3 книги в месяц за 299 

Skrzypce Rotszylda. Скрипка РотшильдаТекст

0
Отзывы
Читать фрагмент
Отметить прочитанной
Как читать книгу после покупки
Шрифт:Меньше АаБольше Аа

Anton Czechow / Антон Павлович Чехов

Skrzypce Rotszylda

Скрипка Ротшильда

książka w dwóch wersjach językowych:

polskiej i rosyjskiej

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Tekst polski wg edycji z roku 1905.

Tekst rosyjski wg edycji z roku 1892.

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7639-229-5

SKRZYPCE ROTSZYLDA

Miasteczko było maleńkie, gorsze od wsi, i mieszkali w nim prawie sami starcy, którzy umierali tak rzadko, że aż wstyd. Do szpitala zaś i do twierdzy więziennej bardzo mało zamawiali trumien. Jednem słowem, interesa szły niedobrze. Gdyby Jakób Iwanow był fabrykantem trumien w gubernialnem mieście, wówczas miałby z pewnością własny dom i nazywaliby go Jakóbem Matwiejczem; tutaj zaś w miasteczku nazywali go poprostu Jakóbem, a ulicznicy wołali na niego niewiadomo dlaczego: Bronza. Żył biednie, jak prosty chłop, w niewielkiej starej chacie, w której była jedna jedyna izba, a w tej izbie mieścił się on sam, Marta, piec, łóżko na dwie osoby, trumny, warsztat i całe gospodarstwo.

Jakób robił trumny dobre i trwałe. Dla chłopów i dla mieszczan robił je podług swego wzrostu i ani razu nie chybił, gdyż wyższych i silniejszych ludzi nie było nigdzie, chociaż miał już siedemdziesiąt lat. Dla szlachty zaś i dla kobiet robił podług miary i używał przy tem żelaznego arszyna. Zamówienia na dziecinne trumienki przyjmował bardzo niechętnie, robił je bez miary, ze wzgardą, i za każdym razem, gdy odbierał pieniądze za swój towar, mówił:

– Prawdę powiedziawszy, nie lubię się zajmować byle czem.

Oprócz rzemiosła niewielki dochód przynosiła mu też gra na skrzypcach. W miasteczku podczas wesela grywała zwykle żydowska orkiestra, którą dyrygował blacharz Mosiek Iljicz Szachkies, zaco sam zabierał połowę zysku. Ponieważ Jakób bardzo dobrze grał na skrzypcach, zwłaszcza rosyjskie pieśni, Szachkies zapraszał go czasem do orkiestry i płacił mu pięćdziesiąt kopiejek na dzień oprócz podarunków od gości. Gdy Bronza zasiadał w orkiestrze, twarz jego stawała się ponsową i oblewała się potem; było gorąco, duszno, czuć było czosnek; skrzypce jęczały, nad prawem uchem chrapał kontrabas, nad lewem płakał flet, na którym grał rudy, chuderlawy żyd z całą siecią czerwonych i niebieskich żyłek na twarzy, noszący nazwisko znanego bogacza, Rotszylda. Ten to przeklęty żyd postanowił grać żałobnie nawet najweselsze rzeczy. Bez żadnego powodu Jakób pomału przejmował się nienawiścią i pogardą dla żydów, a zwłaszcza dla Rotszylda, zaczął szukać zaczepki, wymyślał mu od ostatnich słów, raz chciał go nawet zbić i Rotszyld obraził się i rzekł, patrząc na niego ze wściekłością:

– Gdybym nie cenił waszego talentu, dawno już wylecielibyście przez okno.

Potem rozpłakał się. Dlatego też zapraszali Bronzę bardzo rzadko, tylko w ostatecznym razie, kiedy zabrakło którego z żydów.

Jakób nie bywał nigdy w dobrem usposobieniu, gdyż musiał ciągle ponosić jakieś straszne straty. A więc naprzykład, w niedziele i święta pracować byłoby grzechem, poniedziałek ciężki dzień, i w ten sposób w ciągu roku zebrało się około dwustu dni, kiedy się było zmuszonym siedzieć z założonemi rękami. A cóż to za olbrzymia strata! Jeśli ktokolwiek w mieście obchodził wesele bez muzyki, albo Szachkies nie zapraszał Jakóba, to też była strata. Dozorca policyi chorował przez dwa lata i chudł, Jakób z niecierpliwością czekał kiedy on umrze, tymczasem dozorca wyjechał do gubernialnego miasta i tam umarł. Oto znów strata, conajmniej na 10 rubli, gdyż trzebaby trumnę zrobić drogą, ze złoceniami. Myśli o stratach dokuczały Jakóbowi zwłaszcza w nocy; kładł obok siebie na łóżku skrzypce i kiedy wszystkie te głupstwa tłoczyły mu się do głowy, dotykał strun a skrzypce wydawały dźwięk i robiło mu się lżej.

