Wieża asów DODRUKТекст

Из серии: Dzikie karty #2
0
Отзывы
Читать фрагмент
Как читать книгу после покупки
Шрифт:Меньше АаБольше Аа


George R.R. Martin

Dzikie karty

Wieża Asów

ISBN: 978-83-7785-750-2

TYTUŁ ORYGINAŁU: Wild Cards II: Aces High


PRZEKŁAD: Michał Jakuszewski


Copyright © 1987 by George R.R. Martin


All rights reserved


Copyright © 2015 for the Polish translation by Zysk i S-ka

Wydawnictwo s.j., Poznań


Cover Art Copyright © Michael Komarck

REDAKCJA: Robert Cichowlas


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Dedykacja

Od redaktora wydania oryginalnego

1979

Monety z piekła LEWIS SHINER

1985

Jube: Jeden

Do szóstej generacji. Prolog WALTER JON WILLIAMS

Jube: Dwa

W proch się obrócisz ROGER ZELAZNY

Do szóstej generacji. Część pierwsza WALTER JON WILLIAMS

Do szóstej generacji. Część druga WALTER JON WILLIAMS

Jube: Trzy

1986

Gdyby wzrok mógł zabijać WALTON SIMONS

Jube: Cztery

Do szóstej generacji. Epilog WALTER JON WILLIAMS

Zimowy chłód GEORGE R.R. MARTIN

Jube: Pięć

Kłopoty z krewnymi MELINDA M. SNODGRASS

Z niewielką pomocą przyjaciół VICTOR MILÁN

Jube: Sześć

Po zapomnianych drogach PAT CADIGAN

Kometa pana Koyamy WALTER JON WILLIAMS

W połowie martwy JOHN J. MILLER

Jube: Siedem

Nota wydawnicza

Dla Chipa Widemana, Jima Moore’a,

Gail Gerstner-Miller i Parris,

tajnych asów, bez których

nigdy nie zagrano by dzikiej karty

Od redaktora wydania oryginalnego

Dzikie karty to zbiór utworów opisujących wymyśloną rzeczywistość, której historia rozwija się równolegle do naszej. Nazwiska i postacie pojawiające się na kartach niniejszej książki są fikcyjne lub osadzone w fikcyjnym kontekście. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń, miejsc lub postaci jest zupełnie przypadkowe. Eseje, artykuły i inne urywki dzieł cytowanych w niniejszej antologii są całkowicie fikcyjne. Nie było naszym zamiarem opisywanie istniejących twórców albo też sugerowanie, że taka osoba rzeczywiście istniała, publikowała lub przesyłała nam swoje eseje, artykuły lub inne dzieła cytowane w niniejszej antologii.

1979

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Monety z piekła
LEWIS SHINER

Było ich może ze dwunastu. Fortunato nie był pewny dokładnej liczby, ponieważ ciągle się przemieszczali, próbując zajść go od tyłu. Dwóch albo trzech miało noże, reszta zaś oberżnięte kije bilardowe, samochodowe anteny, wszystko, czym można zadać ból. Trudno ich było od siebie odróżnić. Dżinsy, czarne skórzane kurtki, długie, zaczesane do tyłu włosy. Wygląd przynajmniej trzech w przybliżeniu zgadzał się z opisami, które dostał od Poczwarki.

— Szukam kogoś, kto się nazywa Dzynks — oznajmił Fortunato. Chcieli odepchnąć go od mostu, ale nie byli jeszcze gotowi użyć siły fizycznej. Po lewej ceglana ścieżka wiodła prosto do The Cloisters — oddziału Metropolitan Museum of Art. Cały park był pusty od dwóch tygodni, odkąd wprowadził się tu gang.

— Hej, Dzynks — odezwał się jeden z nich. — Co masz do powiedzenia temu gościowi?

To ten, o cienkich wargach i przekrwionym spojrzeniu. Fortunato spojrzał w oczy chłopakowi stojącemu naj bliżej.

— Zjeżdżaj — rzucił. Chłopak cofnął się niepewnie. Fortunato przeniósł spojrzenie na następnego. — Ty też. Zabieraj się stąd.

Ten był słabszy. Odwrócił się i zwiał.

Fortunato nie zdążył zrobić nic więcej. Któryś z nich spróbował uderzyć go w głowę kijem bilardowym. Spowolnił czas, wyrwał przeciwnikowi kij i za jego pomocą wytrącił nóż z ręki chłopakowi, który stał najbliżej. Następnie zaczerpnął tchu i wszystko znowu przyśpieszyło.

