednak o to, że zazwyczaj Duży bardzo zwraca uwagę na to, co robię podczas naszych wyjść z domu. A dziś było inaczej! Spokojnie zjadłem i kanapkę, i to drugie, a on – nic! Potem już na mnie patrzył, ale akurat wtedy pojawiła się ta pani, która piszczy, i jej sznaucerek Rocky. Ucieszyłem się, bo całkiem go lubię!

Rocky był dziwnie skwaszony. Spytałem, o co chodzi, a on na to, że jego człowieczka kupiła ostatnio różową chusteczkę i zawiązała mu ją na szyi. Ile on się musiał namęczyć, żeby ją zdjąć, to trudno opisać!

– No, wyobraź sobie – mówił zgnębiony. – Ja, pies, PIES!!! A nie żadna suczka. A ona mi różową chusteczkę na szyję. Myślałem, że nie wyjdę z klatki schodowej, bo już widziałem miny innych psów na trawniku na mój widok... Ale tak chciało mi się siusiu, że jednak wyszedłem. I co? I od razu zobaczyliśmy Aferę, wiesz, tę dużą sunię z naprzeciwka. Aż tarzała się z uciechy, gdy mnie zobaczyła. Myślałem, że się ze wstydu spalę...

Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»