Przystań WiatrówТекст

0
Отзывы
Читать фрагмент
Как читать книгу после покупки
Шрифт:Меньше АаБольше Аа


George R.R. Martin, Lisa Tuttle

Przystań Wiatrów


Tytuł oryginału

Windhaven ISBN 978-83-8116-341-5 Copyright © 1981 by George R.R. Martin and Lisa Tuttle All rights reserved Copyright © 1996, 2013 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Wydanie 1 w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

PROLOG

CZĘŚĆ PIERWSZA – BURZE

CZĘŚĆ DRUGA – JEDNOSKRZYDŁY

CZĘŚĆ TRZECIA – UPADEK

EPILOG

MAPY

W dowód miłości i wdzięczności ofiarowuję tę książkę mo¬jej matce i mojemu ojcu, nawet jeśli jej nie przeczytają.

Lisa Tuttle

Książkę tę dedykuję Elizabeth, Anne, Mary Kaye, Carol, Meredyth, Ann i Yvonne, i pozostałym zadziornym istotom z „Couriera”, w nadziei że nie utracą zadziorności i umiejętności zadawania niewygodnych pytań i nadal będą wyrzucane z rozmaitych instytucji.

George R.R. Martin

Skoro już raz spróbowałeś lotu,

chodząc po ziemi, ku niebu zwracasz oczy;

albowiem zaznawszy przestworzy,

pragniesz do nich powrócić.

Leonardo da Vinci

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG

Burza szalała prawie całą noc.

Na szerokim łóżku, obok swojej matki, leżała dziewczynka. Była przykryta włochatym kocem z kiepskiej wełny. Nie mogła spać. Słuchała, jak krople deszczu miarowo i uporczywie uderzają o cienkie, zbudowane z drewna cytrynowca ściany chatynki. Od czasu do czasu gdzieś w oddali rozlegał się grzmot piorunu. Ilekroć na niebie pojawiała się błyskawica, jej światło sączyło się przez zasłony w oknie, a gdy zanikało, w malutkim pokoju znów robiło się ciemno.

Słysząc, jak woda kapie na podłogę, dziecko uświadomiło sobie, że w dachu powstała kolejna dziura. Wiedziało, że mocno ubita ziemia stanie się grząska jak błoto, a matka wpadnie w szał, lecz nie było na to żadnej rady. Matka nie potrafiła dobrze łatać dachów, a na wynajęcie kogoś do tej roboty brakowało pieniędzy. Twierdziła, że któregoś dnia sfatygowana chatka zupełnie się zawali pod wpływem gwałtownych burz. „Wtedy znowu zobaczymy się z twoim ojcem” — mawiała. Dziecko nie pamiętało ojca zbyt dobrze, ale matka często o nim wspominała.

Podmuch wiatru wprawił zasłony w drżenie. Dziewczynka usły­szała nieprzyjemny dźwięk skrzypiącego drewna oraz łopotanie natłuszczonego papieru, który służył jako szyba w oknie, i przez chwilę odczuwała strach. Matka spała bardzo spokojnie. Burze zdarzały się często, lecz nigdy nie zakłócały jej snu. Dziewczynka bała się pomyśleć, że mogłaby ją obudzić — matka odznaczała się porywczym usposobieniem i na pewno dostałaby szału, gdyby zbudzono ją dla tak błahego powodu jak dziecięcy lęk.

Ściany zaskrzypiały znowu i mocno się zachwiały. Piorun zagrzmiał niemal równocześnie z pojawieniem się błyskawicy. Dziecko dygotało pod kocem; zastanawiało się, czy właśnie tej nocy wyruszą na spotkanie z ojcem.

Natura okazała się jednak litościwa. Burza wreszcie odeszła i nawet deszcz przestał padać. W pokoju było ciemno i cicho.

Dziewczynka wyrwała matkę ze snu.

— Co? — zapytała przebudzona. — Co się stało?

— Burza się skończyła, mamo — odparło dziecko.

Na te słowa kobieta pośpiesznie wstała.

— Ubieraj się — powiedziała dziewczynce. Sama szukała w ciemności poszczególnych części garderoby. Od świtu dzieliła je jeszcze co najmniej godzina, ale należało bardzo szybko dostać się na plażę. Dziewczynka wiedziała, że podczas burz często dochodzi do katastrof dużych statków handlowych. Rozbiciu ulegały też małe łodzie rybackie, których właściciele zapuścili się zbyt daleko albo zwlekali z powrotem. Kiedy wychodziło się na plażę tuż po burzy, można się było natknąć na rozmaite przedmioty wyrzucone przez fale. Któregoś razu dziewczynka i jej matka znalazły nóż o wyszczerbionym metalowym ostrzu. Za sumę uzyskaną z jego sprzedaży żywiły się dobrze przez dwa tygodnie. Jednak poszukiwacze wartościowych przedmiotów nie mogli sobie pozwolić na lenistwo. Leniwa osoba czekała aż do świtu i nic nie znajdowała.

