Włoskie oświadczynyТекст

Автор:Lynne Graham
Из серии: Światowe życie
0
Отзывы
Читать фрагмент
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Lynne Graham
Włoske oświadczyny

Tłumaczenie:

Jan Kabat

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Cesare Sabatino otworzył przesyłkę ekspresową i jęknął głośno. Jego przystojne rysy zdradzały niedowierzanie.

Były tam między innymi dwa zdjęcia; jedno przedstawiało atrakcyjną blond nastolatkę o imieniu Cristina, drugie zaś jej starszą siostrę Elisabettę. Czy rodzinne szaleństwo miało też nawiedzić następne pokolenie? Naprawdę nie miał czasu na taki nonsens. Co jego ojciec, Goffredo, wyprawiał?

‒ Stało się coś? – spytał Jonathan, przyjaciel i dyrektor imperium farmaceutycznego Sabatino.

Cesare podsunął mu przesyłkę.

‒ Spójrz na to i zapłacz nad obłędem, który może dotknąć nawet najbardziej normalnych z pozoru krewnych.

Jonathan przejrzał skromną dokumentację i rzucił okiem na zdjęcia.

‒ Blondynka jest niezła, ale trochę za młoda. Druga, ta w wełnianej czapce, wygląda jak strach na wróble. Co masz wspólnego z jakąś rodziną uprawiającą ziemię w Yorkshire?

‒ To długa historia.

Jonathan usiadł.

‒ Ciekawa?

‒ Umiarkowanie. Moja rodzina posiadała w dziewiętnastym wieku małą wyspę Lionos na Morzu Egejskim. Spoczywa tam większość moich przodków ze strony ojca. Moja babka Athene też się tam urodziła i dorastała. Ale gdy jej ojciec zbankrutował, Lianos została sprzedana pewnemu Włochowi, który nazywał się Geraldo Luccini.

‒ Fortuny rosną i upadają. – Jonathan wzruszył ramionami.

‒ Sprawy przybrały jednak niekorzystny obrót, kiedy brat Athene postanowił odzyskać wyspę, poślubiając córkę Lucciniego, a potem zwiał sprzed ołtarza.

‒ Miłe…

‒ Jej ojciec był tak rozwścieczony zniewagą uczynioną córce i rodzinie, że sporządził nadzwyczaj skomplikowany testament dotyczący Lionos.

‒ To znaczy?

‒ Nie może być sprzedana, a te dwie młode kobiety na zdjęciach są jej obecnymi właścicielkami na mocy dziedzictwa po matce. Moja rodzina może odzyskać wyspę tylko w wyniku małżeństwa między Zirondim z potomkinią Luccinich. I narodzin dziecka.

‒ Nie mówisz chyba poważnie?

‒ W poprzednim pokoleniu mój ojciec był poważny na tyle, by się oświadczyć matce tych dwóch dziewczyn, Francesce, choć przyznam, że szczerze się w niej kochał. Na szczęście dla nas wszystkich odrzuciła go i wyszła za pewnego farmera.

‒ Dlaczego na szczęście?

‒ Bo nie wytrwała długo przy tym farmerze ani żadnym innym mężczyźnie. Goffredo się wywinął. – Wiedział doskonale, że jego naiwny ojciec nigdy by sobie nie poradził z tak kapryśną żoną.

‒ Więc dlaczego przysłał ci te materiały?

‒ Chce, bym się zainteresował „projektem odzyskania Lionos” – wyjaśnił sucho Cesare.

‒ Naprawdę sądzi, że będziesz rozważał małżeństwo z jedną z tych młodych kobiet? – zdumiał się Jonathan. Żadna z nich nie wyglądała zbyt atrakcyjnie, a Cesare był koneserem płci pięknej. – Oszalał?

‒ Optymista, jak zawsze. Nigdy nie słucha, kiedy mu mówię, że nigdy się nie ożenię.

‒ Jako szczęśliwy mąż i ojciec zapewniam, że wiele tracisz.

Cesare wiedział oczywiście, że dobre małżeństwa się zdarzają. Jak w przypadku ojca i Jonathana. On sam jednak nie wierzył w prawdziwe uczucie. Zwłaszcza że jego pierwsza miłość, Serafina, porzuciła go dla siedemdziesięciopięcioletniego i niezwykle zamożnego mężczyzny i teraz była bardzo bogatą wdową, która ponownie zapragnęła związać się ze swoim byłym.

Nie zamierzał po raz drugi popełniać tego błędu, typowego dla młodego chłopca. Nie wykazywał się już taką ignorancją, jeśli chodzi o płeć przeciwną. Nie szczędził swego bogactwa kobietom, które bardziej niż jego pieniędzmi ekscytowały się tym, co jeszcze mógł im zaoferować. Pomyślał o swojej obecnej kochance, francuskiej modelce, która bardzo się starała usatysfakcjonować go w łóżku i poza nim. Bez zobowiązań pod postacią obrączek czy hałaśliwych dzieciaków. Tak, był szczodrym kochankiem, ale czemu służyły pieniądze, kiedy miało się ich tyle co on?

