Siła wiekuТекст

Автор:Carl Honore
0
Отзывы
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Шрифт:Меньше АаБольше Аа


•••

Mając 20 lat

martwimy się,

co inni o nas pomyślą

Mając 40 lat,

nie przejmujemy się,

co inni o nas pomyślą.

Mając 60 lat,

uzmysławiamy sobie,

że w ogóle o nas nie myśleli.

•••

SIŁA WIEKU

Spis treści

Okładka

O autorze

Motto

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wstęp Urodzinowa chandra

1. Jak starość się zestarzała

2. RUCH: w zdrowym ciele

3. TWORZENIE: stare psy, nowe sztuczki

4. PRACA: wszystkie ręce na pokład

5. PERCEPCJA: nowy wizerunek starości

6. TECHNOLOGIA: starość w wersji smart

7. SZCZĘŚCIE: mniej się przejmować, więcej robić

8. ATRAKCYJNOŚĆ: przesuń w prawo

9. AMORY: serce nie ma zmarszczek

10. TROSKA: my zamiast ja

11. MELANŻ: wszyscy razem

12. EPILOG: sytuacja dojrzała

PODZIĘKOWANIA

ŹRÓDŁA

BIBLIOGRAFIA

***


tytuł oryginału

BOLDER

Making the most of our longer lives

projekt okładki

Michał Batory

zdjęcie Autora

Madeleine Alldis

redakcja i korekta

Bogna Piotrowska

przygotowanie wersji elektronicznej

Katarzyna Marzec

© 2019 by Carl Honoré

© 2020 for the Polish edition by Drzewo Babel

© 2020 for the Polish translation by Łukasz Witczak

All rights reserved

OD WYDAWCY:

Młodość przychodzi z wiekiemMANOEL DE OLIVEIRA

DRZEWO BABEL

UL. LITEWSKA 10/12 • 00-581 WARSZAWA

listy@drzewobabel.pl

www.drzewobabel.pl

ISBN 978-83-64488-46-7


Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: konwersja@elib.pl

www.eLib.pl

Mirandzie, Benjaminowi i Susannah


Obym umarł, zanim się zestarzeję.

PETE TOWNSHEND, „MY GENERATION”

Od kilkudziesięciu lat ganiam za piłką z kijem. Hokejball to dla mnie coś więcej niż tylko ulubiony sport: to również intensywny trening, okazja do spotkania ze znajomymi i łącznik z kanadyjską tożsamością. To także sposób, by nie myśleć o tym, że jestem coraz starszy. Kiedy gram w hokeja, mogę na chwilę zapomnieć o swoim wieku. Czym tu się martwić, skoro czuję się jak nastolatek, ilekroć piłka uderza w mój kij?

Tak było aż do ćwierćfinału zawodów w Gateshead, robotniczym miasteczku w północnej Anglii.

Zegar tykał, a moja drużyna wciąż nie mogła strzelić zwycięskiego gola przeciwnikom, których rok wcześniej rozgromiliśmy. Czułem, że chłopaki są zdenerwowani, kipiała w nich sportowa złość. I nagle, w ostatniej minucie, gdy wisiało nad nami widmo rzutów karnych, udała mi się jedna z najtrudniejszych hokejowych sztuczek.

W hokeju sędzia wznawia grę, upuszczając piłkę między dwóch napastników z przeciwnych drużyn. To sprawdzian siły, równowagi, refleksu, koordynacji oko–ręka, szybkiego myślenia. Celem jest zdobycie piłki. Bramka z pierwszego uderzenia zdarza się rzadko. Ale tamtego dnia mi się udało: zanim ktokolwiek zdążył się ruszyć, posłałem piłkę prosto w dolny róg bramki oddalonej o pięć metrów. Napastnik rywali zaklął pod nosem. Bramkarz, który wpuścił gola, cisnął kijem o ziemię. Awansowaliśmy do półfinału – a ja byłem w siódmym niebie.

Po wielu uściskach i przybitych piątkach udałem się do szatni, wciąż odtwarzając w głowie powtórkę zdobytej bramki. Za stertą przepoconych koszulek i ochraniaczy dostrzegłem jednego z organizatorów turnieju; przeglądał składy drużyn, porównując wiek zawodników. Najmłodszy gracz miał szesnaście lat. A najstarszy?