Matka powiesiła sobie na ramieniu pustą płócienną torbę. Jej córka miała sukienkę z dużymi kieszeniami. Obie włożyły wysokie buty. Kobieta zdjęła ze ściany długą tyczkę zakończoną drewnianym hakiem, żeby móc przyciągnąć rzeczy, które będą unosiły się na wodzie poza ich zasięgiem.

— Chodź, dziecino — rzekła. — Nie trać czasu.

Na plaży panował mrok i chłód, spotęgowany wiejącym z zachodu zimnym wiatrem. Po mokrym piasku grasowały już ze cztery osoby; wgłębienia po ich buciorach szybko wypełniała woda. Od czasu do czasu ten i ów nachylał się i uważnie coś oglądał. Jeden z poszukiwaczy miał przy sobie latarnię.

Dawniej, kiedy jeszcze żył ojciec, jego żona i córka miały dobrą latarnię, lecz później musiały ją sprzedać. Matka często się na to uskarżała. Nie widziała w nocy tak dobrze, jak jej dziecko; czasami potykała się w ciemnościach i nieraz omijała przedmioty, które powinna była zauważyć.

Jak zwykle, poszukiwaczki się rozdzieliły. Dziecko udało się plażą na północ, podczas gdy matka przeszukiwała stronę połu­dniową.

— Zawróć o świcie — powiedziała matka. — Masz w domu robotę. Po wschodzie słońca nic nie zostanie.

Dziecko kiwnęło głową i pobiegło na poszukiwania.

Tej nocy połów okazał się nędzny. Dziewczynka długo kroczyła wzdłuż brzegu ze wzrokiem utkwionym w ziemi. Lubiła znajdować przedmioty. Gdyby wróciła do domu z kawałkiem metalu albo zębem scylli, długim jak jej ramię, wygiętym, żółtym i straszliwym, matka zapewne uśmiechnęłaby się do niej i pochwaliła, że jest bardzo dobrą dziewczynką. Nie zdarzało się to jednak zbyt często. Zazwyczaj matka karciła ją za roztargnienie i zadawanie głupich pytań.

Kiedy pierwsze blade promienie świtu zaczęły pochłaniać gwiazdy, dziewczynka przekonała się, że ma w kieszeniach tylko dwa kawałki mlecznego szkła morskiego i mięczaka. Mięczak był duży i ciężki; z trudem mieścił się w dłoni, a szorstka, żwirowata skorupa wskazywała, że jest to gatunek najlepiej nadający się do jedzenia; jego czarne mięso przypominało w smaku masło. Niestety, udało jej się znaleźć tylko tego jednego mięczaka. Poza tym fale wyrzuciły na brzeg jedynie bezwartościowe kawałki drewna.

Dziecko miało już zawrócić, zgodnie z poleceniem matki, gdy nagle na niebie zabłysło coś metalowego — srebrzysty promień, który jak gdyby zwiastował narodziny nowej gwiazdy, przyćmiewającej wszystkie inne. Dziewczynka wiedziała, co ma przed oczami — zanim skrzydła jakiegoś lotnika ukazały się światu, oblewał je blask pierwszych promieni wschodzącego słońca.

Mała zapragnęła pobiec w ślad za nimi, by móc je obserwować. Uwielbiała oglądać lecące ptaki — małe dzięcioły zielone, dzikie kozodoje i padlinożerne kanie — ale widok srebrnych skrzydeł lotników był najwspanialszy. Słońce jednak zaczynało już wschodzić, a matka kazała jej wrócić o świcie.

Zaczęła biec. Pomyślała, że skoro tak szybko przebyła drogę tam i z powrotem, to może zostanie jej trochę czasu na obejrzenie lotnika, zanim matka zauważy jej nieobecność. Dlatego w pędzie mijała leniwych maruderów, którzy dopiero teraz wylegli na plażę. W jej kieszeni podskakiwał mięczak.

Gdy dotarła do miejsca, w którym zatrzymał się lotnik, niebo na wschodzie było już bladopomarańczowe. Skrzydlaci ludzie często lądowali na tym rozległym skrawku piaszczystej plaży; górowała nad nim wysoka, stroma skała, z której rozpoczynali loty. Dziewczynka lubiła się wspinać na klif. Czując, jak wiatr rozwiewa jej włosy, spuszczała nogi nad krawędzią i obserwowała otaczające ją zewsząd niebo. Jednakże tego dnia nie miała czasu. Musiała szybko wracać, jeśli nie chciała się narazić na gniew matki.