Zaczęli się robić niespokojni.

— Spadajcie — rzucił i uciekło trzech kolejnych, w tym również ten zwany Dzynksem. Chłopak popędził ku wyjściu na Sto Dziewięćdziesiątą Trzecią Ulicę. Fortunato rzucił kijem bilardowym w najbliższy nóż sprężynowy i popędził za zbiegiem.

Biegli w dół. Fortunato poczuł, że zaczyna się męczyć, i wypuścił z siebie impuls energii, który uniósł go wysoko nad ścieżkę. As popłynął w powietrzu. Chłopak padł na ziemię głową naprzód i się przetoczył. Coś trzasnęło w jego kręgosłupie. Szarpnął spazmatycznie obiema nogami i umarł.

— Jezu — wydyszał Fortunato, strzepując z ubrania zeschłe październikowe liście. Gliniarze podwoili ostatnio liczbę patroli wokół parku, choć bali się wchodzić do środka. Raz podjęli próbę, ale stracili dwóch ludzi, nim zdołali przegnać chłopaków. Następnego dnia gang wrócił. Niemniej obserwowali park i w przypadku takim jak ten będą gotowi przybiec tu po ciało.

Opróżnił kieszenie chłopaka i znalazł to — miedzianą monetę wielkości pięćdziesięciocentówki, czerwoną jak krzepnąca krew. Już od dziesięciu lat Poczwarka — a także garstka innych — wypatrywała ich dla niego, a ostatniej nocy widziała, jak chłopak upuścił taką w Kryształowym Pałacu.

Nie znalazł portfela ani nic, co miałoby jakiekolwiek znaczenie. Schował monetę i popędził ku wejściu do metra.

— Tak, pamiętam ją — potwierdził Hiram, podnosząc monetę przez róg serwetki. — Minęło sporo czasu.

— To było w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym — stwierdził Fortunato. — Dziesięć lat temu.

Hiram skinął głową i odchrząknął. Fortunato nie potrzebował magii, by wiedzieć, że grubas czuje się skrępowany. Rozpięta czarna koszula i skórzana kurtka alfonsa nieszczególnie się zgadzały z zasadami ubierania się obowiązującymi w tym miejscu. Wieża Asów spoglądała na miasto z tarasu widokowego Empire State Building, a ceny były tu równie wysokie jak lokalizacja.

W grę wchodził też fakt, że Fortunato przyprowadził ze sobą swą najnowszą zdobycz, ciemną blondynkę imieniem Caroline, która kosztowała pięć setek za noc. Była drobna, ale nie do końca delikatna, miała dziecięcą twarz oraz zachęcające do spekulacji ciało. Ubrała się w obcisłe dżinsy oraz różową jedwabną bluzkę. Parę górnych guzików miała rozpiętych. Hiram reagował na każde jej poruszenie. Patrzenie, jak się pocił, sprawiało jej wyraźną przyjemność.

— Rzecz w tym, że to nie jest ta sama moneta, którą pokazałem ci wcześniej.

— Niezwykłe. Trudno uwierzyć, że udało ci się znaleźć dwie w tak dobrym stanie.

— Myślę, że mógłbyś to ująć nieco mocniej. Moneta pochodzi od członka jednego z gangów grasujących w okolicach Cloisters Museum. Nosił ją, ot tak, w kieszeni. Pierwszą miał chłopak parający się okultyzmem.

Nadal trudno mu było o tym mówić. Chłopak zamordował trzy gejsze Fortunata i wyciął na ich ciałach pentagramy z jakiegoś wypaczonego powodu, którego as nadal nie odgadł. Żył dalej, szkolił swoje dziewczyny i studiował tantryczne moce, które dał mu wirus dzikiej karty, ale poza tym w nic się nie mieszał.

 

A kiedy sprawa znowu zaczynała go niepokoić, poświęcał dzień albo i tydzień na podążanie jednym ze śladów pozostawionych przez zabójcę. Moneta. Ostatnie wypowiedziane przez niego słowo: TIAMAT. Ślady energii pochodzące od czegoś innego, znajdującego się w lofcie zabitego chłopaka, jakiegoś bytu, którego Fortunato nigdy nie zdołał zidentyfikować.

— Chcesz powiedzieć, że one mają w sobie coś nadprzyrodzonego — rzekł, przesuwając spojrzenie na przeciągającą się leniwie na krześle Caroline.

— Po prostu chcę, żebyś przyjrzał się i tej.