Nie ucieszył się, gdy wrócił tego wieczoru do swojego londyńskiego apartamentu, a służący Primo poinformował go o niespodziewanej wizycie ojca.

Goffredo stał na tarasie i podziwiał panoramę miasta.

‒ Czemu zawdzięczam ten honor? – spytał ironicznie Cesare.

Ojciec, nieodmiennie ekstrawertyczny, uściskał serdecznie syna.

‒ Muszę z tobą porozmawiać o twojej babce…

‒ Co się stało?

‒ Athene wymaga wszczepienia bypassów. Cierpi na zawansowaną wieńcówkę.

‒ Ma siedemdziesiąt pięć lat.

‒ Rokowania są bardzo dobre, ale wiesz, jak moja matka podchodzi do pewnych spraw. Jest za stara na operację, jak twierdzi. Uważa, że przeżyła już swoje i że powinna być za to wdzięczna.

‒ To śmieszne. Porozmawiam z nią, jeśli trzeba.

‒ Potrzebuje jakiejś motywacji, czegoś, co przekonałoby ją, że ból związany z zabiegiem jest wart zachodu.

Cesare syknął przez zęby.

‒ Mam nadzieję, że nie mówisz o Lionos. To tylko mrzonka.

‒ Od kiedy to boisz się wyzwań?

‒ Jestem za mądry, żeby walczyć z wiatrakami – odparł sucho Cesare.

‒ Masz jednak wyobraźnię? – upierał się starszy człowiek. – Czasy się zmieniły. Dysponujesz siłą, której ja nigdy nie miałem.

‒ Jaką siłą? – spytał niechętnie.

‒ Jesteś niewiarygodnie bogaty, a obecni właściciele groszem nie śmierdzą.

‒ Ale testament jest nie do podważenia.

‒ Pieniądze potrafią przemówić do rozsądku – przekonywał ojciec. – Nie chcesz żony i zapewne żadna z córek Franceski, będąc w tak młodym wieku, też nie chce wychodzić za mąż. Może po prostu zawrzesz z jedną z nich coś w rodzaju umowy?

Cesare pokręcił głową.

‒ Namawiasz mnie, żebym obszedł warunki testamentu?

‒ Został już dokładnie przeanalizowany przez najwybitniejszego prawnika w Rzymie. Jeśli możesz poślubić jedną z tych dziewczyn, to będziesz miał prawo odwiedzić wyspę i, co ważniejsze, zabrać tam swoją babkę.

Cesare parsknął zniecierpliwiony.

‒ I co z tego? Nie oznacza to własności ani odzyskania wyspy przez rodzinę.

‒ Sama wizyta, po tak wielu latach, będzie dla twojej babki źródłem wielkiej radości – oznajmił Goffredo tonem przygany.

‒ Zawsze sądziłem, że odwiedzenie wyspy jest naruszeniem warunków testamentu.

‒ Nie, jeśli zostanie poprzedzone małżeństwem. Potrzeba było prawnika, by to wykazać. Gdyby któryś z nas zjawił się tam bez spełnienia tego warunku, córki Franceski utraciłyby swój spadek i wyspa przeszłaby na własność państwa.

‒ Uważasz, że babci zależy na tym, by tam pojechać?

‒ Odwiedziłaby groby swoich rodziców. Zobaczyłaby rodzinny dom, w którym mieszkała z moim ojcem. Ma wiele szczęśliwych wspomnień związanych z Lionos.

‒ Czy krótka wizyta to załatwi? Myślę, że zawsze marzyła, by tam mieszkać, a to jest wykluczone, ponieważ musiałoby się urodzić dziecko, by zostały wypełnione warunki testamentu i byśmy mogli znów zapuścić korzenie na wyspie.

‒ Istnieje duża szansa, że sąd odrzuci ten warunek jako nieuzasadniony. Prawo obaliło już mnóstwo niepodważalnych zasad – oznajmił z entuzjazmem Goffredo.

‒ Wątpię. Potrwa to lata i pochłonie mnóstwo pieniędzy, a państwo będzie walczyć o swoje. Która zresztą kobieta zechce mnie poślubić i mieć ze mną dziecko, żebym mógł odziedziczyć niezamieszkaną wyspę? Nawet gdybym od razu zaproponował jej odkupienie tego skrawka ziemi.

‒ Wiesz chyba, jak smakowitym jesteś kąskiem. Od najmłodszych lat musiałeś się opędzać od kobiet.

‒ Nie sądzisz, że poczęcie dziecka w takim celu byłoby niemoralne?