 

Tak czy owak, przybiegła zbyt późno. Lotnik właśnie lądował.

Z wdziękiem wykonał w powietrzu ostatni karkołomny manewr, machając skrzydłami zaledwie dziesięć metrów nad głową dziewczynki, która obserwowała go szeroko otwartymi oczami. Następnie przechylił się nad wodą. Opuścił jedno srebrne skrzydło, podniósł drugie, raptownie zatoczył szerokie koło, a potem wyprostował się i ruszył naprzód. Wylądował z gracją, ledwo musnąwszy piasek.

Na plaży znajdowały się jeszcze dwie osoby — jakiś młodzieniec i starsza kobieta. Biegli obok lądującego lotnika, pomogli mu się zatrzymać, a następnie zadbali o to, żeby jego skrzydła opadły, i powoli, ostrożnie je złożyli. W tym samym czasie lotnik odpinał paski, które łączyły skrzydła z jego ciałem.

Dziewczynka uważnie mu się przyjrzała i stwierdziła, że to jeden z jej ulubionych lotników. Wiedziała, że na świecie jest ich mnóstwo, i oglądała już wielu z nich, a niektórych nawet rozpoznawała, lecz tylko troje pojawiało się tu często, gdyż mieszkali na jej wyspie. Dziecko wyobrażało sobie, że żyją gdzieś wysoko, na stromych skałach, w domach przypominających ptasie gniazda, o ścianach z bezcennego srebra. Była wśród nich sroga, siwa kobieta o zgorzkniałym wyrazie twarzy. Drugim znajomym był ciemno­włosy, oszałamiająco przystojny chłopak. Miał miły głos i dziewczynka lubiła go bardziej niż starą kobietę. Jednak jej faworytem był lotnik, który wylądował przed chwilą na plaży. Ten wysoki, szczupły i barczysty mężczyzna przypominał jej ojca. Miał brązowe oczy, kręcone, rudawe włosy i starannie wygoloną twarz. Często się uśmiechał i chyba odbywał więcej lotów niż tamci.

— Hej, ty — odezwał się.

Dziewczynka ze strachem podniosła oczy i zobaczyła, że mężczyzna uśmiecha się do niej.

— Nie bój się — rzekł. — Nie zrobię ci krzywdy.

Cofnęła się o krok. Obserwowała lotników wiele razy, ale dotychczas żaden z nich nie zwrócił na nią uwagi.

— Kim ona jest? — Lotnik zadał to pytanie swojemu pomocnikowi, który stał za jego plecami, trzymając złożone skrzydła. Mło­dzieniec wzruszył ramionami.

— Pewnie jakaś poszukiwaczka mięczaków. Nie wiem. Już ją tutaj widywałem. Chcesz, żebym ją przegnał?

— Nie — odparł mężczyzna i znowu posłał dziewczynce uśmiech. — Dlaczego jesteś taka przerażona? — zapytał. — Nic się nie stało. Nie mam nic przeciwko temu, że tu przyszłaś, dziewczynko.

— Mama powiedziała, że nie powinnam przeszkadzać lotnikom — rzekło dziecko.

Mężczyzna wybuchnął śmiechem.

— Och, przecież wcale mi nie przeszkadzasz. Może któregoś dnia dorośniesz i będziesz pomagać lotnikom, tak jak to robią moi przyjaciele tutaj. Podobałoby ci się takie zajęcie?

Dziecko potrząsnęło głową.

— Nie.

— Nie? — Mężczyzna wzruszył ramionami, nie przestając się uśmiechać. — Wobec tego co chciałabyś robić? Latać?

Dziecko bojaźliwie kiwnęło głową.

Starsza kobieta zachichotała, ale lotnik zerknął na nią i zmarszczył brwi. Następnie podszedł do dziewczynki, pochylił się i wziął ją za rękę.

— Hm, no, wiesz, jeśli zamierzasz latać, to musisz dużo ćwiczyć — powiedział. — Chciałabyś poćwiczyć?

— Tak.

— Teraz jesteś jeszcze za malutka na skrzydła — rzekł lotnik. — Chodź tu. — Objął ją mocnymi rękami, podniósł i posadził sobie na ramionach. Dziewczynka spuściła nogi na klatkę piersiową lotnika i niepewnie wczepiła ręce w jego włosy. — Nie, nie możesz się mnie trzymać, jeśli chcesz zostać lotnikiem. Twoje ramiona mają być twoimi skrzydłami. Czy potrafisz rozprostować ramiona?