— Hmm — mruknął Hiram. Wokół nich goście restauracji stukali lekko widelcami i szklankami, rozmawiając tak cicho, że brzmiało to jak odległy szum wody. — Jak już z pewnością wspomniałem poprzednim razem, pieniążek wygląda jak amerykański cent z roku tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego czwartego w idealnym stanie, tłoczony z ręcznie wykonanej matrycy. Mógł być ukradziony z muzeum, ze sklepu z monetami albo z prywatnej… — Jego głos ucichł. — Hmmm. Przyjrzyj się temu.

Uniósł pieniążek i wskazał na niego pulchnym piątym palcem, niemalże dotykając powierzchni.

— Widzisz podstawę wieńca, o tutaj? To powinien być łuk. Ale zamiast niego jest coś bezkształtnego o okropnym wyglądzie.

Fortunato gapił się na monetę. Przez pół sekundy miał wrażenie, że spada. Liście w wieńcu zmieniły się w macki, końce wstęgi otworzyły się niczym dziób, pętle łuku przerodziły się w bezkształtne ciało, usiane zbyt licznymi oczami. Fortunato widział ten obraz już wcześniej, w książce o sumeryjskiej mitologii. Podpis pod obrazkiem brzmiał: TIAMAT.

— Dobrze się czujesz? — zapytała Caroline.

— Nic mi nie będzie. Mów dalej — rzucił do Hirama.

— Instynkt podpowiada mi, że są fałszywe. Ale komu by się chciało podrabiać centy? I czemu nie zadał sobie trudu, żeby choć trochę je postarzyć? Wyglądają, jakby były wybite wczoraj.

— Nie były, jeśli to ma znaczenie. Otaczająca je aura wskazuje na znaczne zużycie. Powiedziałbym, że mają co najmniej sto lat, zapewne bliżej dwustu.

Hiram złączył czubki palców w piramidkę.

— Pozostaje mi tylko odesłać cię do kogoś, kto może się okazać bardziej pomocny. Ona nazywa się Eileen Carter i prowadzi małe muzeum na Long Island. Kiedyś, hmm, korespondowaliśmy ze sobą. No wiesz, numizmatyka. Eileen napisała kilka książek o lokalnej historii okultyzmu.

Zapisał adres w małym notesiku i wyrwał kartkę.

Fortunato przyjął ją od niego i wstał.

— Jestem ci wdzięczny.

— Posłuchaj, czy uważasz… — Hiram oblizał wargi. — Czy uważasz, że normalna osoba mogłaby bezpiecznie posiadać jedną z nich?

— Jako kolekcjoner? — zainteresowała się Caroline.

Hiram opuścił wzrok.

— Kiedy ta sprawa się skończy, będę gotowy zapłacić.

— Kiedy ta sprawa się skończy — odparł Fortunato — będziesz mógł je sobie wziąć, o ile obaj dożyjemy tej chwili.

Eileen Carter zbliżała się już do czterdziestki i w brązowych włosach miała nitki siwizny. Spojrzała na Fortunata przez kwadratowe okulary, a potem przeniosła wzrok na Caroline. Uśmiechnęła się.

Fortunato większość czasu spędzał w towarzystwie kobiet. Pomimo wielkiej urody Caroline brakowało pewności siebie, była zazdrosna i skłonna do irracjonalnych diet albo makijażu. Eileen była zupełnie inna. Wygląd Caroline tylko nieco ją rozbawił. Jeśli zaś chodzi o niego — pół Japończyka, pół Murzyna w skórzanej kurtce, o czole wypukłym dzięki wirusowi dzikiej karty — najwyraźniej nie zauważyła w nim nic niezwykłego.

— Ma pan ze sobą monetę? — zapytała. Mówiąc do niego, patrzyła mu prosto w oczy. Fortunato czuł się już znudzony kobietami o wyglądzie modelek. Ta miała krzywy nos, piegi i ważyła kilkanaście funtów za dużo. Najbardziej spodobały mu się jej oczy. Były jaskrawozielone i miały w kącikach bruzdy od uśmiechów.

Położył monetę na blacie, reszką do góry.

Eileen pochyliła się nad nią, dotykając jednym palcem mostka okularów. Miała na sobie zieloną flanelową koszulę. Piegi schodziły w dół tak nisko, jak Fortunato sięgał wzrokiem. Jej włosy miały czysty, słodki zapach.

— Czy mogę zapytać, skąd pan to ma?

— To długa historia — odparł. — Jestem przyjacielem Hirama Worchestera. On za mnie zaręczy, jeśli to w czymś pomoże.

— To wystarczy. Czego chce się pan dowiedzieć?