Szóstego maja roku przeszłego Marta nagle zachorowała. Staruszka ciężko dyszała, piła dużo wody, chwiała się na nogach, ale jednak zrana sama napaliła w piecu i nawet poszła po wodę. Przed wieczorem położyła się. Jakób cały dzień grał na skrzypcach; kiedy się ściemniło, wziął książkę, w której co dzień zapisywał swe straty, i z nudów zaczął dodawać cały rachunek. Okazało się, że przewyższają tysiąc rubli. To go tak wzruszyło, że cisnął rachunki o ziemię i podeptał je nogami. Potem podniósł je i znów długo trzaskał palcami i głęboko wzdychał. Twarz miał ponsową i mokrą z potu. Myślał o tem, że gdyby ten stracony tysiąc rubli złożyć do banku, to przez rok zebrałoby się procentu conajmniej czterdzieści rubli. A zatem te czterdzieści rubli to też strata. Jednem słowem, gdziekolwiek się zwrócisz, wszędzie tylko straty i nic więcej.

– Jakóbie! – zawołała Marta niespodzianie. – Umieram!

Obejrzał się na żonę. Twarz jej zaróżowiona z gorączki, była niezwykle pogodną i radosną. Bronza, przyzwyczajony widzieć u niej twarz bladą, nieśmiałą i nieszczęśliwą, zmieszał się trochę. Wyglądała, jak gdyby rzeczywiście umierała i jak gdyby się cieszyła, że nakoniec odchodzi nazawsze z tej chaty, od trumien, od Jakóba... A ona patrzyła na sufit i poruszała wargami, a wyraz jej twarzy był szczęśliwy, widocznie widziała śmierć, swoją wybawicielkę, i szeptała coś do niej.

Już dniało i przez okno widać było jak świeciła poranna zorza. Patrząc na starą, Jakób, niewiadomo dlaczego przypomniał sobie, że przez całe zdaje się życie ani razu nie przygarnął jej do siebie, nie zlitował się nad nią, ani razu nie pomyślał o tem, żeby jej kupić chustkę, albo przynieść z wesela cokolwiek słodkiego, a tylko ciągle na nią krzyczał, wymyślał jej za straty, rzucał się na nią z pięściami; prawda, że nigdy jej nie uderzył, ale zawsze nabawiał ją wielkiego strachu i za każdym razem drętwiała z przerażenia. Naprzykład nie pozwolił jej pić herbaty, bo i bez tego wydatki były duże, i piła samą gorącą wodę. I zrozumiał, dlaczego tak dziwne, radosne ma teraz oblicze i na duszy zrobiło mu się ciężko.

Doczekawszy się ranka, pożyczył od sąsiada konia i zawiózł Martę do szpitala. Chorych było niewielu, to też czekał tylko trzy godziny. Ku jego wielkiemu zadowoleniu chorych nie przyjmował doktór, który sam był chory, lecz felczer Maksym Mikołaicz, staruszek, o którym mówili, że chociaż się upija i kłóci, zna się lepiej na słabościach, niż doktór.

– Zdrowia życzę – rzekł Jakób, wprowadzając starą do poczekalni. – Przepraszam, że ciągle pana niepokoimy naszemi sprawami. Oto, niech pan raczy spojrzeć, zachorowała towarzyszka mego życia, jak mówią, przepraszam za wyrażenie...

Zmarszczywszy siwe brwi i gładząc swoje faworyty, felczer zaczął oglądać starannie staruszkę, a ona siedziała na stołku, zgarbiona i chuda, ze spiczastym nosem, z otwartemi ustami podobną była do ptaka, który chce pić.

– Hm... Tak... – rzekł felczer i westchnął. – Influenza, a może i gorączka. Teraz tyfus w mieście panuje. No cóż? Długo staruszka żyła, chwała Bogu... Ileż ona ma lat?