— Tak — odparła. Uniosła ramiona i rozpostarła je jak parę skrzydeł.

— Twoje ramiona się zmęczą — ostrzegł lotnik — lecz nie wolno ci ich opuszczać, chcesz bowiem latać. Lotnik musi mieć mocne ramiona, które nigdy się nie męczą.

— Ja jestem mocna — upierała się dziewczynka.

— Dobrze. Czy jesteś gotowa do lotu?

— Tak. — Zaczęła wymachiwać ramionami.

— Nie, nie, nie! — zawołał. — Nie machaj nimi. Wiesz, że nie robimy tego jak ptaki. Myślałem, że zdążyłaś się nam przypatrzyć.

Dziewczynka szukała w pamięci właściwego określenia.

— Kanie — powiedziała nagle. — Jesteście jak kanie.

— Czasami — odrzekł lotnik z zadowoleniem. — I jak kozodoje oraz inne szybujące ptaki. Wiesz, właściwie to my nie latamy. Szybujemy na podobieństwo kań. Unosi nas wiatr. Dlatego nie możesz trzepotać skrzydłami — musisz trzymać ramiona sztywno i próbować wyczuć wiatr. Czy teraz czujesz wiatr?

— Tak. — Wiatr wydał się dziewczynce cieplejszy, przynosił intensywną woń morza.

— To zagarniaj go ramionami, poddawaj się jego podmuchom.

Przymknęła oczy i usiłowała wyczuć ramionami powiew wiatru.

Po chwili zaczęła się przemieszczać.

Lotnik już od jakiegoś czasu biegł po piasku w taki sposób, jakby napierał na niego wiatr. Poruszał się zgodnie z podmuchami bryzy, gwałtownie zmieniając kierunek. Dziewczynka rozpostarła ramiona. Wydawało jej się, że wiatr przybiera na sile. Kiedy mężczyzna pędził, ona sama gwałtownie podskakiwała na jego barkach, czując, że porusza się coraz szybciej.

— Przez ciebie wlecę do wody! — wrzasnął. — Skręcaj, skręcaj!

W tym momencie dziewczynka przechyliła swoje skrzydła, tak jak czynili to wielokrotnie obserwowani przez nią lotnicy; opuściła jedną rękę, a druga znalazła się w górze. Lotnik skręcił w prawo i zaczął krążyć w kółko, aż wreszcie dziewczynka ponownie wyprostowała ramiona i mężczyzna zboczył z trasy, którą przebył.

Biegł niestrudzenie, a jego „pasażerka” leciała unoszona wiatrem; byli zziajani i roześmiani.

Wreszcie lotnik się zatrzymał.

— Wystarczy — powiedział. — Początkujący lotnik nie powinien przebywać w górze zbyt długo. — Zdjął dziewczynkę z ramion i uśmiechając się, postawił ją na piasek. — No!

Na skutek niedawnych manewrów miała obolałe ramiona, lecz rozsadzało ją podniecenie, choć wiedziała, że w domu nie obędzie się bez lania. Słońce znajdowało się już wysoko ponad linią horyzontu.

— Dziękuję — powiedziała, wciąż jeszcze nie mogąc złapać tchu po swoim pierwszym lataniu.

— Nazywam się Russ — rzekł lotnik. — Jeśli będziesz chciała znowu polatać, przyjdź się ze mną spotkać. Nie mam swoich własnych małych lotników.

Dziecko ochoczo skinęło głową.

— A ty? — zapytał, otrzepując ubranie z piasku. — Jak się nazywasz?

— Maris — odparła.

— Ładne imię — rzekł uprzejmie lotnik. — No cóż, Maris, muszę się zbierać. Ale kiedyś może znowu polatamy, hę? — Uśmiech­nął się do dziewczynki, odwrócił i odszedł. Dołączyli do niego pomocnicy; chłopak nadal trzymał złożone skrzydła. Kiedy się oddalali, usłyszała strzępy rozmowy, a potem śmiech lotnika.

Nagle rzuciła się w ślad za nim. Piasek ją hamował, gdy próbowała nadążyć za dużymi krokami lotnika. Ten zorientował się, że dziewczynka za nim biegnie, i się odwrócił.

— Słucham?

— Masz — powiedziała. Sięgnęła do kieszeni i wręczyła mu mięczaka.

Na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz zdumienia, a potem serdeczny uśmiech. Z powagą przyjął prezent.