– Słuchaj, to ty! – zawołał trochę zbyt radośnie. – Jesteś najstarszy z całego turnieju!

Miałem wtedy czterdzieści osiem lat, o czym zaświadczały siwawe włosy i kurze łapki. Mimo to stanąłem jak rażony piorunem. Imponujący gol, dzięki któremu awansowaliśmy do półfinału, w jednej chwili zszedł na dalszy plan, przyćmiony okrutną arytmetyką: na zawodach jest dwustu czterdziestu graczy i wszyscy są ode mnie młodsi. Nagle z gieroja zmieniłem się w oldboja.

Gdy po wyjściu z szatni zacząłem się przyglądać innym zawodnikom, opadły mnie pytania: czy pasuję tu jak wół do karety? Czy jestem obiektem żartów? Hokejowym odpowiednikiem pięćdziesięciolatka z dwudziestoletnią dziewczyną? Może powinienem znaleźć sobie spokojniejszą rozrywkę? Na przykład bingo?

Prędzej czy później dopada to każdego: owo nagłe dojmujące uczucie, że jest się starym. Data urodzenia, dawniej zwykłe cyferki w paszporcie, staje się dokuczliwym memento mori, głosem, który szepce nam, że szczyt mamy za sobą, a przed nami już tylko prosta droga do spodni na gumkę i bujanego fotela. Skończyło się życie, jakie znamy, jakiego pragniemy. Zaczynamy się zastanawiać, co nam wypada, a co nie. Czy ten strój jest odpowiedni dla kogoś w moim wieku? A ta fryzura, ten partner, ta muzyka, ten sport? Zwykle zaczyna się od okrągłych urodzin, od choroby, od kontuzji, od niepowodzenia sercowego, od awansu, który dostał kto inny. Czasem od śmierci bliskiej osoby. U mnie zaczęło się od turnieju hokejballa, na którym byłem najstarszy.

Ale jeśli się głębiej zastanowić, wcale nie jest tak źle. Jeszcze nigdy w dziejach ludzie w takiej liczbie nie dożywali sędziwego wieku. Ubiegłe stulecie dało początek rewolucji długowieczności. Dzięki lepszemu odżywianiu, nowym technologiom, higienie i ochronie zdrowia, a także dzięki temu, że mniej palimy i więcej zarabiamy, żyjemy dziś znacznie dłużej. Globalna przewidywana długość życia noworodka więcej niż się podwoiła – od 32 lat w roku 1900 roku do 71,4 lat obecnie, przy czym w krajach rozwiniętych jest to ponad 80 lat. Począwszy od 1963 roku obywatele japońscy, którzy dożyli stu lat, otrzymywali w prezencie od państwa sakazuki, czyli srebrną czarkę na sake. Zwyczaj zarzucono w 2015 roku, ponieważ stulatków jest dziś w Japonii po prostu zbyt wielu.

Nie oznacza to, że kiedyś nie dożywano wieku matuzalemowego. W dawnych czasach niska średnia długości życia wynikała przede wszystkim z wysokiej śmiertelności niemowląt. Kto w epoce przedindustrialnej dotrwał do dorosłości, mógł żyć długo. Źródła historyczne wskazują, że 8 procent obywateli cesarstwa rzymskiego miało ponad sześćdziesiąt lat. Wiek ten przekroczyło ponad 10 procent ludności Anglii, Francji i Hiszpanii w XVII i XVIII wieku. Isaac Newton zmarł w wieku osiemdziesięciu czterech lat. Od czasu do czasu gazety informowały o rekordzistach. Anglia przez jakiś czas żyła przypadkiem parobka Thomasa Parra, który w chwili śmierci w 1635 roku miał rzekomo 152 lata. Choć pojawiały się głosy, że pomylił własną datę urodzenia z datą narodzin swojego dziadka, opinia publiczna w Anglii ochoczo dawała wiarę opowieściom o jego spartańskiej diecie („ser prawie zjełczały i mleko w każdej postaci, chleb twardy razowy, do picia niewiele, zwykle kwaśna serwatka”) i barwnym życiu miłosnym (odprawiał pokutę za cudzołóstwo, a jako stulatek spłodził nieślubne dziecko). Sława Starego Parra była tak wielka, że malowali go Van Dyck i Rubens, a po śmierci został pochowany w opactwie Westminster.