— Hiram myśli, że to może być falsyfikat.

— Chwileczkę.

Zdjęła książkę z półki za swymi plecami. Poruszała się w nagłych przypływach energii, całkowicie oddając się temu, co akurat robiła. Otworzyła książkę i zaczęła wertować strony.

— Tutaj — powiedziała. Przez kilka sekund przyglądała się z uwagą drugiej stronie monety, przygryzając dolną wargę. Usta miała małe, silne i ruchliwe. Zaczął się zastanawiać, jakby to było, gdyby ją pocałował.

— To ta — stwierdziła. — Tak, to falsyfikat. Nazywa się centem Balsama. Tak tu piszą. Od „Czarnego Johna” Balsama, który bił takie monety w górach Catskills na początku dziewiętnastego wieku. Pamiętam skądś ten przydomek, ale nie potrafię sobie przypomnieć skąd.

— „Czarny John”?

Wzruszyła ramionami i znowu się uśmiechnęła.

— Czy mogę ją na razie zatrzymać? Tylko na kilka dni? Może uda mi się dowiedzieć czegoś więcej.

— Zgoda.

Fortunato słyszał stąd ocean i w związku z tym sytuacja wydawała mu się nieco mniej niebezpieczna. Dał Eileen wizytówkę, tę, na której było tylko nazwisko i numer telefonu. Kiedy wychodzili, uśmiechnęła się i pomachała do Caroline, ale ta zachowała się, jakby tego nie zauważyła.

— Chcesz się z nią pieprzyć, prawda? — zapytała, gdy wracali pociągiem do miasta.

Fortunato uśmiechnął się, ale jej nie odpowiedział.

— Przysięgam na Boga — ciągnęła. Usłyszał w jej głosie Houston, po raz pierwszy od wielu tygodni. — Z otyłą, zaniedbaną, starą nauczycielką.

Wiedział, że nie warto nic mówić. Reagował przesadnie. W pewnym zakresie chodziło zapewne po prostu o feromony, jakąś postać seksualnej chemii, którą rozumiał na długo przed tym, nim poznał jej naukowe zasady. Czuł się jednak przy niej dobrze, co nie zdarzało mu się często od czasu, gdy zmieniła go dzika karta. W ogóle nie okazywała skrępowania.

Przestań, pomyślał. Zachowujesz się jak nastolatek.

Caroline odzyskała panowanie nad sobą i położyła dłoń na jego udzie.

— Kiedy wrócimy do domu, będziemy się pieprzyć, aż wypieprzę ją z twojego umysłu — zapowiedziała.

— Fortunato?

Przełożył słuchawkę do lewej ręki i spojrzał na zegarek. Była dziewiąta rano.

— Ehe.

— Mówi Eileen Carter. W zeszłym tygodniu zostawił pan u mnie monetę.

Usiadł, nagle rozbudzony. Caroline odwróciła się i schowała głowę pod poduszką.

— Nie zapomniałem. Jak pani sobie radzi?

— Niewykluczone, że coś znalazłam. Co pan powie na małą wycieczkę na wieś?

Podjechała po niego swoim golfem i ruszyli do Shandaken, małego miasteczka w górach Catskills. Ubrał się tak zwyczajnie, jak tylko mógł — lewisy, ciemna koszula i stary sportowy płaszcz. Nie mógł jednak ukryć pochodzenia ani znaków pozostawionych przez wirusa.

Zatrzymali się na asfaltowym parkingu przed kościołem z białych desek. Ledwie zdążyli wysiąść, gdy drzwi świątyni otworzyły się i na dwór wyszła staruszka. Była ubrana w tani granatowy spodnium z podwójnie dzianej tkaniny. Na głowie miała chustkę. Obejrzała Fortunata od stóp do głów, ale wreszcie wyciągnęła rękę.

— Amy Fairborn. Na pewno jesteście tymi ludźmi z miasta.

Eileen ich przedstawiła i staruszka skinęła głową.

— Grób jest tutaj — oznajmiła.

Nagrobek był pozbawionym ozdób prostopadłościanem z marmuru, usytuowanym poza obrębem białego płotu cmentarza, daleko od innych grobów.

Napis głosił: „John Joseph Balsam. Zmarł w 1809. Oby Spłonął w Piekle”.

Wiatr szarpał płaszczem Fortunata i przynosił do jego nozdrzy lekką woń perfum Eileen.