Dziewczynka zarzuciła mu ręce na szyję, niemal zmiażdżyła go w uścisku, a potem uciekła. Biegła z rozpostartymi ramionami. Pędziła tak szybko, że miała wrażenie, iż unosi się w powietrzu.

CZĘŚĆ PIERWSZA – BURZE

Maris leciała kilka metrów nad powierzchnią morza, ujarzmia­jąc wzburzone prądy powietrzne szerokimi, metalicznymi skrzyd­łami. Był to lot szaleńczy, nierozważny. Upajała się niebezpieczeń­stwem i bryzgającym pyłem wodnym, nie zważając na chłód. Niebo miało złowieszczą barwę kobaltu, wiatry przybierały na sile, ale ona unosiła się na skrzydłach i to jej w zupełności wystarczało. Gdyby teraz przyszło jej umrzeć, to z błogim uśmiechem na ustach.

Leciała lepiej niż kiedykolwiek przedtem. Lawirowała między powietrznymi prądami niemal bezwiednie, za każdym razem natrafiając na podmuch z dołu lub z góry, dzięki czemu szybowała coraz dalej i coraz szybciej. Każdy jej wybór okazywał się trafny; nie była zmuszona do pośpiesznego miotania się nad wzburzoną kipielą, a jeśli wykonywała trudne manewry, to jedynie po to, by czuć jeszcze większą radość. Bezpieczniej byłoby lecieć na dużej wysokości, niczym dziecko, jak najdalej od fal, aby nie narazić się na popełnienie błędu. Jednakże Maris niemal ślizgała się po morskiej toni, jak przystało na prawdziwego lotnika. Wystarczyło lekko zamoczyć skrzydło, zaledwie musnąć nim o wodę, a już spadało się niezdarnie z wyżyn nieba. Taki błąd oznaczał również śmierć: ze skrzyd­łami o rozpiętości ponad sześciu metrów nie dałoby się płynąć zbyt długo.

Maris nie brakowało odwagi, ale wiedziała, jak groźne mogą być wiatry.

W oddali wypatrzyła szyję scylli, która majaczyła na horyzoncie niczym ciemny, falisty sznur. Zareagowała prawie odruchowo. Po­ciągnęła prawą ręką skórzany uchwyt skrzydła, a lewą wypchnęła płat w górę. Następnie przemieściła cały ciężar ciała na drugą stronę. Wielkie, srebrne skrzydła — zrobione z cienkiego, prawie nic nieważącego, ale niesamowicie wytrzymałego materiału — przesunęły się wraz z nią. Jeden czubek skrzydła prawie musnął niebezpieczne, grzywiaste fale, drugi zaś uniósł się wyżej. Dzięki temu Maris mogła lepiej wykorzystać zrywający się wiatr i wkrótce zaczęła się piąć do góry.

Liczyła się ze śmiercią, podniebną śmiercią, ale nie zamierzała skończyć w taki sposób — przechwycona w powietrzu niczym nieostrożna rybitwa, żeby jakiś głodny potwór mógł napełnić nią swój brzuch.

Po kilku minutach dogoniła scyllę i zatrzymała się, a potem, kpiąc sobie z niej, okrążyła ją, uważając jednak, żeby się nie znaleźć w zasięgu potwora. Z góry mogła swobodnie obserwować cielsko scylli, która znajdowała się tuż pod falami, miarowo poruszając gładkimi, czarnymi płetwami. Malutka, osadzona na długiej szyi głowa powoli przechylała się z boku na bok i najwyraźniej ignorowała obecność Maris. Dziewczyna pomyślała, że zapewne stworzenie już zdążyło się zetknąć z lotnikami i ich mięso nie przypadło mu do gustu.

Wiatry były teraz zimniejsze i ciężkie od soli. Sztorm przybierał na sile; Maris odczuwała wyraźne drganie powietrza. Rozweselona, wkrótce zostawiła scyllę daleko w tyle i znowu była sama. Leciała bez wysiłku przez pusty, ciemniejący nieboskłon, słysząc jedynie łopot swoich skrzydeł.

Po pewnym czasie zobaczyła wyłaniającą się z morza wyspę; właśnie na niej miała wylądować. Westchnęła, żałując, że to już koniec podróży.