Choć nikomu nie udało się zbliżyć do wieku, jakim szczycił się Parr, rewolucja długowieczności jest bez wątpienia milowym krokiem naprzód, wielkim pomnikiem ludzkiej inwencji i powodem do radości. A jednak rzadko tak się o niej myśli. Właściwie dlaczego? Głównie dlatego, że nasze podejście do starzenia się nie nadąża za demograficzną hossą. Zamiast otwierać szampana i winszować sobie dodatkowych lat życia, uporczywie trzymamy się myśli, że starość jest zła. Moglibyśmy radować się ze swoich hokejowych majstersztyków, a tymczasem trujemy się myślami o rosnących zakolach.

 

W dyskursie publicznym wydłużanie się ludzkiego życia często jest przedstawiane jako jeszcze jeden niepokojący trend, w jednym szeregu z ociepleniem klimatu i nierównościami ekonomicznymi. W mediach doniesieniom o tym, że liczba stulatków przekroczyła 450 tysięcy albo że ludzie powyżej 65. roku życia już przewyższają liczebnie populację dzieci do lat pięciu, towarzyszą sformułowania typu „siwe tsunami” albo „tykająca bomba zegarowa”. Czarnowidze ostrzegają, że długowieczność przypłacimy zastojem gospodarczym, brakiem rąk do pracy, zapaścią fiskalną, pikującymi indeksami giełdowymi, załamaniem się systemu opieki społecznej, wojną pokoleń czy kresem innowacyjności. Trzeba ułatwić dostęp do eutanazji, przestrzegają, inaczej zaleje nas morze zaślinionych staruszków bezustannie rozpamiętujących stare dobre czasy.

Podobny lęk budzi w nas perspektywa naszej własnej starości. Kiedy ostatni raz spotkaliście kogoś, kto cieszył się na swoje czterdzieste lub pięćdziesiąte urodziny, nie mówiąc już sześćdziesiątych albo siedemdziesiątych? Owszem, dobicie do osiemdziesiątki czy dziewięćdziesiątki bywa powodem do dumy, ale zanim to nastąpi, sama myśl o starzeniu wywołuje strach, niepokój, niechęć, a nawet odrazę. Trwamy w przekonaniu, że starość to przekleństwo i że od pewnego momentu każde kolejne urodziny pomniejszają naszą atrakcyjność, produktywność, radość, energię i kreatywność; jesteśmy coraz słabsi, coraz mniej zdrowi, mamy coraz węższe horyzonty, coraz trudniej nas kochać, coraz mniej nas widać, coraz mniejszy z nas pożytek, słowem – jesteśmy coraz mniej sobą.

Wszędzie króluje ten sam przekaz: młodszy znaczy lepszy. Znaki drogowe pokazują staruszków zgiętych nad laską, przemysł kosmetyczny sprzedaje produkty „przeciw starzeniu”, jak gdyby starość była chorobą. Niemal wszystkie kartki urodzinowe dla dorosłych zawierają element drwiny oraz współczucia. Na jednej z takich kartek nad przerażoną kobietą z horroru klasy B widnieje napis: „O Boże, masz 30 lat!!!”.

Przekonanie, że starość jest do bani, znajduje odbicie w naszym codziennym języku. „Czuć swoje lata” znaczy być zmęczonym i bez energii. Notorycznie osłabiamy komplementy, dodając do nich wyrażenie „jak na swój wiek”. Mówimy, że „sześćdziesiąt to nowe czterdzieści” lub „pięćdziesiąt to nowe trzydzieści”, jak gdyby osiągnięcie wieku 50 czy 60 lat było czymś niepożądanym, czego należy uniknąć. W naszych rozmowach na temat osób w zaawansowanym wieku pleni się jak chwast słowo „jeszcze”: on „jeszcze” pracuje, oni „jeszcze” uprawiają seks, ona „jeszcze” ma bystry umysł, jak gdyby aktywne życie w pewnym wieku było swoistym cudem. Słowo „stary” uchodzi za toksyczne do tego stopnia, że aktorka Judi Dench zabroniła go używać w swoim domu. „Emerytura” także jest na jej czarnej liście. „Nie chcę słyszeć żadnego z tych starych słów” – oznajmiła niedługo po swoich osiemdziesiątych urodzinach.