— To niezwykła opowieść — mówiła Amy Fairborn. — Nikt już dzisiaj nie wie, jak wiele jest w niej prawdy. Balsam był ponoć jakiegoś rodzaju czarownikiem. Mieszkał pośród wzgórz. Po raz pierwszy usłyszano o nim w latach dziewięćdziesiątych osiemnastego wieku. Nikt nie wie, skąd pochodził. Z jakiegoś miejsca w Europie. To znana historia. Cudzoziemiec, mieszka samotnie, jest oskarżany o wszystko. Krowy dają kwaśne mleko albo jakaś kobieta poroniła i ludzie mówią, że to przez niego.

Fortunato skinął głową. Sam czuł się w tej chwili jak cudzoziemiec. Gdziekolwiek spojrzał, widział tylko drzewa i góry, pomijając jedynie kościół, wzniesiony na szczycie wzgórza niczym fort. Czuł się odsłonięty, bezbronny. Natura powinna mieć wokół siebie miasto.

— Pewnego dnia córka szeryfa spod Kingston zaginęła — ciągnęła Amy Fairborn. — To był początek sierpnia tysiąc osiemset dziewiątego. Święto Pierwszych Plonów. Włamali się do domu Balsama i znaleźli dziewczynę nagą i rozciągniętą na ołtarzu. — Kobieta odsłoniła zęby. — Tak mówi opowieść. Balsam miał na sobie dziwaczny strój i maskę. W ręce trzymał nóż długi jak pani ręka. Było diabelnie jasne, że chce ją zaszlachtować.

— Co to był za strój? — zainteresował się Fortunato.

— Habit mnicha. I ponoć maska psa. Reszty możecie się domyślić. Powiesili go, spalili dom, zasiali ziemię solą i wyrąbali drzewa rosnące przy drodze, która tam wiodła.

Fortunato wyjął jeden z pieniążków. Drugi nadal miała Eileen.

— Podobno nazywają je centami Balsama. Czy to coś dla pani znaczy?

— Mam w domu trzy albo cztery takie. Co jakiś czas wynurzają się z jego grobu. Co poszło w dół, prędzej czy później wraca na górę, jak mawiał mój mąż. Pochował tu bardzo wielu ludzi.

— Zakopali te pieniążki w jego grobie? — zapytał Fortunato.

— Wszystkie, które zdołali znaleźć. Kiedy podpalali dom, odkryli w piwnicy całą beczułkę. Widzi pan, jaki jest czerwony? To podobno od wysokiej zawartości żelaza czy coś takiego. Ale w tamtych czasach ludzie mówili, że Balsam dodawał do miedzi ludzkiej krwi. Tak czy inaczej, monety zniknęły z biura szeryfa. Większość ludzi myślała, że żona i dzieciak Balsama uciekły z nimi.

— On miał rodzinę? — zdziwiła się Eileen.

— Nikt ich nie widywał zbyt często, ale tak, miał żonę i małego chłopczyka. Kiedy go powiesili, oboje uciekli do wielkiego miasta. Tak przynajmniej uważali ludzie.

Kiedy wracali do miasta przez góry Catskills, skłonił Eileen, by opowiedziała trochę o sobie. Urodziła się na Manhattanie, w późnych latach sześćdziesiątych zrobiła licencjat ze sztuk pięknych na Uniwersytecie Columbia, bawiła się trochę działalnością polityczną i społeczną i pozostały jej po tym typowe żale.

— System nie chciał się zmieniać wystarczająco szybko w mojej opinii. Pewnie można powiedzieć, że uciekłam w historię. I wiesz co? Kiedy się czyta o historii, można zobaczyć, jak to wszystko się kończy.

— Dlaczego historia okultyzmu?

— Nie wierzyłam w to wszystko, jeśli o to pytasz. Śmiejesz się. Dlaczego się ze mnie śmiejesz?

— Zaczekaj chwilę. Mów dalej.

— To po prostu było wyzwanie. Oficjalni historycy nie traktują tej dziedziny poważnie. Jest szeroko otwarta, można w niej znaleźć mnóstwo fascynujących spraw, których nigdy porządnie nie udokumentowano. Haszaszyni, kabała, David Home, Crowley. — Spojrzała na Fortunata. — Daj spokój. Powiedz mi, na czym polega żart.

— W ogóle o mnie nie zapytałaś. To było miłe. Ale musisz wiedzieć, że mam wirusa. Dziką kartę.

— Tak.

— Dał mi mnóstwo mocy. Projekcja astralna, telepatia, stan podwyższonej świadomości. Ale mogę tym wszystkim kierować, robić z tego użytek, tylko za pomocą magii tantrycznej. To ma coś wspólnego z energizowaniem rdzenia…

— Kundalini.