Na lądowisku dyżurowali Gina i Tor — dwoje miejscowych lądowców. Maris zastanawiała się, czym zajmują się tacy ludzie, kiedy nie pomagają przybywającym lotnikom. Zrobiła nad nimi kółko, żeby zwrócić na siebie uwagę. Oboje natychmiast zerwali się z mokrego piasku i pomachali do niej. Kiedy zbliżyła się ponownie, byli już gotowi. Opadała coraz niżej, aż w końcu jej stopy dzieliło od ziemi zaledwie kilkanaście centymetrów. Gina i Tor biegli równolegle do niej, po obu stronach jej skrzydeł. Maris zaszurała palcami nóg o ziemię, stopniowo wytraciła szybkość i wreszcie się zatrzymała, wzniecając tumany piasku.

Wtuliła twarz w zimną, suchą plażę. Czuła się idiotycznie. Le­żący lotnik przypominał przewróconego na wznak żółwia. Mogła­by dźwignąć się na nogi, gdyby zmusiły ją do tego okoliczności, lecz taka operacja byłaby uciążliwa i niegodna. Mimo wszystko lądowanie przebiegło dobrze.

Gina i Tor przystąpili do metodycznego składania skrzydeł, złącze po złączu. Uwalniali poszczególne rozpórki i nakładali je na siebie, a wówczas naciągany przez nie materiał wiotczał. Kiedy wszystkie prostowniki zostały wciągnięte do wewnątrz, skrzydła skurczyły się do dwóch metalowych fałd, luźno zwisających z centralnej osi przymocowanej do pleców Maris.

— Spodziewaliśmy się Colla — powiedziała Gina, uporawszy się z ostatnią rozporą. Jej krótkie, ciemne włosy sterczały niczym najeżone ostrza.

Maris potrząsnęła głową. Być może ta podróż rzeczywiście należała się Collowi, ale ona sama rozpaczliwie tęskniła za byciem w powietrzu. Zabrała skrzydła — swoje skrzydła — i opuściła dom, zanim jej brat wstał z łóżka.

— Pewnie gdy minie następny tydzień, będzie miał za sobą już dużo lotów — rzekł wesoło Tor. Wciąż miał w swoich cienkich, jas­nych włosach ziarenka piasku i trochę drżał owiewany morskimi wiatrami, lecz cały czas się uśmiechał. — Nalata się, ile zechce. — Stanął przed Maris, żeby pomóc jej odpiąć skrzydła.

 

— Sama będę je niosła — warknęła Maris, zniecierpliwiona i poirytowana jego nonszalanckim tonem. Cóż on mógł rozumieć? Czy ktokolwiek z nich mógł pojąć istotę latania? Przecież byli lądowcami.

Ruszyła w kierunku bazy lotników. W ślad za nią kroczyli Gina i Tor. Na miejscu jak zwykle pokrzepiła się, jedząc i pijąc, a potem, stanąwszy przed dużym, buzującym kominkiem, grzała się i suszyła rzeczy. Na zadawane jej przyjazne pytania odpowiadała lakonicznie. Starała się unikać słów, nie myśleć: „To może być ostatni raz”. Ponieważ była lotnikiem, wszyscy szanowali jej milczenie, chociaż sprawiła im zawód. Wszak opowieści lotników stanowiły dla nich, szczurów lądowych, najczęstsze źródło informacji o tym, co działo się na innych wyspach. W nękanych codziennymi sztormami morzach roiło się od scylli, kotów morskich i innych drapieżników; ze względu na niebezpieczne warunki statki kursowały regularnie tylko między wysepkami położonymi blisko siebie. Lotnicy zapewniali łączność między archipelagami; oczekiwano od nich najnowszych wieści, plotek, piosenek, anegdot i romansów.

— Zwierzchnik przyjmie cię, gdy tylko odpoczniesz — oświadczyła Gina, ostrożnie dotykając ramienia Maris.

Maris się odsunęła. Tak, tobie wystarczy, że usługujesz lotnikom, pomyślała. Chciałabyś mieć za męża lotnika — na przykład Colla, gdy dorośnie — i nie masz pojęcia, co dla mnie znaczy fakt, że to Coll będzie lotnikiem, a nie ja.

— Już jestem gotowa — powiedziała głośno. — To był łatwy lot. Wiatry wykonały za mnie całą robotę.

Gina zaprowadziła ją do sąsiedniego pokoju, gdzie zwierzchnik czekał na przyniesioną przez nią wiadomość. Podobnie jak pierwsza sala, pomieszczenie było długie i oszczędnie umeblowane; w wielkim, kamiennym kominku trzaskały płomienie. Zwierzchnik siedział na miękko wyściełanym krześle blisko ognia. Na widok Maris powstał. Lotników zawsze witano jak równych rangą, nawet na wyspach, gdzie zwierzchnicy byli czczeni na podobieństwo bogów i dysponowali niemal nieograniczoną władzą.