– A to bez roku siedemdziesiąt.

– Cóż, długo stara żyła. Czas już umierać.

– Słusznie wielmożny pan zauważył – rzekł Jakób, uśmiechając się grzecznie – i serdecznie panu dziękujemy za dobroć pańską, ale niech pan pozwoli zauważyć, że każdemu robakowi chce się żyć.

– To nie wystarcza! – rzekł felczer takim tonem, jak gdyby od niego zależało życie lub śmierć starej. – No, więc tak, mój drogi, będziesz jej kładł na głowie zimne kompresy i będziesz jej dawał dwa proszki na dzień. A poza tem dowidzenia, bonjour.

Z wyrazu jego twarzy Jakób poznał, że sprawa źle się przedstawia i że żadne proszki jej już nie pomogą; teraz jasno widział, że Marta umrze bardzo prędko, nie dziś, to jutro. Dotknął lekko łokcia felczera, mrugnął oczami i rzekł półgłosem:

– Może by jej, wielmożny panie, bańki postawić albo krew puścić.

– Nie trzeba, nie trzeba, mój drogi. Zabieraj starą i idź z Bogiem. Dowidzenia.

– Niech się pan zmiłuje – błagał Jakób. – Niech pan sam osądzi, gdyby ją, dajmy na to, brzuch bolał, albo coś we wnętrzu, no, to wtedy proszki i krople, a przecież ona się przeziębiła! Przy przeziębieniu pierwsza rzecz... krew wygnać, wielmożny panie.

Tymczasem felczer wywołał już innego chorego i do poczekalni wchodziła baba z chłopczykiem.

– Idź, idź... – rzekł do Jakóba marszcząc brwi. – Nie masz poco tutaj zasłaniać.

– W takim razie niechże jej pan chociaż pijawki postawi! Będziemy do Boga za pana się modlili!

Felczer rozgniewał się i krzyknął:

– Odezwij się jeszcze! Bałwan!...

Jakób również się oburzył, zaczerwienił się cały, ale nie powiedział ani słowa, tylko wziął Martę pod rękę i wyprowadził ją z sali. Gdy już siedzieli na wózku spojrzał surowo i szyderczo na szpital i rzekł:

– Zasadzili was tutaj, artystów! Bogatemu postawilibyście bańki, a biednemu nawet pijawki żałujecie.

Kiedy przyjechali do domu, Marta, wchodząc do chaty stała przez dziesięć minut, trzymając się pieca. Zdawało jej się, że skoro się położy, Jakób zacznie mówić o stratach i wymyślać jej będzie zato, że bezustannie się kładzie, a o pracy nie myśli. A Jakób patrzał na nią ze smutkiem i myślał o tem, że jutro jest Joanny Bogosłowy, pojutrze Mikołaja Cudotwórcy, a potem niedziela, potem poniedziałek, ciężki dzień. Przez cztery dni nie będzie wolno pracować, a Marta z pewnością umrze którego z tych dni; zatem trzeba trumnę robić dzisiaj. Wziął swój żelazny arszyn, podszedł do starej i zdjął z niej miarę. Następnie ona się położyła a on się przeżegnał i wziął się do roboty.

Ukończywszy swą pracę, Bronza włożył okulary i zapisał w swojej książce: »Marcie Iwanownie trumna... dwa ruble czterdzieści kopiejek«.

 

I westchnął głęboko. Stara leżała wciąż w milczeniu i z zamkniętemi oczami. Ale wieczorem, kiedy zmierzch zapadł, zawołała nagle starego.

– Czy pamiętasz Jakóbie? – zapytała, patrząc na niego radośnie. – Pamiętasz, pięćdziesiąt lat temu Bóg dał nam dzieciątko z jasnymi włoskami. Siedzieliśmy wtedy oboje nad rzeką i śpiewaliśmy z radości pieśni nabożne... pod wierzbą. – I, gorzko się uśmiechnąwszy, dodała: – Umarła dziewczynka.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?
Купите 3 книги одновременно и выберите четвёртую в подарок!

Чтобы воспользоваться акцией, добавьте нужные книги в корзину. Сделать это можно на странице каждой книги, либо в общем списке:

  1. Нажмите на многоточие
    рядом с книгой
  2. Выберите пункт
    «Добавить в корзину»