— Tak.

— Masz na myśli prawdziwą magię tantryczną. Intromisję. Krew miesięczną. Wszystkie takie sprawy.

— Zgadza się. To jest część związana z dziką kartą.

— Jest coś więcej?

— Z tego właśnie żyję. Jestem stręczycielem. Alfonsem. Kieruję grupą dziewczyn biorących do tysiąca dolarów za noc. Czy już cię podenerwowałem?

 

— Nie. Może trochę. — Zerknęła na niego z ukosa. — To pewnie zabrzmi głupio, ale nie tak sobie wyobrażałam alfonsa.

— To określenie nieszczególnie mi się podoba. Ale nie uciekam od niego. Moje kobiety nie są zwykłymi dziwkami. Moja matka jest Japonką i szkoli je na gejsze. Wiele z nich ma doktoraty. Żadna nie ćpa, a gdy już znudzą się tym życiem, przechodzą do innych części organizacji.

— W twoich ustach brzmi to bardzo moralnie.

Była gotowa okazać dezaprobatę, ale Fortunato nie zamierzał się cofnąć.

— Nie — zaprzeczył. — Czytałaś Crowleya. On nie dbał o konwencjonalną moralność. Ja również o nią nie dbam. „Czyń, coć się podoba”. Im więcej się uczę, tym lepiej sobie uświadamiam, że wszystko zawiera się w tej jednej frazie. To w równym stopniu groźba, co obietnica.

— Dlaczego mi to mówisz?

— Dlatego że cię lubię i czuję do ciebie pociąg, a to wcale nie musi być dobre dla ciebie. Nie chcę cię skrzywdzić.

Trzymała obie dłonie na kierownicy, cały czas patrząc na drogę.

— Potrafię sobie poradzić — zapewniła.

Trzeba było trzymać gębę na kłódkę, pomyślał. Wiedział jednak, że to nieprawda. Lepiej będzie odstraszyć ją teraz, nim sam głębiej się zaangażuje.

Po kilku minutach przerwała milczenie.

— Nie wiem, czy powinnam ci o tym opowiadać. Zaniosłam monetę w różne miejsca. Do okultystycznych księgarń, sklepów magicznych i tak dalej. Chciałam się przekonać, czego się dowiem. W księgarni Miskatonic spotkałam faceta nazwiskiem Clarke. Sprawiał wrażenie naprawdę zainteresowanego.

— Co mu powiedziałaś?

— Że moneta należała do mojego ojca. Że chcę się czegoś o niej dowiedzieć. Zaczął mnie wypytywać, czy interesuję się okultyzmem, czy miałam kiedyś doświadczenia paranormalne i takie tam rzeczy. Łatwo było mu wcisnąć to, co chciał usłyszeć.

— I?

— I chce, żebym poznała pewnych ludzi. Znowu milczysz — dodała po kilku sekundach przerwy.

— Myślę, że nie powinnaś tam iść. To niebezpieczne sprawy. Może i nie wierzysz w okultyzm, ale rzecz w tym, że dzika karta wszystko zmieniła. Fantazje i wierzenia ludzi mogą się teraz stać realne. Mogą cię skrzywdzić. Nawet zabić.

Potrząsnęła głową.

— To zawsze ta sama historia. Ale nigdy nie ma żadnych dowodów. Możesz się ze mną spierać przez całą drogę do Nowego Jorku, ale i tak mnie nie przekonasz. Dopóki nie zobaczę czegoś na własne oczy, nie mogę tego traktować poważnie.

— Proszę bardzo — rzekł Fortunato. Uwolnił ciało astralne i pomknął naprzód. Uczynił je widzialnym w chwili, gdy samochód był tuż-tuż. Zobaczył przez przednią szybę, że Eileen wybałuszyła nagle oczy. Jego fizyczne ciało siedziało obok niej, gapiąc się bezmyślnie. Kobieta krzyknęła, hamulce zapiszczały gwałtownie i Fortunato powrócił do ciała. Mknęli prosto na drzewa, wyciągnął więc rękę i zakręcił kierownicą. Silnik zgasł. Pojazd wytoczył się na pobocze.

— Co… co…

— Przepraszam — rzekł, ale w jego głosie nie słyszało się przekonania.

— To ty byłeś na drodze!

Nadal ściskała kierownicę. Jej ramiona drżały.

— To była tylko… demonstracja.

— Demonstracja? O mało nie umarłam ze strachu!