Po rytualnych powitaniach Maris zamknęła oczy i wyrecytowała wiadomość. Nie zastanawiała się nad treścią i zupełnie jej ona nie obchodziła. Wypowiadała kolejne słowa bez udziału świadomości. Pomyślała, że prawdopodobnie chodzi o politykę. Ostatnimi czasy wszystko sprowadzało się do polityki.

Kiedy wiadomość została przekazana, Maris otworzyła oczy i uśmiechnęła się do zwierzchnika — rozmyślnie, albowiem mężczyzna sprawiał wrażenie zatroskanego jej słowami. Jednakże szybko otrząsnął się i odwzajemnił jej uśmiech.

— Dziękuję — powiedział trochę niepewnym głosem. — Dob­rze się spisałaś.

Zaproponowano jej nocleg, ale odmówiła. Do rana burza mogła zupełnie ustać, a poza tym nocne latanie było przyjemne. Tor i Gina wyszli razem z dziewczyną i odprowadzili ją po skalistej ścieżce aż do skały lotników. Osadzone w kamiennym podłożu latarnie rozpraszały mrok, dzięki czemu wspinaczka po krętym szlaku była bezpieczniejsza.

Na samej górze znajdował się naturalny występ, pogłębiony i poszerzony ludzkimi rękami. Dalej rozciągał się głęboki na kilkadziesiąt metrów uskok; na kamienistą plażę wdzierały się przybrzeżne fale. Gina i Tor rozwinęli skrzydła Maris i zablokowali rozpórki. Napięta metalowa powierzchnia zajaśniała srebrzystym blaskiem. Maris skoczyła.

Dała się porwać wiatrowi i znowu leciała nad ciemnym morzem, słysząc pomruki dudniącej w górze burzy. Kiedy była już wysoko, ani razu nie obejrzała się na dwoje tęsknie śledzących ją ludzi. Wiedziała, że niebawem i ona będzie musiała się zadowolić życiem na lądzie.

Nie skręciła w kierunku domu. Popłynęła wraz z porywistą nawałnicą, która wiała teraz gwałtownie na zachód. W każdej chwili należało się spodziewać grzmotów i deszczu; w takich warunkach Maris musiałaby wzbić się ponad chmury, aby znaleźć lepsze schronienie przed piorunem. W okolicach domu zapewne panował spokój. Ludzie przeczesywali plaże w nadziei, że wiatry przywiały coś ciekawego. Być może ten czy ów spuścił łódkę, aby nie wrócić z całodziennego połowu z pustymi rękami.

Wiatr jękliwie zawodził i spychał Maris, lecz ona płynnie i bez wysiłku utrzymywała wytyczony przez siebie kurs. W pewnej chwili przypomniał jej się Coll i nagle straciła panowanie nad sobą. Zachwiała się, opadła, a potem, gwałtownie manewrując, z powrotem podciągnęła się w górę. Przeklinała siebie samą. Dotychczas było cudownie — dlaczego to wszystko miało się skończyć w taki sposób? Być może odbywała swój ostatni lot, dlatego starała się wypaść lepiej niż kiedykolwiek, lecz jej wysiłki nie miały wiele sensu. Straciła wyczucie: wiatr już nie był jej przychylny.

Leciała teraz chaotycznie, napinała mięśnie aż do bólu, toczyła zawziętą walkę z nadciągającą burzą. Zdecydowała się wzbić wyżej; ponieważ wiatr przestał jej sprzyjać, zbytnia bliskość wody mogła się okazać niebezpieczna.

Podniebne zmagania zupełnie ją wyczerpały i dopiero gdy zobaczyła Orle Gniazdo, uświadomiła sobie, jak dużą odległość pokonała.

Orle Gniazdo było potężną skałą sterczącą w morzu, walącą się kamienną wieżą, którą otaczały spienione fale, wściekle uderzające o jej wysokie, strome mury. Miejsce nie zasługiwało na miano wyspy. Jedynym przedstawicielem świata flory były tu kępy zdrewniałych porostów. W nielicznych osłoniętych szczelinach i występach skalnych znajdowały się jednak ptasie gniazda, a na samym szczycie zbudowali swoją bazę lotnicy. Właśnie tutaj, w miejscu, do którego nie zdołałby zawinąć żaden statek, w miejscu, gdzie mogły osiąść tylko latające istoty — ptaki i ludzie — powstała ich mroczna, kamienna siedziba.

— Maris!