Nawet środowiska propagujące zmianę podejścia do starości z trudem odnajdują właściwy język. Ilekroć współzałożyciel londyńskiego Age of No Retirement, Jonathan Collie, pisze komunikat prasowy czy udziela wywiadu, napotyka te same trudności. „Sęk w tym, że nie da się nie używać słów «wiek» i «stary»[1], a to od razu ludzi odpycha”. Laura Carstensen, założycielka i dyrektorka Centrum Długowieczności na Uniwersytecie Stanford, boryka się z podobnym problemem. „Od jakichś czterdziestu lat namawiam ludzi do używania słowa «stary» z dumą, ale dotychczas nie udało mi się przekonać ani jednej osoby – mówi. – Sama też unikam tego słowa, żeby przypadkiem kogoś nie urazić”.

Niechęć do starości nie jest niczym nowym. Poeci i dramatopisarze starożytnej Grecji i Rzymu bezlitośnie kpili ze staruszków. Arystofanes opisywał ich jako słabowitych i żałosnych, a także groteskowych w swoich pragnieniach erotycznych. Plaut wprowadził do literatury motyw obleśnego starca. Dzieła średniowiecznych pisarzy od Boccaccia do Chaucera pełne są podstarzałych rogaczy. Ponad dwieście lat temu Samuel Johnson, twórca pierwszego słownika języka angielskiego, zdemaskował dobrze znane po dziś dzień uprzedzenie względem starzejących się umysłów. „Większość ludzi jest niestety skłonna zakładać u ludzi starych pogorszenie mocy intelektualnych – napisał w 1783 roku. – Gdy ktoś młody lub w średnim wieku, opuszczając towarzystwo, zapomni, gdzie odłożył kapelusz, to nic nie znaczy; gdy zaś podobne roztargnienie przydarzy się starcowi, wszyscy kwitują to wzruszeniem ramion i słowami: «Pamięć go opuszcza»”.

Czy od tamtego czasu coś się zmieniło? Tak, ale nie na lepsze. Nasza niechęć do starzenia się, a nawet do wyglądania starzej, nigdy nie była tak silna. Co roku wydajemy 250 miliardów dolarów na produkty i usługi odmładzające. Dwudziestoparolatkowie przed rozmowami o pracę fundują sobie botoks i implanty włosów. Nawet nastolatki poddają się zabiegom kosmetycznym, żeby „odświeżyć” swój wygląd.

Czasem można odnieść wrażenie, że poczynając od pewnego wieku, wszyscy jesteśmy na celowniku. Naukowcy ze Szkoły Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Yale zbadali na Facebooku grupy poświęcone seniorom. Znaleźli 84, o łącznej liczbie członków 25.489. Na wszystkich poza jedną utrwalano niepochlebne stereotypy. W opisie co trzeciej grupy postulowano pozbawienie osób starszych prawa do prowadzenia samochodu, robienia zakupów i innych aktywności w miejscach publicznych. Pewien użytkownik zaproponował ostateczne rozwiązanie kwestii seniorskiej: „Każdy po ukończeniu 69 lat powinien stawać przed plutonem egzekucyjnym”.