— To nie było nic szczególnego. Rozumiesz? Nic szczególnego. Mówimy o jakimś kulcie, który istnieje prawie od dwustu lat i składa ofiary z ludzi. Co najmniej. A może być gorzej, bez porównania gorzej. Jeśli się w to wplączesz, nie chcę być za to odpowiedzialny.

Włączyła silnik i wjechała na drogę. Odezwała się dopiero po kwadransie, gdy wrócili na I-87.

— Nie jesteś już w pełni człowiekiem, prawda? Mogłeś mnie tak okropnie przestraszyć, mimo że mówisz, że jesteś mną zainteresowany. Przed tym właśnie chciałeś mnie ostrzec.

— Tak — przyznał. Jej głos brzmiał teraz inaczej, wydawał się bardziej odległy. Czekał, aż kobieta powie coś jeszcze, ale ona tylko skinęła głową i włożyła do magnetofonu taśmę z Mozartem.

Myślał, że to będzie koniec sprawy, ale po tygodniu zadzwoniła i zapytała, czy zjadłby z nią obiad w Wieży Asów.

Siedział już przy stoliku, kiedy przyszła. Wiedział, że nigdy nie będzie wyglądała jak modelka albo jedna z jego gejsz. Podobało mu się jednak, w jaki sposób podkreślała to, co miała: wąska szara koszula flanelowa; biała bawełniana bluzka; granatowy rozpinany sweter; naszyjnik z bursztynów i szeroka szylkretowa opaska na włosach. Nie miała żadnego makijażu poza tuszem do rzęs i odrobiną błyszczyku na wargach.

Fortunato wstał, by odsunąć jej krzesło, i o mało nie wpadł na Hirama. Nastała chwila pełnej zażenowania ciszy. Wreszcie wyciągnęła rękę i Hiram pochylił się nad nią, zawahał odrobinę zbyt długo, a potem się odsunął. Fortunato śledził go spojrzeniem przez sekundę albo dwie. Chciał, żeby Eileen jakoś to wyjaśniła, ale nie pojęła aluzji.

— Cieszę się, że cię widzę — rzekł wreszcie.

— Ja też.

— Pomimo tego… co wydarzyło się poprzednim razem?

— Słucham? Czy to mają być przeprosiny?

Znowu ten uśmiech.

— Nie — odparł. — Chociaż naprawdę żałuję. Tego, że cię w to wciągnąłem. Że nie mogliśmy się poznać w innych okolicznościach. Że gdy się spotykamy, ta paskudna sprawa zawsze musi stać między nami.

— Ja też tego żałuję.

— I boję się o ciebie. Mam do czynienia z czymś, z czym nigdy dotąd się nie zetknąłem. Z tym… spiskiem, kultem czy co to właściwie jest. Nie mogę odkryć żadnych faktów na ten temat.

Kelner przyniósł menu i wodę w kryształowych pucharach. Fortunato odesłał go skinieniem głowy.

— Rozmawiałem z Clarkiem — podjął. — Zadałem mu kilka pytań i wspomniałem o TIAMAT, ale odpowiedział tylko pozbawionymi wyrazu spojrzeniami. Nie próbował mnie okłamać. Zajrzałem do jego mózgu. — Zaczerpnął oddechu. — Nie pamiętał cię.

— To niemożliwe — sprzeciwiła się, potrząsając głową. — Czuję się bardzo dziwnie, siedząc tu i słuchając, jak mówisz o czytaniu w jego myślach. To musi być jakaś pomyłka. Jesteś tego pewien?

Fortunato wyraźnie widział jej aurę. Eileen mówiła prawdę.

— Jestem pewien — potwierdził.

— Widziałam się z Clarkiem wczoraj wieczorem i mogę cię zapewnić, że mnie pamiętał. Zaprowadził mnie na spotkanie z dwoma facetami. Członkami kultu, towarzystwa czy jak to tam zwał. Dzięki tym monetom rozpoznają się nawzajem.

— Podali ci nazwiska, adresy albo coś w tym rodzaju?

Znów potrząsnęła głową.

— Poznałabym ich. Jeden nazywa się Roman. Bardzo przystojny, niemal za bardzo, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Drugi wyglądał zupełnie zwyczajnie. Chyba miał na imię Harry.

— Czy ta ich grupa ma jakąś nazwę?

— Mnie jej nie zdradzili. — Wrócił kelner i Eileen zerknęła na menu. — Niech będzie medalion cielęcy. I kieliszek chablis.

Fortunato zamówił zestaw surówek i piwo Beck’s.