‒ Nie sugeruję, żebyś posunął się tak daleko.

‒ Ale bez tego nie mógłbym sobie rościć prawa do tej wyspy. A jeśli nie mogę jej kupić ani nic zyskać, pomijając wizytę babci w tym żałosnym miejscu, to po co mam się spotykać z jakąś obcą kobietą i próbować ją przekupić?

‒ To twoje ostatnie słowo w tej sprawie? – spytał sztywno ojciec.

‒ Jestem człowiekiem praktycznym. Gdybyśmy mogli odzyskać wyspę, może widziałbym w tym wszystkim jakiś sens.

Starszy mężczyzna ruszył do drzwi i przystanął.

‒ Mógłbyś przynajmniej spotkać się z córkami Franceski i sprawdzić, co się da zrobić.

Kiedy ojciec odszedł urażony, Cesare zaklął pod nosem. Goffredo w przypływie entuzjazmu potrafił powziąć wspaniały pomysł, ale z konsekwencjami było już gorzej. Jego syn natomiast nigdy nie ulegał sentymentom.

Mimo wszystko myślał ze smutkiem o koniecznej operacji, której jego babka nie chciała się poddać. Athene uważała zapewne, że życie nic już jej nie przyniesie. Może bała się też trochę tego zabiegu; była silną i odważną kobietą, ale tak jak wszyscy miała swoje słabości.

Matka Cesarego zmarła przy jego porodzie i wtedy to Athene pospieszyła na pomoc owdowiałemu synowi. Kiedy zmagał się z żalem i budował swój pierwszy biznes, ona zajęła się wychowywaniem wnuka. Już jako małe dziecko grał w szachy i czytał. Szybko dostrzegła jego walory intelektualne. Wiele zawdzięczał swej babce; była jedyną kobietą, o którą się szczerze troszczył. Tylko ona znalazła miejsce w jego chłodnym sercu.

Cesare znowu zajrzał do ojcowskiej przesyłki. Nie interesowała go nastolatka, ale ta pospolita młoda kobieta w wełnianej czapce i starym płaszczu? Czy zamierzał w ogóle rozważać tak drastyczne obniżenie swoich wysokich standardów? Skrzywił się na samą myśl o małżeństwie i bliskości z drugą osobą.

‒ Trzeba było odesłać Bohatera do rzeźni, kiedy ci mówiłem! – rzucił Brian Whitaker. – A ty trzymasz go w stajni. Nie stać nas na paszę.

 

‒ Chrissie bardzo go lubi. Wraca w przyszłym tygodniu z uniwersytetu. Chciałam, żeby się z nim pożegnała – odparła Lizy cicho, by nie denerwować drażliwego ojca.

Starszy mężczyzna stał przy stole kuchennym, drżące dłonie – symptom choroby Parkinsona – trzymał na oparciu krzesła, patrząc złym wzrokiem na córkę.

‒ Będzie płakać, próbując cię przekonać. Jaki to ma sens? Chciałaś go sprzedać i nikt się nie zainteresował. Żaden z ciebie farmer, Lizzie!

‒ Może w tym schronisku dla koni znajdzie się dla niego miejsce. Miałam nadzieję, że się uda.

‒ Od kiedy nadzieja pomaga spłacić rachunki? – rzucił Brian z pogardą. – Chrissie powinna ci pomagać, zamiast marnować czas na studia!

Lizzie skrzywiła się na myśl, że jej młodsza siostra mogłaby w obliczu narastających długów wyrzec się nauki na rzecz codziennej walki o przetrwanie. Ojciec nigdy nie pochwalał tego, że Chrissie poszła na studia. Jego świat wyznaczały granice farmy. Lizzie to rozumiała, bo jej świat też skurczył się do takich rozmiarów, kiedy w wieku szesnastu lat opuściła szkołę.

Jednocześnie uwielbiała młodszą siostrę i była gotowa znosić ojcowski gniew, jeśli oznaczało to, że Chrissie może wykorzystywać szanse, których sama była pozbawiona. Lizzie odczuwała niemal matczyną dumę, gdy dziewczyna dostała się na wydział literatury na Oxfordzie.

Kiedy włożyła już zabłocone buty, przy tylnych drzwiach powitał ją kudłaty kundel z pustą miską w pysku.

‒ Och, przepraszam, Archie… zapomniałam o tobie.

Znów zdjęła buty, po czym ruszyła do kuchni, żeby nakarmić psa, i usłyszała odgłosy meczu dobiegające z telewizora; poczuła, jak opuszcza ją napięcie. Wiedziała, że ojciec zapomni na chwilę o swoim bólu.