Zwolenników egzekucji czy eutanazji jest na szczęście niewielu, ale nagonka na seniorów to bodaj ostatnia odmiana dyskryminacji, która nie wstydzi się swojego imienia. Po referendum w sprawie Brexitu z 2016 roku, kiedy to starsi obywatele zdecydowanie opowiedzieli się za wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, część komentatorów sugerowała, że osoby powyżej 65 lat należy pozbawić prawa głosu. W podobnym duchu założyciel Facebooka Mark Zuckerberg wypowiedział się podczas spotkania na Uniwersytecie Stanforda; stwierdził mianowicie, że „młodzi ludzie są po prostu bystrzejsi”. Piosenkarka Melissa Etheridge zebrała brawa, pozując na czerwonym dywanie podczas rozdania nagród Grammy z głową łysą po chemioterapii, lecz kiedy indziej krytykowano ją, że nie farbuje włosów. „Mogę być łysa i nikomu to nie przeszkadza, ale nie wolno mi być siwą” – skarżyła się.

Presję odczuwają nawet naukowcy zajmujący się starzeniem. Na przykład Debora Price, profesorka gerontologii społecznej na Uniwersytecie Manchesterskim. Kiedy spotykamy się w Londynie w kawiarni nad Tamizą, ze swadą opowiada o rozmaitych aspektach starzenia – dopóki nie pojawia się temat włosów. Price w wieku nieco ponad pięćdziesięciu lat jest brunetką, ale zawdzięcza to regularnym wizytom u fryzjera. „Z całą stanowczością mogę powiedzieć, że nie kupuję żadnych produktów «przeciwko starzeniu», ale włosy farbuję. I robię to wyłącznie po to, żeby wyglądać młodziej, bez dwóch zdań – przyznaje, lekko się krzywiąc. – Niestety, kultura walki ze starzeniem jest wszechobecna, nawet wśród gerontologów”.

Jestem częścią tej kultury. Kiedy miałem dwadzieścia parę lat, o ludziach po trzydziestce piątce myślałem z mieszaniną lekceważenia i zgrozy. Uśmiechałem się cierpko, czytając u Martina Amisa w Polach Londynu, że „czas uwija się przy swojej odwiecznej robocie, żeby wszyscy wyglądali i czuli się jak gówno”[2]. Z chciwym schadenfreude pochłaniałem prozę Johna Updike’a o Króliku, mężczyźnie osuwającym się w ponury wiek średni, którego „większy obwód w pasie” i „przygarbienie nacechowane ostrożnością” wydają się „znamionami słabości, wręcz ocierającej się o anonimowość”[3]. Śpiewałem „My Generation” The Who, z okrutną przyjemnością rycząc na całe gardło: „Obym umarł, zanim się zestarzeję”. Teraz zbliżam się do pięćdziesiątki i żyję w zaprzeczeniu. Chwytam się wszystkiego, żeby ukryć przed światem – i przed sobą samym – własną starość. Ukrywanie daty urodzin na Facebooku? Owszem. Permanentne nieostre widzenie, byle nie nosić okularów do czytania? A jakże. Krótkie strzyżenie siwych włosów, żeby nie było widać, że są siwe? Ma się rozumieć. Ciekawe, kiedy tak jak Nora Ephron zacznę się martwić wyglądem swojej szyi?

Czasem ze strachu przed starością popadam w absurd. Kilka dni temu w sklepie budowlanym miałem kłopot z odczytaniem drobnego napisu na żarówce. Przez dłuższą chwilę wytężałem wzrok, aż w końcu postanowiłem, że poproszę kogoś o pomoc. W pobliżu byli sami dwudziestolatkowie, którzy z pewnością raz dwa przeczytaliby kłopotliwy napis, ale jakoś nie mogłem się przemóc, żeby się do nich zwrócić. Za bardzo się wstydziłem. Zacząłem snuć się po sklepie, aż znalazłem starszą panią w okularach.

Takie manewry mogą się wydawać nieszkodliwe, co najwyżej nieco żałosne. Może i wam zdarzyło się coś podobnego. Tak naprawdę jednak one są szkodliwe. Małe decyzje – takie jak moja w sklepie budowlanym, takie jak Debory Price, gdy umawia się do fryzjera – składają się na duży problem. To codzienne akty zdrady i zaprzeczenia, spontaniczne mikro-agresje, drobne kapitulacje, które podtrzymują kulturowy dyktat, zgodnie z którym starzenie się to wstydliwa gra o sumie ujemnej.