— Ale dowiedziałam się paru innych rzeczy — ciągnęła. — Próbowałam wytropić żonę i syna Balsama. No wiesz, oni pozostają niewyjaśnionymi wątkami w tej sprawie. Najpierw spróbowałam normalnych metod używanych przez detektywów. Narodziny, śmierć i akty zawarcia małżeństwa. Nic z tego. Potem zwróciłam się do związków z okultyzmem. Znasz „Abramelin Review”?

— Nie.

— To coś w rodzaju „Reader’s Guide” dla okultystycznych publikacji. Tam właśnie znalazłam rodzinę Balsamów. Niejaki Marc Balsam opublikował w kilku ostatnich latach co najmniej tuzin artykułów. Większość w piśmie o tytule „Nectanebus”. Czy to ci coś mówi?

Fortunato potrząsnął głową.

— To jakiś demon albo coś? Mam wrażenie, że powinienem znać to słowo, ale nie potrafię określić skąd.

— Założę się, że Balsam jest powiązany z tym samym towarzystwem co Clarke.

— Z powodu monet.

— Tak jest.

— A co z tymi młodzieżowymi gangami grasującymi w Cloisters Parku? Zabrałem monetę jednemu z ich członków. Widzisz jakiś możliwy związek?

— Jeszcze nie. Artykuły mogą mi pomóc, ale czasopismo ma bardzo niski nakład. Nie udało mi się jeszcze znaleźć ani jednego egzemplarza.

Przyniesiono zamówione dania. Przy jedzeniu Eileen wreszcie wspomniała o Hiramie.

— Piętnaście lat temu był atrakcyjniejszy, niż pewnie ci się zdaje. Trochę zwalisty, ale bardzo czarujący. Potrafił się ubrać, wiedział, co powiedzieć, i oczywiście zawsze znał fantastyczne restauracje.

— I co się wydarzyło? A może to nie mój interes?

— Nie wiem. Co zwykle dzieje się między ludźmi? Chyba głównie chodziło o to, że za bardzo się przejmował swoją wagą. Teraz to ja ciągle się gryzę własnym wyglądem.

— Niepotrzebnie. Wyglądasz świetnie. Mogłabyś zdobyć każdego mężczyznę, którego zapragniesz.

— Nie musisz ze mną flirtować. Wiem, że masz tę całą seksualną moc i charyzmę, ale nie podoba mi się myśl, że używasz jej, żeby mną manipulować.

— Nie próbuję tobą manipulować — zaprzeczył Fortunato. — Jeśli masz wrażenie, że jestem tobą zainteresowany, to tylko dlatego, że to prawda.

— Czy zawsze masz w sobie tyle pasji?

— Ehe, chyba zawsze. Patrzę na ciebie, a ty ciągle się uśmiechasz. To mnie doprowadza do szaleństwa.

— Postaram się przestać.

— Nie rób tego.

Uświadomił sobie, że wyraził to zbyt mocno. Eileen ułożyła równo sztućce na pustym talerzu i upuściła zmiętą serwetkę obok niego. Fortunato odsunął resztę surówek. W jego umyśle nagle zrodziła się pewna myśl.

— Jak się nazywało to pismo, w którym publikował Balsam?

Wyjęła z torebki złożoną kartkę.

— „Nectanebus”. Dlaczego pytasz?

Fortunato poprosił gestem o rachunek.

— Posłuchaj. Czy mogłabyś pojechać do mojego mieszkania? Nie mam żadnych podstępnych zamiarów. To jest ważne.

— Pewnie bym mogła.

Kelner ukłonił się i spojrzał na Eileen.

— Pan Worchester… jest w tej chwili zajęty. Ale prosił, żebym pani powiedział, że obiad jest na koszt firmy.

— Niech mu pan podziękuje w moim imieniu — odparła. — Proszę mu powiedzieć… proszę mu powiedzieć, że dziękuję.

Gdy przyszli do mieszkania, Caroline jeszcze spała. Wstała, poszła nago do łazienki, ostentacyjnie zostawiając drzwi otwarte, a potem usiadła na łóżku i zaczęła się powoli ubierać, zaczynając od pończoch i podwiązek.

Fortunato ją ignorował, zajęty przerzucaniem stert książek, które zajmowały już całą ścianę salonu. Albo nauczyła się panować nad zazdrością, albo znalazła sobie inne zajęcie.

Другие книги автора:
Wyprawa asów
613,98 503,46
Łotrzyki
852,76 648,10
Niebezpieczne kobiety DODRUK
682,20 518,47
Развернуть
Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»