Był trudnym człowiekiem, ale nigdy nie miał łatwego życia. Ciężka praca i poświęcenie farmie nigdy mu się nie opłaciły. Wydzierżawił ją w młodym wieku i zawsze musiał harować sam. Jej nieżyjąca matka, Francesca, wytrwała w małżeństwie tylko kilka lat, po czym odeszła z mężczyzną, z którym wiązała większe nadzieje. Brian Whitaker nigdy się potem nie ożenił. Kiedy Lizzy miała dwanaście lat, Francesca umarła, a ojciec został nagle obarczony opieką nad dwiema córkami, które były mu na dobrą sprawę obce. Starszy mężczyzna robił co w jego mocy, choć zawsze jej wypominał, że nie jest silna jak upragniony syn, tak potrzebny na farmie. Ledwie ukończył pięćdziesiątkę, kiedy choroba pozbawiła go możliwości pracy fizycznej.

Lizzy pogodziła się z tym, że nie spełnia oczekiwań innych. Była nieśmiała, a matka tęskniła za bardziej towarzyską córką. Ojciec pragnął chłopca, nie dziewczynki. Nawet jej narzeczony zostawił ją dla kobiety, która rokowała większe nadzieje jako żona farmera. Nauczyła się skupiać na pracy zamiast na swoich brakach.

Zaczęła dzień od rozsypania ziarna kurom i zebrania jajek, potem nakarmiła Bohatera paszą kupioną z oszczędności, jakie zapewniała jej praca barmanki w wiejskim pubie. Nie mogła brać wynagrodzenia za swoją harówkę ze wspólnej kasy, kiedy na koncie bezustannie narastał debet. Rachunki, jedzenie, paliwo… Myślała ze strachem o kolejnym upomnieniu z banku.

Napełniła zbiornik gnojówką, żeby rozrzucić ją na łące, Archie zaś wskoczył za nią do kabiny traktora i usiadł zziajany u jej boku. Wciąż nosił drogą skórzaną obrożę. Lizzie znalazła go wygłodzonego na poboczu drogi; musiał być kiedyś ukochanym psiakiem, którego porzucono, gdy jego wiekowy właściciel zmarł.

Gdy zjawił się na farmie, wszedł w komitywę z ich starym psem pasterskim, Shepem, i szybko się od niego uczył; nawet ojciec przyznał, że jest użyteczny. Lizzie go uwielbiała.

Wracała na podwórze, żeby ponownie napełnić zbiornik, gdy ujrzała długi, elegancki czarny samochód, który skręcił z głównej drogi w stronę farmy. Zaparkowała traktor przy ogrodzeniu, a potem wysiadła z Archiem na ręku.

Tak po raz pierwszy zobaczył ją Cesare. Zauważył, że choć ubiera się jak żebraczka, to ma skórę przywodzącą na myśl delikatną porcelanę i oczy o barwie cennego jadeitu. Westchnął głęboko na jej widok.

Jego kierowca wysiadł z limuzyny i natychmiast został zaatakowany przez psa, który przypominał mufkę na krótkich nogach. Kiedy kobieta złapała czworonoga, Cesare wysiadł i od razu poczuł wszechobecną woń wiejskiego podwórza. Ojciec nie żartował, kiedy mówił, że Whitekerowie są biedni jak myszy kościelne. Dom nie przypominał w niczym malowniczej chaty pośród róż. Rynny się zapadły, z drzwi wejściowych obłaziła farba.

‒ Chce pan spytać o drogę? – zwróciła się Lizzie do mężczyzny o ciemnych włosach, wysiadającego z tylnej części wozu.

Cesare skupił uwagę na jej różowych ustach. Trzy niespodziewane zalety. Lizzie Whiteker miała wspaniałą skórę, piękne oczy i usta skłaniające do grzesznych myśli, a Cesare nie uznawał zahamowań, gdy chodziło o przyjemności natury seksualnej.

‒ O drogę? – powtórzył.

Pomimo zmęczenia dostrzegł, że Lizzie jest drobna i szczupła pod koszmarnie znoszoną i poplamioną kurtką i obszernym kombinezonem. Z powodu czapki naciągniętej na czoło jej oczy wydawały się ogromne, kiedy na niego patrzyła.

Jedno spojrzenie na nieznajomego wystarczyło, by Lizzie otworzyła usta. Był… oszałamiający; czarne włosy, ciemne jak czekolada i głęboko osadzone oczy, męski zarys brody. Nigdy nie widziała równie olśniewającego mężczyzny. Poczuła się jak zauroczona nastolatka.

‒ Przyszło mi do głowy, że się pan zgubił – wyjaśniła niepewnie, kiedy wlepił w nią spojrzenie oczu o odcieniu złotego brązu, a ona miała wrażenie, że tonie pod wpływem nagłej słabości.

‒ Nie… Czy to farma Whitakerów?

‒ Tak, jestem Lizzy Whitaker.