Oczywiście, bycie coraz starszym ma swoje wady. Świadomość, że skrzydlaty rydwan czasu wciąż się zbliża[4], może nas wpędzać w egzystencjalną chandrę. Choćbyśmy jedli tony jarmużu i godzinami ćwiczyli pilates, nasze ciała z czasem będą pracowały coraz gorzej, a brzytwa umysłu nieco się stępi. Wzrośnie prawdopodobieństwo choroby lub śmierci naszych bliskich. Jednak największym ciężarem może się okazać własna toksyczna relacja ze starością. Z jej powodu przez większość życia czujemy się podle z powodu wieku. Zawęża nam ona horyzonty. Pomyślcie o wszystkich straconych szansach, o niezrealizowanym potencjale, o nieprzeżytych przygodach, a wszystko dlatego, że jakiś głosik szepcze nam: „Jesteś na to za stary”. Ponura wizja późnego wieku bywa nieraz samospełniającą się przepowiednią. Z badań wynika, że osoby starsze, które stykają się z dużą ilością negatywnych informacji na temat starości, gorzej wypadają w testach pamięci, słuchu i równowagi, a także wolniej chodzą.

Zastanawiam się, czy przypadkiem coś podobnego nie przydarzyło mi się podczas tamtych zawodów w hokejballa. Po tym, jak zdemaskowano mnie jako drużynowego dziadka, zacząłem gorzej grać. Czy ruszałem się wolniej pod wpływem autosugestii? A może za bardzo się starałem? Tego nigdy się nie dowiem. Faktem jest, że moja drużyna odpadła w półfinale, a ja wróciłem do domu z czymś ważniejszym niż puchar: z misją, by nauczyć się lepiej starzeć – i zmienić swój stosunek do starości.

Ktoś powie, że to walka z wiatrakami, ale wcale nie musi tak być. Wystarczy bowiem odrzucić stereotypy, a okaże się, że życie po trzydziestce wcale nie oznacza powolnego popadania w ruinę. Nic bardziej mylnego. Pomyślcie o własnym kręgu znajomych. Czy każdego, kto przekracza magiczną granicę trzydziestych piątych urodzin, porywa wir ku śmierci? Skądże. Prawie każdy zna ludzi, którzy mając lat 40, 50, 60 i więcej, żyją pełnią życia. Moi rodzice w wieku 77 i 83 lat przeżywają najlepszy okres w swoim życiu – podróżują, gotują, ćwiczą, spotykają się ze znajomymi, uczą się, ale i pracują, gdy mają ochotę.

Pogląd, jakoby ludzie starsi byli dla społeczeństwa bezwartościowym ciężarem, jest z gruntu niedorzeczny. Historia obfituje w postaci, które najwięcej dokonały w późnym wieku. Michał Anioł ukończył freski w Kaplicy Paulińskiej, mając 74 lata. Trzy wieki później Giuseppe Verdi wystawił swoją najlepszą operę komiczną, Falstaffa, mając lat 79. Architekt Frank Lloyd Wright skończył Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku jako 91-latek. Georgia O’Keeffe malowała świetne obrazy po dziewięćdziesiątce, a Stanley Kunitz został amerykańskim poetą-laureatem w wieku 95 lat. Kant, Gorgiasz i Katon tworzyli swoje najlepsze dzieła w podeszłym wieku. I co ty na to, Zuckerbergu?

Dziś mnóstwo ludzi osiąga wielkie sukcesy „po złej stronie pięćdziesiątki”. Clint Eastwood pierwszego Oscara za reżyserię otrzymał, mając 62 lata, drugiego – jako 74-latek. Mary Robinson po siedemdziesiątce walczy o sprawiedliwość klimatyczną. Jane Goodall ma ponad osiemdziesiąt lat, a bilety na jej wykłady o pracy z szympansami w Tanzanii wyprzedają się na pniu. Warren Buffet, jeden z najskuteczniejszych inwestorów na świecie, będzie wkrótce świętował dziewięćdziesiąte urodziny. Sir David Attenborough robi obsypywane nagrodami dokumenty przyrodnicze, a królowa Elżbieta bierze udział w ponad 400 wydarzeniach rocznie. Oboje są po dziewięćdziesiątce.

 
Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?
Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»