Usłyszawszy swoje imię, Maris zerknęła w górę i ujrzała na tle chmur ciemne skrzydła Dorrela, który ze śmiechem zaczął na nią pikować. W ostatniej chwili gwałtownie skręciła w bok i zręcznie mu się wymknęła, lecz on nadal gonił ją wokół Orlego Gniazda, tak że pochłonięta radością latania zapomniała o bólu i zmęczeniu.

Kiedy wreszcie wylądowali, zaczął padać deszcz. Nadciągnął ze wschodu niespodziewanie; jego krople smagały twarze lotników i głośno bębniły o skrzydła. Maris uświadomiła sobie, że prawie zdrętwiała z zimna. Opadli w miękkie, ziemiste zagłębienie, które utworzyło się samoistnie w litej skale. Maris sunęła po błocie kilka metrów, zanim udało jej się zatrzymać. Potrzebowała dobrych kilku minut, żeby wyciągnąć stopy na powierzchnię i rozplątać potrójne paski, które ją spowijały. Potem ostrożnie przymocowała skrzydła do linki i zaczęła je składać.

Gdy uporała się z tą czynnością, zdała sobie sprawę, że gwał- townie szczęka zębami i ma obolałe barki. Dorrel marszczył czo­ło, obserwując jej pracę. Sam zdążył już starannie złożyć swoje skrzyd­ła i przewiesił je przez ramię.

— Długo latałaś? — zapytał. — Powinienem był pozwolić ci wylądować. Przepraszam. Nie wiedziałem. Na pewno przez całą drogę uciekałaś przed burzą. Trudne warunki atmosferyczne. Ja też zmagałem się z przeciwnymi wiatrami. Dobrze się czujesz?

— O, tak. Byłam zmęczona, ale nie tak strasznie, a poza tym już mi przeszło. Cieszę się, że czekałeś na mnie w górze. To było przyjemne latanie i bardzo go potrzebowałam. Na końcu było trochę ciężko — bałam się, że spadnę. Ale nie ma to jak dobry lot — człowiek nie myśli wtedy o odpoczynku.

Dorrel roześmiał się i objął dziewczynę ramieniem. Zetknąw­szy się z jego rozgrzanym ciałem, uświadomiła sobie, jak bardzo jest zziębnięta. Dorrel również to wyczuł i mocniej przycisnął ją do siebie.

— Wejdź do środka, bo zamarzniesz. Garth przywiózł z Shotanów parę butelek kivasu. Jedna z nich powinna już być gorąca. Wypicie kivasu w naszym towarzystwie na pewno cię rozgrzeje.

Wspólny pokój w bazie był jak zawsze ciepły i przytulny, lecz tym razem świecił pustkami. Znajdował się w nim jedynie Garth, niski, muskularny lotnik, starszy od Maris o dziesięć lat. Siedział przy kominku. Kiedy podniósł głowę i zawołał ją po imieniu, Maris usiłowała mu odpowiedzieć, lecz miała zaciśnięte zęby i dławił ją smutek. Dorrel podprowadził dziewczynę do kominka.

— Trzymałem ją w tym zimnie jak jakiś drewnianoskrzydły idiota — powiedział. — Czy kivas jest już gorący? Nalej nam trochę. — Szybko i zręcznie ściągnął z siebie mokrą, ubłoconą odzież i wziął dwa ręczniki z piętrzącej się obok kominka sterty.

— Dlaczego miałbym marnować kivas dla ciebie? — burknął Garth. — Dla Maris — oczywiście tak, gdyż jest bardzo piękna i wspaniale lata. — Ukłonił się jej żartobliwie.

— Nie powinieneś mi żałować tego kivasu — odparł Dorrel, energicznie wycierając się dużym ręcznikiem — chyba że wolisz zmarnować wino, wylewając je na podłogę.

Riposta Gartha zapoczątkowała wymianę nieszkodliwych obelg i żartobliwych pogróżek. Maris nie zwracała na nie uwagi — miała okazję słyszeć je wielokrotnie. Wycisnęła wodę z włosów, a potem patrzyła, jak krople tworzą na kamiennych płytach rozmaite desenie i błyskawicznie wysychają. Zerknęła na Dorrela, próbując zapamiętać jego szczupłe, muskularne ciało — ciało dobrego lotnika. Kiedy droczył się z Garthem, jego twarz ciągle się zmieniała. Czując, że Maris go obserwuje, odwrócił się i jego oczy złagodniały. Garth nie wypowiedział ostatniej błyskotliwej riposty i zamilkł. Dorrel delikatnie musnął palcami twarz Maris.

Другие книги автора:
Łotrzyki
807,57 613,75
Jednookie walety
581,45 476,79
Niebezpieczne kobiety DODRUK
646,06 491,01
Развернуть
Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»