Przyszło mu do głowy, że tylko Brytyjczycy mogliby skracać tak banalnie ładne imię Elisabetta.

‒ Jestem Cesare Sabatino.

Nie kryła zdumienia. Jego obco brzmiące nazwisko nic jej nie mówiło.

‒ Przepraszam, nie dosłyszałam…

‒ Nie mówi pani po włosku?

‒ Niewiele. Jest pan Włochem? – spytała Lizzie, czując się nieswojo. Ten człowiek znał pochodzenie jej matki. Francesca chciała, by jej córki były dwujęzyczne, ale ojciec się temu sprzeciwiał.

‒ Si, jestem Włochem – potwierdził Cesare, który wyjął z kieszeni wizytówkę i podał jej.

Niestety, jego nazwisko, nawet wydrukowane, niewiele jej powiedziało.

‒ Na imię ma pan Cezar – zauważyła.

‒ Nie Cezar. Nie jesteśmy w starożytnym Rzymie. Prawidłowe brzmienie to Czezare.

‒ Czezare – powtórzyła, myśląc sobie, że Cezar brzmiałoby o wiele prościej. – I jest pan tu, ponieważ…?

Cesare zesztywniał, słysząc jej żartobliwy ton. Pies chyba wyczuł jego nastrój, bo zaczął cicho warczeć.

‒ Możemy wejść do domu i to omówić?

Zaskoczona wrażeniem, jakie na niej robił, uniosła brodę.

‒ Nie moglibyśmy porozmawiać tutaj? Mam mnóstwo pracy.

Cesare zacisnął zęby i przysunął się bliżej. Pies szczeknął, chwycił za brzeg jego kaszmirowego płaszcza i zaczął go szarpać.

‒ Archie, nie! – zawołała Lizzie. – Jest bardzo opiekuńczy.

Pies nie ustępował, ale Cesare starał się nie zwracać uwagi na ten atak.

‒ Och, na litość boską, Archie! – krzyknęła w końcu Lizzie i odciągnęła czworonoga, dostrzegając przy okazji nieznaczne rozdarcie w materiale kosztownego okrycia.

Kimkolwiek był, Cesare Sabatino nosił ubranie szyte wyłącznie na miarę. Wyglądał jak wszechwładny milioner. Po co ktoś taki miałby się zjawiać na farmie?

‒ Jest pan z banku? – spytała nagle Lizzie.

‒ Nie, jestem biznesmenem – odparł spokojnie.

‒ Chce się pan widzieć z moim ojcem?

‒ Nie, chciałem się widzieć z panią.

‒ Ze mną? – wykrzyknęła zdumiona, napotykając spojrzenie jego oczu, które okolone długimi rzęsami błyszczały jak złoto. Poczuła nagły żar, przyprawiający ją o głębokie zakłopotanie. – Dlaczego, na Boga? Och, proszę wejść, ale uprzedzam, że w domu jest bałagan.

Zsunęła buty i otworzyła drzwi prowadzące do kuchni.

Cesare obrzucił wzrokiem stos naczyń w zlewie i resztki posiłku na sosnowym stole. Przyszło mu do głowy, że nie ożeniłby się z nią dla jej talentów gospodarskich. Ona w tym czasie zdjęła z siebie kurtkę i wełnianą czapkę, po czym zaczęła sprzątać pospiesznie ze stołu i odsuwać krzesło.

‒ Kawy czy… herbaty?

Cesare wciąż skupiał uwagę na jej srebrzystych i jedwabistych włosach, które opadały swobodnie na ramiona. Wydawały się niezwykłe pomimo psujących efekt brązowych pasemek, pozostałości po farbowaniu.

‒ Kawy – odparł.

Zdjął zwinnym ruchem płaszcz i przerzucił przez oparcie krzesła. Lizzie nalała wody do czajnika i postawiła go na starym piecu węglowym, przyglądając się jednocześnie gościowi. Wyglądał jak ktoś z okładki magazynu poświęconego modzie. W oczach kobiety przyzwyczajonej do widoku brudnych, niechlujnych mężczyzn jawił się jako postać niemal fantastyczna. Odznaczał się fizycznym pięknem i Lizzie, nienawykła do męskiego magnetyzmu, z trudem odrywała od niego spojrzenie.

Zaskoczona własną reakcją, zbliżyła się do drzwi pokoju. To tylko biznesmen, upominała się w myślach. A biznesmeni to zimni, wyrachowani ludzie, gotowi zrobić dla zysku wszystko. A ten tutaj z pewnością odznaczał się arogancją.

‒ Tato? Mamy gościa. Chcesz herbaty?

‒ Gościa?

Brian Whitaker wstał z fotela i przyczłapał niepewnym krokiem do kuchni.

Obaj mężczyźni przedstawili się sobie.

‒ Jestem tu w sprawie wyspy, którą Lizzie i jej siostra odziedziczyły po pańskiej zmarłej żonie – wyjaśnił Cesare.

Zapadła pełna zdumienia cisza. Oboje patrzyli na niego z niedowierzaniem.

‒ To żaden spadek… tylko kiepski żart – oznajmił z goryczą ojciec Lizzy. – Jaką wartość ma coś, z czego nie można skorzystać? Dlatego się pan tu zjawił? Kolejny głupiec pragnący gwiazdki z nieba?

‒ Tato! – wykrzyknęła Lizzy, skonsternowana pogardliwym tonem ojca.

Łajała się w myślach, że nie dostrzegła od razu związku między pochodzeniem gościa a legatem, jaki pozostawiła matka jej i siostrze. Wyspa, której nie można było sprzedać, stanowiła od lat źródło goryczy w rodzinie. Zdjęła czajnik z pieca i zaczęła nalewać pospiesznie do filiżanek, zastanawiając się, co Cesare ma nadzieję uzyskać.

‒ Zaniosę ci herbatę do pokoju, tato – zaproponowała, bojąc się tego, co ojciec może jeszcze powiedzieć.

Brian Whitaker spojrzał na nieprzeniknioną twarz Włocha.

‒ No to zostawiam cię z tym kramem. W końcu jedyny powód, dla którego mógłby się tu zjawić, to zaloty – oznajmił z szyderczym śmiechem, który sprawił, że blada cera jego córki pokryła się głębokim rumieńcem. -Powodzenia, szanowny panie! Lizzie dwa lata temu została porzucona przez sąsiada i od tamtej pory nie była na randce!

ROZDZIAŁ DRUGI

Lizzie pragnęła zapaść się pod ziemię. Poniżenie w obecności kogoś obcego bolało bardziej niż złośliwości ze strony mieszkańców wioski przed dwoma laty, kiedy Andrew Brook ją zostawił. Miesiąc później ożenił się z Esther, będącą już w ciąży. Zapanowała jednak nad sobą, spytała nawet gościa, czy słodzi kawę.

Cesare, zacisnąwszy usta, przyglądał jej się z uwagą, gdy stała obrócona do niego plecami; dostrzegł wąską linię bioder i szczupłe zaokrąglenia, ledwie podkreślone przez obszerny kombinezon. Jej ojciec zachował się wobec niej okrutnie. Żadnej randki? Był zaskoczony, ponieważ od razu dostrzegł, że ta kobieta jest piękna. Może nie w sposób konwencjonalny, ale z pewnością przeciętny mężczyzna musiał się za nią oglądać. Gdzie miejscowi faceci mieli oczy?

‒ Przepraszam za tatę – oznajmiła Lizzie, stawiając przed nim filiżankę i wyczuwając zapach wody po goleniu. Zrobiło jej się gorąco. Nikt jeszcze nie wywarł na niej takiego wrażenia.

‒ Nie musi pani przepraszać, cara – odparł.

‒ Powinnam coś jednak wyjaśnić. Ten spadek wzbudzał w rodzicach głęboką niechęć. Nie dawał żadnych pieniędzy. Ja sama nigdy o nim nie myślę.

‒ Odwiedziła pani kiedykolwiek Lionos?

‒ Nie. Mama pojechała tam raz ze swoim przyjacielem i wytrzymała tydzień. Nie była zachwycona. – Przyjrzała się jego szczupłej, wyrazistej twarzy, dostrzegając jej męskość, a potem znów natrafiła na spojrzenie tych niesamowitych złotych oczu. – Myślę, że spodziewała się luksusów, ale warunki były raczej spartańskie.

‒ Testament wymagał zarządu nad wyspą. O ile wiem, zajmował się tym mieszkający w pobliżu dozorca z rodziną.

Lizzie, uspokojona nieco brakiem krytyki pod adresem ojca, przechyliła głowę; jedwabiste włosy opadły na policzek, Cesare zaś spojrzał w te orzechowozielone oczy okolone miękkimi brązowymi rzęsami; uświadomił sobie nagle żar w lędźwiach i musiał z całych sił opierać się pożądaniu, które go ogarnęło.

 

‒ Tak, ale zarząd pokrywa tylko koszty utrzymania, nie remonty, a dom pochodzi z lat trzydziestych, o ile wiem. Mama sądziła, że ten dozorca będzie dla nich gotował, ale oświadczył, że on i żona nie są służącymi i żeby sama o siebie zadbała. Koniec końców ta wycieczka okazała się dla niej dość kosztowna.

‒ Chce pani oczywiście wiedzieć, co tu robię – mruknął Cesare.

‒ Nie sądzę, by chodziło o zaloty – odparła, nie mogąc ukryć zmieszania.

‒ Nie w konwencjonalnym znaczeniu – przyznał, myśląc o tym, że kawa nie nadaje się do picia, o co nie miał pretensji, bo rozumiał, że ta kobieta próbuje sama utrzymać całą farmę. Stała oparta o piecyk, siląc się na spokój, ale widział, jak bardzo jest spięta. – Wydaje mi się jednak, że możemy zawrzeć pewną umowę.

Lizzie zmarszczyła czoło, odrywając spojrzenie od jego przystojnych rysów i karcąc się za brak skupienia.

‒ Umowę?

‒ Nie dotyczy to pani siostry, bo jest nastolatką. Oczywiście, jako współwłaścicielka wyspy musiałaby się pani z nią rozmówić, ale jestem gotów zaproponować znaczną sumę pieniędzy za zgodę na ślub. Ze mną.

Zaskoczył ją całkowicie. O dziwo, brak jakiegokolwiek wahania z jego strony sprawił, że propozycja wydała się jak najbardziej do przyjęcia.

‒ Poważnie? Tylko ślub? Ale co pan by z tego miał?

Cesare powiedział jej o przywiązaniu swojej babki do wyspy i zbliżającej się operacji. Lizzie słuchała, osobliwie poruszona jego czułym tonem. Stwierdziła zaskoczona, że nie jest taki zimny i twardy, jak się z pozoru wydawało. Dostrzegała jednak, że nie lubi okazywać uczuć.

‒ Czy obejście testamentu nie jest naruszeniem prawa? – spytała.

‒ Nie zamierzałem wspominać nikomu o testamencie. Ze względu na pozory musielibyśmy udawać przez kilka miesięcy, że nasze małżeństwo to poważny związek.

‒ A dziecko? – Lizzie nie mogła się powstrzymać od tego pytania.

‒ Tylko od pani zależy, czy będzie to wchodziło w zakres naszej umowy. Zapłacę sowicie za możliwość zabrania mojej babki na wyspę i jeśli mielibyśmy spełnić wszystkie warunki testamentu, pani i siostra otrzymacie co najmniej dwa miliony funtów za zgodę na sprzedaż wyspy. Jestem niezwykle bogatym człowiekiem i zapłacę wysoką cenę za to, by moja rodzina odzyskała Lionos.

Miliony? Lizzie poczuła, jak zasycha jej w ustach. Przez ułamek sekundy myślała o zyskach. Ojciec mógłby skończyć z dzierżawą farmy, a one kupiłyby mu we wsi dom. Chrissie nie musiałaby pracować na pół etatu, by spłacić pożyczkę studencką. Ona sama zaś przestałaby harować w gospodarstwie i zdobyłaby zawód, który by jej odpowiadał. Archie jadłby smakołyki…

Nagle się zaczerwieniła, zawstydzona tym, jak łatwo uległa mrzonkom zrodzonym z wygranej na loterii.

‒ Nie mogłabym mieć dziecka z kimś obcym… albo urodzić w takim celu – wyznała. – Choć chciałabym być taką kobieta, jeśli chce pan wiedzieć.

‒ Proszę to przemyśleć – poradził Cesare, zauważywszy, że obietnica bogactwa zrobiła na Lizzie niejakie wrażenie. Wstał i postukał w wizytówkę, którą położył na stole. – Numer mojej komórki.

‒ Tak, jest się nad czym zastanawiać – odparła niepewnie.

Sięgnął po płaszcz.

‒ Istnieją dwie możliwości i każda z nich przyniesie pani zysk.

‒ Mówi pan jak biznesmen – zauważyła, wciąż zawstydzona tą chwilową fantazją, której uległa. Czyżby przyzwoitość od wyrachowania oddzielała tak cienka linia?

‒ Staram się negocjować umowę – zauważył sucho.

‒ Czy to nie pański ojciec poprosił kiedyś moją matkę o rękę? Czy ktoś inny z pańskiej rodziny?

‒ To był mój ojciec i nie miało to nic wspólnego z interesem. Zakochał się w pani matce. Zaręczyli się, kiedy przyjechała tu na wakacje. Ale wolała pani ojca – oznajmił obojętnie.

Lizzie dostrzegła dezaprobatę w rysach jego szczupłej, wyrazistej twarzy i zaczerwieniła się, bo jej matka nie przejawiała stałości w uczuciach. Każdy kolejny mężczyzna był miłością jej życia, dopóki na horyzoncie nie pojawił się ktoś inny. Francesca nie zastanawiała się też nad konsekwencjami, jakie ponoszą jej córki.

‒ Nie ulegam sentymentom – wyznał Cesare. – Jestem pod każdym względem praktyczny. Dlaczego nie miałaby pani skorzystać ze spadku dla dobra swojej rodziny?

‒ Bo to nie wydaje się słuszne – odparła niepewnie. – I nie takie było zamierzenie mojego pradziadka, kiedy sporządzał testament.

‒ Nie, pragnął zemsty, bo brat mojej babki porzucił jego córkę przy ołtarzu i postąpił niewłaściwie, ale ten prawniczy galimatias, który miał na celu niedopuszczenie do przejęcia wyspy przez moją rodzinę, też był nieusprawiedliwiony. Pat trwa od osiemdziesięciu lat, ale możemy to chyba zmienić.

‒ Nie zastanawiałam się nigdy nad etyczną stroną tej sprawy – przyznała Lizzie, nie chcąc dodawać, że ten skrawek ziemi wciąż wydaje jej się czymś nierzeczywistym.

Cesare uśmiechnął się, rozbawiony jej szczerością.

Ten uśmiech niemal ją oślepił; tak bardzo pragnęła dotknąć tego mężczyzny, że musiała zacisnąć pięści, by się powstrzymać. Była głęboko poruszona wrażeniem, jakie na niej robił. Jako córka Franceski Whitaker wiedziała doskonale, jak niebezpieczne może być uleganie tak bezmyślnym reakcjom.

Zadrżała, przykuta spojrzeniem tych pięknych ciemnozłotych oczu, zmagając się z doznaniami, jakich dotąd nie doświadczyła.

‒ Podtrzymuję swoją ofertę. Proszę ją omówić z siostrą i ojcem, ale niech zachowają dyskrecję – poradził wpatrzony w jej zmysłowe usta. Zastanawiał się, jak smakują. – Moglibyśmy posunąć się do końca… pociąga mnie pani.

Wypowiedziawszy tę głęboko niepokojącą uwagę, Cesare Sabatino odwrócił się i ruszył w stronę limuzyny.

Pociągała go? Lizzie uchwyciła swoje pełne zaskoczenia odbicie w małym lusterku na ścianie. Dał do zrozumienia, że mógłby pójść z nią do łóżka i spłodzić jej dziecko, gdyby była chętna. Poczuła na twarzy gorący rumieniec. Nie, nie była chętna. Znała też różnicę między tym, co słuszne, i co niesłuszne. Wiedziała, że więcej pieniędzy nie oznacza automatycznie więcej szczęścia i że dziecku jest lepiej, kiedy ma zarówno ojca, jak i matkę.

Jednak obraz małego chłopca w ramionach jej byłego narzeczonego przyprawiał ją o większy ból niż niewierność Andrew. Zawsze pragnęła dziecka. Kiedy ten mężczyzna porzucił ją dla Esther, zazdrościła jej syna, nie męża. Co to oznaczało? Że jest tak zimna, jak kiedyś ją o to oskarżył? Wspominając to, czuła się gorsza od innych kobiet; wiedziała, że młody mężczyzna, który pragnął ciepłej i kochającej żony, nie znalazł w niej tego, czego szukał. Lizzie zdawała sobie sprawę, że wybierając Esther, Andrew podjął w ich przypadku właściwą decyzję. Mimo wszystko kochała go na swój sposób.

Czuła w oczach łzy, dotykając włosów, które ufarbowała na brązowo za namową Andrew. Brąz już płowiał, przypominając jej, jak głupia jest kobieta, która próbuje przypodobać się mężczyźnie.

Ale skąd ten silny instynkt macierzyński? Z pewnością nie po matce. Nie była zdziwiona, dowiedziawszy się, jak gwałtownie Francesca porzuciła ojca Cesarego, by poślubić jej ojca. Jednak twarde życie w Yorkshire sprawiło, że straciła serce dla Briana Whitakera i kilka tygodni po narodzinach Chrissie Francesca uciekła z mężczyzną, który okazał się pijakiem. Trzeci kochanek zdradzał ją regularnie. A czwarty, który się z nią ożenił, był brutalem.

Lizzie, jako świadek destrukcyjnych związków matki, z trudem ufała mężczyznom. Starała się za wszelką cenę chronić swą młodszą siostrę przed skutkami ciągłych zmian. Robiła wszystko, by Chrissie cieszyła się dzieciństwem i nie musiała dojrzewać tak szybko jak ona sama. Kiedy siostra poszła na uniwersytet, zrodziło to w życiu Lizzie ogromną pustkę, którą częściowo wypełnił Archie. Porzuciła pełne niepokoju myśli i uświadomiła sobie, że czas wracać do roboty.

‒ Wyjdź za niego i przestań robić z tego ceregiele! – rzucił gniewnie Brian Whitaker. – Nie mamy wyboru. Czynsz wzrasta, a bank lada chwila zażąda spłaty pożyczki!

‒ To nie takie proste, tato – próbowała oponować Lizzie.

Ale starszy mężczyzna nie słuchał. Nie robił tego od chwili, gdy bank przesłał upomnienie.

Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»